Kiedy wszystko wymyka się z rąk. Atletico pada pod ciśnieniem i zapomina o bajkowym sezonie

Zobacz również:Cena na metce działa na głowę. Złoty chłopiec wraca tam, gdzie zaczynał
Sevilla FC v Atletico de Madrid - La Liga Santander
Fot. Fran Santiago/Getty Images

Z dwucyfrowej przewagi punktowej Atletico Madryt prawie nic już nie zostało. Jeśli za tydzień znów potknie się z Betisem, już po El Clasico może stracić pozycję lidera utrzymywaną od 20 kolejek. Diego Simeone miał odtrąbić sukces w dziesiątym roku pracy w stolicy, ale wszystko wymyka mu się z rąk, a paliwa na dalszą rywalizację brakuje. Szykuje się najbardziej interesujący finisz ligi hiszpańskiej od dawna, bo z udziałem trzech poważnych graczy. Doszło jednak do momentu, gdy na przykład Barcelona w losach mistrzostwa jest zależna wyłącznie od siebie. Ma co prawda na rozkładzie i Real, i Atletico, ale już nie musi liczyć na cudze potknięcia.

To właśnie zawodnicy Cholo najbardziej domagali się przerwy reprezentacyjnej, aby złapać trochę oddechu i podnieść się mentalnie. Leżeli po odpadnięciu z Chelsea w Lidze Mistrzów bez podjęcia większej walki oraz regularnym rozdawnictwie punktów na krajowym podwórku. Nie pomogło. Kiedy przyjechali do Sewilli, biegali za piłką i dostosowywali się do planu taktycznego Julena Lopeteguiego. To Andaluzyjczycy dali melodię i zagrali po swojemu. Zadecydował gol Marcosa Acunii, ale mogło być wyżej – chociażby Lucas Ocampos zmarnował jedenastkę (swoją drogą, należy się poważnie zastanowić nad zmianą wykonawcy).

Teraz trudno sobie wyobrazić, że Atletico jako lider miało 10 punktów przewagi nad kolejnym konkurentem i dodatkowo zaległy mecz do rozegrania. Mogli uciekać i rozdawać karty, ale w ostatnich miesiącach wszytko się posypało. Najpierw przez problemy kadrowe, później przez stratę wcześniejszej tożsamości. Real traci do rywala ze stolicy już tylko trzy punkty, w przypadku Barcelony to zaraz będzie tylko jedno oczko. O mistrzostwie myślą tak samo Zinedine Zidane, jak i Ronald Koeman, a sobotni Klasyk dzięki temu jedynie nabiera rumieńców, bo może wiele ustawić na pozostałe dziewięć kolejek.

Jakby kłopotów madrytczyków było mało, w końcu w ostatnich dziesięciu ligowych spotkaniach rozdali punkty aż sześć razy, na Betis pojadą bez najlepszego strzelca Luisa Suareza oraz najlepszego asystenta Marcosa Llorente. Pozbawieni siły rażenia będą musieli poradzić sobie z jednym z najskuteczniejszych zespołów 2021 roku, bo czas tylko działa na korzyść Inżyniera Pellegriniego. Nie ma wątpliwości, że Betis wróci do Europy, a może jeszcze sporo nabroić w hierarchii czołówki tabeli.

Atletico zamieniło się w ekipę pełną zbłąkanych owieczek. Największym uosobieniem tej zgubionej drogi jest Saul Niguez, który miał zostać todocampistą hiszpańskiej reprezentacji na lata, a w tym sezonie z trudem patrzy się na jego występy, złe wybory, utraconą wiarę we własne możliwości. Był żołnierzem Simeone, a zamienił się w maszynę do popełniania błędów i tracenia piłki. Jest trochę jak Marco Asensio: chce dokonać szybkiego skoku na dawny poziom, ale przychodzi mu to z wielkim trudem. To jednak tylko przykład, a nie całe zło w szeregach Cholo. Impet wytracili niemal wszyscy. Brakuje skuteczności Angela Correi, wizji rozgrywania Thomasa Lemara czy zagrożenia ze strony wahadeł. Ani Suarez nie strzela jak wcześniej, ani Llorente nie tworzy tylu sytuacji. Problem leży jednak w kolektywie, a nie indywidualnościach. Bo kiedy Atleti przeżywało najlepszy czas, również sprowadzało się to do chemii w całym organizmie.

Tych ciosów ambicjonalnych połączonych z nerwami w ostatnim czasie było zbyt wiele. Teraz już brakuje nawet poduszki bezpieczeństwa. Bo chociaż Atletico pozostaje liderem, to w kółko słucha w odbiornikach czy przekazach radiowych: nie jest już zależne wyłącznie od siebie, Barcelona ma sprawy w swoich rękach przy bezpośrednim meczu. To ostatni moment na reakcję, bo wydaje się, że przyszły mistrz rozpędzi się identycznie jak Real Madryt przed rokiem. Po prostu będzie prawie nieomylny, wtedy gracze Zidane'a wygrali 10 na 11 meczów po lockdownie i nie pozostawili złudzeń, kto radzi sobie najlepiej w formule niemalże turniejowej.

Atletico nie ma w ostatnich tygodniach ani wspaniałego pressingu, ani mocy wahadłowych, ani przekonania o własnej wielkości. Tak wysoko zaprowadziło ich wygrywanie nawet nędznych meczów. A teraz po prostu nie punktują, bo niewiele oferują na murawie. Simeone zmienia swoje plany w trakcie gry, bo widzi, że wyraźnie od samego początku jego pomysły nie skutkują. Nie wszyscy wiecznie pozostają na poziomie Jana Oblaka.

Simeone czuje, że pali mu się grunt pod nogami. To on sam zdecyduje, kiedy nadejdzie jego koniec w klubie, nikt o zdrowych zmysłach nie zwolni najbardziej utytułowanego menedżera w historii klubu, ojca transformacji, źródła inspiracji i motywacji do zmian, lecz wyobrażacie sobie, co się stanie, jeśli on nie dowiezie tego mistrzostwa do mety. A na teraz coraz mniej na to wskazuje. Muskuły oglądamy u konkurentów, nie u Atletico. To czas, kiedy wszystko się wali, wszystko się sypie. I jeżeli Cholo nie zareaguje w tym tygodniu, na poprawki w przyszłości może być za późno. Ostatni dzwonek. Inaczej znów wybuchnie pożar, czy najlepiej opłacany szkoleniowiec świata powinien kontynuować swoją zbawczą misję w Madrycie. To zawsze przykry moment, bo emocje przykrywają wcześniejsze dokonania. A za takim menedżerem łatwo będzie zatęsknić.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.