Klątwa sama się nie zdejmie. Pozorna bliskość odczarowania Wembley (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Bartosz Bereszyński i Kamil Jóźwiak
Fot. Sebastian Frej/400mm

Można się przekonywać, że do urwania punktów Anglii zabrakło tylko pięciu minut. Zabrakło jednak znacznie więcej. Remis mógł stać się mitem założycielskim nowej drużyny, ale jej nie potrzeba mitu, lecz rozwoju. Mit mógłby tylko zaciemnić świadomość etapu, na którym się dziś znajduje.

W filmowej wersji „Lotu nad kukułczym gniazdem” Randle McMurhpy z największym przekonaniem zakłada się z pozostałymi pacjentami szpitala psychiatrycznego, że wyrwie z ziemi ogromny, kilkusetkilowy, betonowy kloc. Do zadania zabiera się, jakby naprawdę miał zamiar wyciągnąć go z podłogi. Napręża każdy mięsień. Na twarz występują mu krople potu. Widać, jak pulsują mu żyły. Kiedy kloc nawet nie drgnął, rzuca do obserwujących jego wysiłki: „Przynajmniej próbowałem”. Gdy Polska gra z Anglią, zwłaszcza na wyjeździe, a już szczególnie na Wembley, zadanie, jakie staje przed piłkarzami, zawsze przypomina wyrywanie betonowego kloca z ziemi. Tylko nie zawsze zawodnicy ustawiają się w roli McMurphy’ego. Stanowczo zbyt często wcielają się w postacie pozostałych pacjentów, którzy z góry wiedzą, że się nie da.

DEMOTYWUJĄCE 48 LAT

Kiedy Polska ma zagrać na Wembley, zawsze przypomina się w mediach 1973 rok. Przez jakiś czas po tamtym meczu kadry Kazimierza Górskiego to wspomnienie dodawało jeszcze otuchy. Pokazywało, że się da. Dziś to wspomnienie pokazuje już tylko, że się nie da. Początkowo w członie “Wembley 73” ważniejsza była nazwa londyńskiego stadionu, ale z czasem bardziej w uszy zaczęła uderzać data. Ciągle bijący dowód polskiej niemocy.

TYDZIEŃ POTKNIĘĆ

Większy walor motywacyjny miałoby odnoszenie się nie do tego, co się działo 48 lat temu, lecz do tego, co się działo w ostatnim tygodniu, który pokazał, że w reprezentacyjnej piłce trzy mecze o punkty w ciągu siedmiu dni to niemal dla wszystkich zdecydowanie zbyt wiele. Liczba potknięć faworytów była niezwykła. Punkty traciły Portugalia, Hiszpania, Francja, Belgia, Holandia, czy Niemcy. Tamten dowód, że na Wembley da się coś ugrać, był abstrakcyjnie daleko. Ale dowody pozostałych faworytów tracących punkty, były blisko. Pokazywały, że Anglicy też na pewno będą zmęczeni. Też będą chcieli wygrać najmniejszym nakładem sił. Też kalkulują, jak by tu nie doznać kontuzji przed najważniejszymi meczami sezonu klubowego. I mniejsi rywale z kontynentu pokazali, że da się takie podejście do spotkania wykorzystać.

PAPIER TO TEORIA

Wyjściowy skład pozornie sugerował, że Paulo Sousa ma taki zamiar, jednak sposób, w jaki Polska faktycznie wyszła na mecz w Anglii, jeszcze raz dobitnie potwierdził, że ustawienie nie mówi nic o tym, czy zespół zagra ofensywnie, czy defensywnie. Polacy teoretycznie mieli na boisku dwóch środkowych napastników. Teoretycznie za ich plecami był jeszcze ustawiony stricte ofensywny rozgrywający Piotr Zieliński. W praktyce pierwsza połowa w ich wykonaniu przypominała najgorsze mecze czasów Jerzego Brzęczka: na zero z przodu, a z tyłu zawsze coś wpadnie. Z tym że zero z przodu odnosiło się nie do liczby goli, lecz sensownych ofensywnych akcji.

NARAŻONE SKRZYDŁA

Jonathan Wilson, ceniony autor książek o tematyce piłkarskiej i dziennikarz mocny w sprawach taktycznych, mówił w rozmowie ze sport.pl, że na miejscu Polski zagrałby na Wembley bez typowego napastnika, za to szeroko ustawił z przodu dwóch zawodników, którzy ograniczaliby ofensywne zapędy angielskich bocznych obrońców. To na skrzydłach Anglicy mieli bowiem jego zdaniem stwarzać największe zagrożenie. A ustawienie z trójką obrońców, grające przeciwko rywalowi ustawionemu defensywną czwórką w linii (jak Anglicy), daje temu drugiemu naturalną przewagę liczebną na skrzydłach. Da się ją oczywiście niwelować, zapewniając wahadłowemu wsparcie właśnie ze strony napastnika, środkowego pomocnika, czy środkowego obrońcy, zależnie od pomysłu trenera. Takie wsparcie wymaga jednak dobrego skoordynowania i zgrania zespołu.

PRZECIEKAJĄCA PRAWA STRONA

O ile prawa strona Anglików była przez większość meczu wyłączona, o tyle lewa, ta z Raheemem Sterlingiem, notorycznie sprawiała Polakom problemy. Jeszcze przed pierwszym golem gospodarze dwukrotnie łatwo wymanewrowali tam Bartosza Bereszyńskiego, a wsparcie dla polskiego wahadłowego zawsze przychodziło spóźnione. Za trzecim razem taka akcja skończyła się rzutem karnym po faulu Michała Helika na Sterlingu.

BERLIŃSKIE KOSZMARY PIĄTKA

Nieszczęście zaczęło się od jednego z nielicznych udanych zagrań Krzysztofa Piątka w tym meczu. Występ napastnika Herthy przypominał najczarniejsze momenty jego sezonu w Bundeslidze, gdy zespół kompletnie nie daje mu wsparcia, a on zupełnie nie potrafi utrzymać piłki z przodu i przepychać się z otaczającymi go obrońcami rywala. Ten jeden raz dobrze odebrał jednak piłkę i przekazał ją do Piotra Zielińskiego. Gracz Napoli był jednym z nielicznych Polaków, który po otrzymaniu podania nie próbował od razu pozbywać się piłki, tylko szukał rozwiązań. Widząc to, Anglicy poświęcali mu więcej uwagi. Gdy piłka do niego dochodziła, otaczał go żwawszy, niż przez większość toczonego w spokojnym tempie meczu, pressing. W tej sytuacji nagle został otoczony przez czterech przeciwników i stracił piłkę.

zielinski.PNG
Screen: TVP Sport

Szybkiej akcji nie udało się już zatrzymać, choć niewątpliwym błędem Helika było, że próbował to robić wślizgiem. W drugiej połowie w analogicznej sytuacji Bartosz Bereszyński cofnął nogę. Przy tak szybkim skrzydłowym, to zazwyczaj lepsze rozwiązanie.

SZCZĘŚCIE W POLU KARNYM

Polacy stracili gola po pierwszej bramkowej sytuacji Anglików, co można określić jako pechowe, jednak w rzeczywistości mieli szczęście, że nie przegrywali już wcześniej. Gdyby mecz toczył się przy obecności VAR-u, gospodarze mieliby jedenastkę już w 10. Minucie, gdy Grzegorz Krychowiak bezsensownie faulował rywala w polu karnym. Kiedy w drugiej połowie Harry Maguire zagrywał piłkę ręką we własnym polu karnym, telewizyjni komentatorzy uparcie zapominali o epizodzie z Krychowiakiem i można było odnieść wrażenie, że Polacy zostali skrzywdzeni. W pewnym sensie było to jednak tylko wyrównanie błędu.

TRUDNA OCENA KRYCHOWIAKA

Pomocnik Lokomotiwu był w tym meczu zresztą dość kontrowersyjną postacią. Przez długie fragmenty gry był jedynym Polakiem, którego wszędzie było pełno. Sprawiał wrażenie kogoś, kto może nie umie grać na poziomie Anglików, ale za to potrafi grać przeciwko ludziom z tego poziomu. Kiedy inni starali się nie pobrudzić sobie rąk, szedł w środek problemów i często je zażegnywał. Jeśli Anglicy byli jadącym samochodem, który tłum chce zatrzymać, Krychowiak był pierwszym, który rzucał się pod maskę. Tyle że omal nie sprokurował rzutu karnego, a potem dał się przeskoczyć w decydującym pojedynku przy drugim golu. Ocena jego gry byłaby znacznie wyższa, niż ocena jego zachowania w kluczowych epizodach. Najbardziej może po tym meczu boleć, że Anglicy musieli zrobić tak niewiele, by strzelić dwa gole.

POJEDYNCZE DOSKOKI

Polacy dobrze i agresywnie doskakiwali do rywala, który akurat miał piłkę, jednak robili to jednoosobowo. Byli aktywni w pojedynkach, lecz podejmowali za mało prób zbiorowego pressingu. Już w 15. Minucie Piątek, który wraz z Karolem Świderskim biegał pomiędzy angielskimi stoperami, bezradnie machał rękami do partnerów, by choć trochę przybliżyli się do napastników. Dochodziło bowiem do sytuacji, w których nawet jeśli Anglicy przyjmowali niechlujnie albo podawali nie dość celnie, Polacy i tak nie potrafili tego wykorzystać, bo byli od nich zbyt daleko. Gdy Polacy już przejmowali piłkę, bardzo szybko się jej pozbywali. Często próbowali diagonalnych piłek od obrońców, celowanych w linię boczną, jednak tam akcje zazwyczaj się kończyły. Obrona cały czas musiała się cierpliwie przesuwać, a naciskana, chwilami już trzeszczała i broniła się szczęśliwie. Momentem, który pokazał, jak jest jeszcze niepewna, jeśli chodzi o wzajemne ustawianie się i przekazywanie zadań, była akcja z 28. Minuty, gdy jedno podanie Anglików, przy wyjściu do przodu Michała Helika i Kamila Glika, całkowicie otworzyło drogę do bramki.

screen1.PNG
Screen: TVP Sport

Jan Bednarek, który został z tyłu, nie ruszył początkowo do biegnącego Sterlinga, pilnując będącego bliżej niego rywala. W efekcie skrzydłowy Manchesteru City zupełnie niespodziewanie znalazł się sam na sam z Wojciechem Szczęsnym. W akcji, która pewnie nie znajdzie się nawet w skrótach najgroźniejszych sytuacji meczu, druga bramka wisiała w powietrzu.

screen2.PNG
Screen: TVP Sport

WIARA MODERA

Choć wystawienie w pierwszym składzie Bereszyńskiego, czyli zawodnika mocniejszego w defensywie niż Kamil Jóźwiak, miało sens, bo trzeba było jakoś powstrzymać Sterlinga, na początku drugiej połowy Sousa nie miał już czego bronić i dokonał ofensywnej zmiany. Choć Polacy wyszli wyżej i starali się trochę dłużej utrzymywać przy piłce, co było o tyle łatwiejsze, że Anglicy nie mieli już interesu w forsowaniu tempa, druga połowa wcale nie przyniosła jakiejś drastycznej poprawy gry ofensywnej. Polacy dalej nie przeprowadzali składnych akcji. Nadal mieli problem z dostaniem się pod bramkę Nicka Pope’a. Pozory znacznie lepszej gry dał po przerwie jeden epizod. Ten, w którym Jakub Moder z wiarą ruszył do betonowego kloca. Wymęczony niemal godziną frustracji Piątek oraz Arkadiusz Milik, widzący przez kwadrans bezcelowość jego wysiłków, do rozgrywających Anglików podbiegali coraz częściej spokojnie, bez wielkiego przekonania, że naprawdę mogą odebrać piłkę. Moder w roli nabiegającego znajdował się rzadko, ale gdy już podszedł, zrobił to sprytnie. Gdy rywal go widział, był jeszcze w bezpiecznej odległości od niego.

moder1.PNG
Screen: TVP Sport

Jednak gdy opuścił wzrok, Polak błyskawicznie nadrobił dystans, co ważne, nadbiegając pod odpowiedniem kątem, wpędzając stopera w problemy.

moder2.PNG
Screen: TVP Sport

Dał sobie szansę na wykorzystanie błędu Anglika. Wprawdzie John Stones w duecie stoperów z Maguirem uchodzi za lepiej wyprowadzającego piłkę, on też może się pomylić. To jedno zaatakowanie rywala z wiarą, dało Polakom znakomitą sytuację. Pomocnik Brighton miał tyle miejsca i czasu, że mógł jeszcze przez ułamek sekundy zastanowić się, czy chce, by przez kolejne lata Dariusz Szpakowski wymieniał jego nazwisko przy okazji meczów na Wembley. Chciał.

ZA MAŁO NA MIT

Dopiero ten gol trochę zmienił obraz gry. Pozwolił na dłużej odrzucić Anglików od polskiego pola karnego i dać obronie trochę oddechu. Powiedzenie, że pojawiła się szansa na zwycięstwo, byłoby przesadą, bo do strzelania goli potrzebne są zazwyczaj sytuacje, a tych nie było, ale można się było łudzić, że dojdzie do remisu. Im bliżej było powtórzenia wyniku z 1973 roku, tym bardziej można się było zastanawiać, czy tylko tyle naprawdę wystarczy? Kiedy poprzednio reprezentacja Polski przełamywała przeciwko Niemcom inną wieloletnią niemoc, potrzebna była epicka bitwa, z bohaterami, zwrotami akcji i szalonymi emocjami. Tu zupełnie letni mecz był bliski zakończenia się wielkim sukcesem, który mógłby się okazać mitem założycielskim nowej drużyny, ale jednocześnie groziłby na tym etapie zupełnym zakrzywieniem miejsca, w którym znajduje się ta reprezentacja. Mit założycielski drużyny Leo Beenhakkera, ten z Portugalią, był naprawdę świetny. Mity założycielskie z Wembley czy ze Stadionu Narodowego przeciwko Niemcom były szczęśliwe, ale wyszarpane i wyrwane z gardła. Ten byłby w dużej mierze podarowany.

NIE TEN MOMENT

Może to więc lepiej. Wynik z Wembley ani nie jest wstydliwy, ani nie stawia Sousy w większym ogniu krytyki niż ten, który zwykle płonie pod selekcjonerami, ani niczego w eliminacyjnej grupie nie przekreśla, a pokazuje, że jeszcze wiele przed tą reprezentacją do zrobienia. Zmiana selekcjonera nie była dokonana po to, by w takich meczach jakimś cudem zremisować, tylko po to, by rzeczywiście zmienić sposób podejścia do rywali z najwyższej półki. Lepiej będzie więc potraktować ten mecz jak Polska – Niemcy z 2011 roku za Franciszka Smudy. Wtedy też zupełnie niespodziewanie, w całkowicie letnim meczu, nagle pojawiła się szansa przełamania wieloletniej klątwy. Jakub Wawrzyniak się jednak poślizgnął. Klątwa została przełamana dopiero wtedy, gdy kadra podeszła do Niemców zupełnie inaczej. Mniej więcej tak, jak Randle McMurphy. Z wiarą, że tego wieczoru betonowy kloc naprawdę się poruszy.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.