Kibicowski habit. Kultowa dżinsowa kamizelka wymierającym symbolem Bundesligi

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bundesliga
Christof Koepsel/Bongarts/Getty Images

To nieprawda, że śmierdzi piwem, potem, papierosami i pieczoną kiełbasą. Ona nimi pachnie. Pierze się ją tak rzadko, jak to tylko możliwe, żeby nie zmyć z niej kibicowskich wspomnień. Zanim pojawiły się szaliki i koszulki klubowe, na niemieckich trybunach królowały “Kutten”. Kamizelki, które dały nazwę stadionowej subkulturze.

W Niemczech wystarczy chwila, by zorientować się, czy przyjechało się na mecz klubu z tradycjami i rzeszami kibiców, czy do jakiegoś sztucznego, komercyjnego tworu. Jak wiek ściętego drzewa mierzy się liczbą słoi na pniu, tak wiek niemieckiego klubu piłkarskiego łatwo oszacować, patrząc na liczbę kibiców przychodzących na mecze w dżinsowych kamizelkach z naszywkami. Im więcej naszywek, tym wyższa pozycja w kibicowskiej hierarchii. “Kutte”, to symbol czasów, których już nie ma. Dżinsowa kamizelka nie jest wynalazkiem typowo niemieckim, a naszywki typowo piłkarskim, bo przecież korzystają z nich również subkultury motocyklowe. Jednak nigdzie nie przyjęły się w takiej masie jak na stadionach Bundesligi. Królowały na nich od lat 70. do połowy lat 90. Zostały wyparte przez przywiezione z Włoch wpływy grup ultras oraz zaczerpniętą z Anglii fascynację ekipami chuligańskimi. Jednak Kuttenfans wciąż można spotkać na stadionach.

SYMBOL MINIONYCH CZASÓW

Kutte jest jeszcze z czasów, gdy futbol nie był totalnie skomercjalizowany. Gdy nie było fanshopów wielkich jak Harrods. Fani musieli być kreatywni. Każdy klub miał swoje naszywki. Teraz są raczej wlepki — opowiadał Bastiaan Hoogesteger, kibic Borussii Moenchengladbach, w “Rheinische Post”. - Kiedyś na trybunie północnej stadionu Boekelberg trzydzieści-czterdzieści procent ludzi nosiło te kamizelki. Ale patrzyło się dziwnie na tych, którzy przychodzili inaczej ubrani — dodawał. W ostatniej dekadzie kultowe kamizelki urosły do rangi symbolu i stały się tematem dla niemieckich mediów. Nie tylko dla tych, które jak “11Freunde”, często poruszają tematykę kibicowską. Także dla totalnie mainstreamowych, jak “SportBild”, który w 2018 roku zainicjował serię, w której kibice różnych klubów z całego kraju opowiadali historie swoich kamizelek.

ZAANGAŻOWANA SUBKULTURA

Pierwotne znaczenie słowa die Kutte to po niemiecku “habit”, co całkiem dobrze oddaje pozycję, jaką zajmuje futbol w życiu tych, którzy je noszą. Bo kibic, który nosi “Kutte”, jest zwykle bardziej zaangażowany emocjonalnie w życie klubu niż reszta stadionu. Klub wypełnia jego życie. Terminarz rozgrywek ustala jego rytm. Jeśli w niedzielę wieczorem drużyna jedzie do Drezna, kibic spędza niedzielny wieczór w Dreźnie. Nie po to, by bić się z innymi, wznosić wrogie okrzyki, czy odpalać race. To zresztą było jedno ze źródeł niechęci między ultrasami a Kuttenfans. Ultrasi odwracają uwagę od boiska. Stawiają samych siebie w centrum, podczas gdy dla fanów w kamizelkach w centrum jest klub. Niekoniecznie chcą śpiewać, a już zwłaszcza nie tę samą przyśpiewkę niezależnie od wyniku. Są trochę podobni do naszych “pikników” czy “Januszy”, ale jednak się od nich różnią. Bo polskie określenia sugerują zainteresowanie tematem tylko od wielkiego dzwonu. Oglądanie, bo inni też oglądają. Fan w kamizelkach pojedzie na mecz, nawet gdy nikt inny nie pojedzie. I często będzie się w sobotni deszczowy poranek przyglądał meczowi klubowych rezerw w jakiejś pobliskiej wiosce. “Bo i tak akurat tamtędy przejeżdżał”.

Bundesliga kibice
Christof Koepsel/Bongarts/Getty Images

WSPÓLNE DOJRZEWANIE

Wzorcowa “Kutte” rośnie wraz z posiadaczem. Gdy dostawał ją jako 13-14-latek, który dopiero wsiąkał w życie klubu, wisiała na nim i sięgała mu do kolan. Była zwykłą dżinsową kurtką, z której obcięto rękawy. Albo jasnobłękitną kamizelką. Z czasem, gdy udawało się uzbierać odpowiednio dużo kieszonkowego, zaczynała się powoli zapełniać kolorowymi naszywkami, które można było kupić na straganach rozkładanych na drogach dojścia na każdy stadion. Pierwsze pomagała jeszcze przyszywać mama, później robili to już sami. Na zajęciach z techniki w szkole młodzi niemieccy kibice piłkarscy nigdy nie mieli problemów z szyciem.

DRUGA SKÓRA

Wraz z kolejnymi wyjazdami, kamizelka się zmieniała. Doroślała. Zaczynała pachnieć potem, kiełbasą i papierosowym dymem. Albo piwem, które ktoś na nią wylał po jakimś golu w ostatniej minucie. Czasem pojawiała się w niej dziura wypalona przypadkowo rzuconą przez kogoś racą. Wszywki nie były dobierane przypadkowo. Mają wspierać klub. Mniej nachalnie niż koszulki, ale jednak sugerować, komu kibicuje ich posiadacz. Ale musi się też znaleźć jakiś element szyderstwa z nielubianego zespołu. I polityczne odniesienie. Na wschodzie częściej coś o prawdziwych Niemcach i niechęci do imigrantów. Na zachodzie raczej antyfaszystowskiego. Najlepiej z humorystycznym akcentem. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, kto ją nosi. Bo nie ma dwóch takich samych kamizelek. Podobne są tylko w tym, że z czasem coraz mocniej przylegają do ciał właścicieli. Albo, jak mówią oni sami, kamizelki naturalnie się z nimi zrastają. To przecież rodzaj drugiej skóry, tyle że zakładanej na mecze.

NIE DLA HIPSTERÓW

W odpowiedzi na coraz rzadsze pojawianie się kibiców w kamizelkach na niemieckich trybunach niektórzy próbowali z tym walczyć. W 2013 roku w Fuerth założono stowarzyszenie zrzeszające kibiców noszących dżinsowe kamizelki. W akcie założycielskim uznano “Kutten” za dobro kulturowe. W innych miastach organizowane były zloty fanów, którzy chodzą w nich na mecze. Kiedy popularność zyskiwał ruch hipsterów, niektórzy młodzi próbowali przywrócić tę modę, ale wyglądali jak w przebraniu, bo nikt poniżej czterdziestki nie jest w nich do końca wiarygodnych. Jak to ujął Jo Maidhof, prezes stowarzyszenia z Fuerth: “młodzi kibice pytają nas, gdzie się takie kupuje. A ich się nie kupuje. Je się robi”.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.