Katapulta talentów z widokiem na Tag. Dlaczego Benfica szkoli najlepiej na świecie?

Benfica v Eintracht Frankfurt - UEFA Europa League Quarter Final : First Leg
Fot. Octavio Passos/Getty Images

W Seixal, dwadzieścia minut promem od centrum Lizbony, słońce świeci mocą miliona kilowatów. Ośrodek treningowy Benfiki wygląda jak pole golfowe, gdzie co jakiś czas dobudowuje się kolejny dołek. Portugalczycy równo czternaście lat temu powiedzieli wprost: chcemy szkolić piłkarzy najlepiej na świecie. A potem zaczęli to robić.

Za pierwszym razem Joao Felix przyszedł na trening z aparatem ortopedycznym na zębach i koszulce tak szerokiej, jakby zaraz miał się w niej utopić. Pięć lat później uśmiecha się z billboardu zaraz przy głównej bramie Benfica Campus, jest piłkarzem za ponad sto milionów euro i przykładem, że pierwsze wrażenie myli. Jego byli trenerzy mówią: zwrócił naszą uwagę nie tym jak grał, ale jak poważnie traktował piłkę. Był mistrzem detali. Nie odpuszczał nawet najmniej ważnych ćwiczeń. Gdy połączył to z talentem, automatycznie wystrzelił jak z katapulty. A obok dumnie prężyła się Benfica. Klub z najlepszą akademią na świecie, który w ciągu pięciu lat sprzedał piłkarzy za ponad pół miliarda euro.

Tamtego dnia, w grudniu 2019 roku na gali Global Soccer Awards, Rui Costa pękał z dumy. Drugi raz odbierał nagrodę za szkolenie młodzieży, tym razem dzieląc statuetkę z Ajaksem Amsterdam. Holendrzy mówili kiedyś: chcemy dogonić przyszłość. Postawili na innowację. Benfica też goni. Dyrektor generalny Domingos Soares de Oliveira nazywa ją właściwym klubem w niewłaściwym kraju. Mówi tak, bo chce zaznaczyć przepaść praw telewizyjnych, jaka dzieli Benfikę choćby od zespołów Premier League. Portugalia nigdy nie będzie pływać w dużym akwarium. Ale może wymyślić własne. Opowieść o bazie treningowej w Seixal i technologicznych cudach Benfica Lab coraz mocniej idzie w świat. Joao Felix, Ederson, Joao Cancelo, Ruben Dias i reszta nie wyrośli na grządce. Piłki uczyli się w Lizbonie.

NETFLIX Z LIZBONY

Siedemnaście lat temu była tu pustynia. Benfica miała prezydenta, który wyprał milion dolarów z transferu Siergieja Owczinnikowa i wylądował w więzieniu. Między 1994 a 2005 rokiem ani razu nie zdobyła mistrzostwa, choć zdarzali się tu gracze jak Nuno Gomes czy Joao Pinto - niestety obaj ściągani z Boavisty. Sporting chwalił się świetną bazą w Alcochete i transferem Cristiano Ronaldo do Manchesteru United. Porto wkrótce wygrało Ligę Mistrzów. A Benfica z zamrożonym kontem stanęła na skraju bankructwa. Nowy prezydent Luís Filipe Vieira już wtedy mówił: musimy mieć akademię. Trzy lata później, we wrześniu 2006 roku wstęgę przeciął Eusebio i zaczęło się.

Dzisiaj Benfica wyrasta ponad lokalny rynek. Pierwsza podpisała partnerstwa dotyczące wymiany wiedzy z San Francisco 49ers i San Francisco Giants - klubami kolejno z NFL i MLB. Pierwsza też stworzyła własną platformę telewizyjną, nie godząc się na centralizację praw telewizyjnych, pokazując, że produkując treści samemu może zarabiać więcej. Benfica TV jest jak Netflix - płacisz 10 euro i oglądasz ile chcesz. Masz tam nawet Premier League i Ligue 1. Klub nie zarabia już ośmiu milionów euro z telewizji, tylko czterdzieści. I ciągle pokazuje, że klucz leży w myśleniu. Szukaniu okazji tam, gdzie wielkie kluby szukać nie muszą, bo mają to podane na tacy.

START-UP Z SAN FRANCISCO

Akademia też nie była wyborem z idei. Była koniecznością. Dziewięć lat czekali Portugalczycy na owoce, a gdy wybił 2015 rok, sprzedali Andre Gomesa, Ivana Cavaliero, Joao Cancelo i Bernardo Silvę za 80 milionów euro. Ten ostatni miesiąc temu na Twitterze gratulował Benfice z okazji 14 lat akademii. Zawsze powtarza, że poza piłką nauczył się tam zwykłego życia. Dzięki temu szybko przystosował się w Monaco, pojął francuski i nie rozdrapywał dawnych ran, gdy trener Jorge Jesus w Lizbonie trzymał go na ławce.

Rok później Benfica sprzedała Renato Sanchesa do Bayernu i Nelsona Olivieirę do Norwich. A kolejnego lata rozbiła bank: za Edersona, Semedo, Lindelofa, Heldera Costę i Gonzalo Guedesa wytargowała ponad 100 mln euro. Płatnikami byli Manchester City, Barcelona, Manchester United, Wolverhampton i PSG.

Właściwie tak jest co roku. Na niedawnym zgrupowaniu reprezentacji U-17 aż dziewięciu z dwudziestu dwóch powołanych pochodziło z Seixal. W poprzednim sezonie w starciu z Galatasaray w pierwszej jedenastce Benfiki wyszło sześciu wychowanków, a średnia wieku wyniosła 22,9. To nie są jednorazowe strzały, tylko starannie przygotowany plan, produkcja niemal taśmowa. Rok temu dziennikarze „Bilda” przyjechali do Lizbony z pytaniem: jak wy to robicie? Na miejscu zobaczyli dziewięć boisk i ogromny kompleks, gdzie najczęściej przewijającym się hasłem jest zwyczajne „Miłej gry”. Momentami można odnieść wrażenie, że to jakiś start-up w San Francisco. Nawet most niedaleko Seixal się zgadza, to przecież niemal kopia Golden Gate.

Pracuje tu 128 osób, siatka skautingowa, licząc wolontariuszy, dochodzi nawet do 200. Każdy młody chłopak, który ma 13 lat i talent na miarę Benfiki, trafia do szkoły z internatem. Dyrektor akademii Pedro Marques mówi: „Nie szukamy najszybszych, ani najsilniejszych. Szukamy najmądrzejszych, takich, którzy w całości poświęcą się pasji. Patrzymy na cztery filary: to, jak chłopak radzi sobie z piłką, jaki ma stosunek do pracy, jak odnajduje się w relacjach międzyludzkich plus to, jak szybko podejmuje decyzje na boisku”.

JEZIORO DANYCH

Bruno Lage, były już pierwszy trener Benfiki, rok temu mówił w „Mais Futebol”, że siłą tego miejsca jest stabilność. Jako trener młodzieży zaczynał tu w 2004 roku. Miał moment, gdy na sześć lat wyjechał za granicę, a po powrocie okazało się, że 90 procent pracowników pozostała bez zmian. João Tralhão, inny szkoleniowiec młodzieży pracował w Benfice aż 18 lat. Odszedł dopiero wtedy, gdy Thierry Henry namówił go na posadę asystenta w Monaco. Na łamach „Recordu” przyznał niedawno: „Portugalia zawsze miała zdolnych piłkarzy, ale dopiero zbudowanie wizji i systemu sprawiło, że zaczęliśmy ich wydobywać. U nas wielką wagę przykłada się do rekrutacji ludzi. Wielu skautów było wcześniej trenerami”.

Kultura wiedzy jest tu czymś powszechnym. Trenerami chcą być już 15-latkowie. Jeżdżą na kursy, szukają kontaktów, budują własne środowiska. A obok zawsze pomocną dłonią służy federacja. Dla Fernando Gomesa, prezesa związku od 2012 roku nie ma ważniejszego hasła niż szkolenie. W lipcu jednogłośnie został wybrany na trzecią kadencję.

Benficę wyróżnia też technologiczny wyścig zbrojeń. Skoro Barcelona ma swój hub, to Portugalia idzie z nią krok w krok, nawiązując współpracę z Microsoftem i tworząc tzw. „jezioro danych”. Portugalczycy mają wszystko pod kontrolą: ile zawodnik je, jak śpi, z jaką intensywnością trenuje, albo jak szybko się męczy. Kontroluje nawet zdrowie psychiczne. I jeszcze potrafi to eksponować, co jakiś czas podrzucając mediom kawałki o tym, że trwają testy nowego zegarka do mierzenia snu.

Tutaj każdy piłkarz ma specjalnie dobrą dietę, suplementacje, często też trening. Klub ma nawiązaną współpracę z uniwersytetami. Nie ma problemu z tym, żeby dla Benfiki pracował najlepszy dietetyk czy fizjoterapeuta z cenionej szkoły medycznej. Trzy lata temu Everton próbował przenieść te metody do siebie. Za kadencji Marco Silvy zatrudnił Bruno Mendesa z Benfica Lab. Ale różnica była zasadnicza: w Anglii już na samym starcie piłkarze irytowali się słysząc o monitoringu markerów krwi, a w Portugalii była to norma. Projekt upadł zanim jeszcze ktoś głośno obwieścił, że istnieje. Dopiero niedawno pojawiły się artykuły na ten temat i wzmianka, że klub nie był na to gotowy mentalnie.

Benfica lubi mówić o sobie: „Zawsze musimy być szybsi i mądrzejsi niż giganci”. Klub, owszem, sprzedaje piłkarzy za krocie, szósty rok z rzędu jest na plusie. Ale ciągle spłaca długi. Coraz trudniej wyławia mu się perełki z Ameryki Południowej w typie Edersona i Ramiresa. A nawet, jeśli już znajdzie, to sprzedawca nie bierze pierwszej lepszej oferty, tylko twardo się targuje

Zdarzają się też gigantyczne rozczarowania. Jak z Pedro Alvaro, wieloletnim kapitanem zespołów młodzieżowych, który w pierwszym zespole nawet nie zaistniał, tkwiąc obecnie na wypożyczeniu w Belenenses. Prezydent Vieira pięć miesięcy temu mówił, że jeśli drużyna chce marzyć o wygraniu Ligi Mistrzów, to musi dysponować zespołem bazowym „made in Seixal”. Dzisiaj więcej wychowanków można znaleźć w Manchesterze City niż w Benfice, a po odpadnięciu z PAOK-iem w eliminacjach do Ligi Mistrzów nad Tagiem chwilowo zaszło słońce.

JESUS MYŚLI INACZEJ

Trener Jorge Jesus nie patrzy w metrykę. W obronie wystawia Otamendiego (32 lata) i Vertonghena (33), podczas gdy rok temu byli to Ruben Dias i Ferro - obaj w sumie dziesięć lat młodsi. Pierwszego nie ma już w klubie. Drugi za moment będzie obrońcą nr 5. Gdy rozmawiam na ten temat z Radosławem Misiurą, ekspertem ligi portugalskiej i kibicem Benfiki, słyszę: „Wygląda na to, że z ambitnym projektem Vieiry trzeba się wstrzymać dwa lata”.

Ostatnio ręce wszystkim opadły po sprawie z Tiago Dantasem, który w klubie był od czwartego roku życia. Media klubowe wrzucały sentymentalne zdjęcia z tamtego okresu. Mówiono o materiale na przyszłą gwiazdę, po czym okazuje się, ze Dantasa nie ma już w klubie, bo poszedł na wypożyczenie do Bayernu, na razie zaczynając od meczów rezerw. Mimo to prezydent Vieira dalej mówi, że to w Seixal bije serce klubu. Za moment wybory. Nic dziwnego, że znowu wyciąga z szafy Joao Felixa.

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.