Nagelsmann chce rewolucji. Słuchawki w uszach piłkarzy są do zrobienia, tylko po co? (KOMENTARZ)

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Julian Nagelsmann - Bayern
Fot. Alexander Hassenstein/Getty Images

Julian Nagelsmann przyzwyczaił nas do tego, że od kilku lat niesie sztandar innowacji. To on stawiał na placu treningowym wielki telebim jak z kina plenerowego, on wysyłał piłkarzy na szkolenia snu, a potem z pasją opowiadał o Footbonautach i Helixach tego świata. Teraz marzy mu się lepsza komunikacja z piłkarzami w trakcie meczu za pomocą zestawu słuchawkowego. Teoretycznie można byłoby to zrobić już jutro, tylko czy tego właśnie potrzebujemy?

Już kiedyś świat to widział. Był 2005 roku, gdy Vanderlei Luxemburgo wsadził słuchawkę do ucha Raula i kazał słuchać mu instrukcji. Eksperyment był możliwy tylko dlatego, że Real grał z drużyną gwiazd MLS. Nie był to oficjalny mecz La Liga, więc można było puścić wodze fantazji. Obrazki trenera stojącego przy linii bocznej z walkie-talkie do dziś hulają po Internecie – niestety wszystko to w formie ciekawostki, bo więcej prób nie podjęto.

Raul nie był do końca zadowolony, że zamiast koncentrować się na przeciwniku, myślał o słuchawce przyczepionej klipsem do prawego ucha. Hiszpańskie środowisko piłkarskie uznało to za fanaberię i na tym skończyła się przygoda z boiskową komunikacją 2.0. Rok wcześniej słuchawkę w uchu miał też bramkarz Jam Moons z Genku. Nie dość, że skarżył się na zakłócenia spowodowane telefonami komórkowymi, to jeszcze nie do końca umiał wytłumaczyć, w czym taka słuchawka miałaby mu na boisku pomóc.

Dzisiaj Nagelsmann wraca do tematu, bo widzi, co dzieje się choćby w NFL. Sport, który od dawna idzie z technologią pod rękę, od ponad dwóch dekad umożliwia komunikację trenera z rozgrywającym. Głos milknie dopiero 15 sekund przed końcem zegara wyznaczającego początek, tak by za bardzo nie mącić graczowi w głowie i jednocześnie, by futbolista nie miał ciągle w uchu podpowiadającego z innej perspektywy trenera. Być może w piłce byłby sens podłączyć w ten sam sposób kapitana drużyny, ale to jednak ciągle stawia pytania, czy my, jako kibice tych zmian naprawdę potrzebujemy.

Nagelsmann o pomyśle rewolucji pierwszy raz powiedział w wywiadzie dla Münchner Merkur. Sprawę doprecyzował na piątkowej konferencji przed meczem z Bochum, mówiąc: „Ludzie na Instagramie piszą mi, że denerwuję ich moje krzyki w trakcie meczu. Gdybym miał zestaw słuchawkowy, nie musiałbym krzyczeć. To sytuacja win-win dla wszystkich”.

To prawda, że dzisiaj mnóstwo trenerów w trakcie meczu krzyczy i gwiżdże. Często wymachują rękoma i biegną do linii bocznej, jakby zaraz sami mieli wejść na boisko. Odpowiednia komunikacja albo jedna drobna instrukcja może wygrać drużynie mecz, ale trudno nie odnieść wrażenia, że piłka, gdzie zawodnik przez 90 minut instruowany jest przez osoby trzecie, stałaby się jeszcze bardziej taktyczna.

To normalne, że trenerzy próbują sobie ułatwić pracę. Futbol powinien otwierać się na technologię, ale z punktu widzenia oglądającego, nie mam przekonania, czy akurat w tym kierunku. Piłka to nie konsola. To nie jest FIFA, gdzie za pomocą pada można wszędzie i zawsze mieć nad zawodnikiem kontrolę. On najlepszy jest wtedy, gdy ma w sobie nutkę szaleństwa i podejmuje decyzje, których nawet najlepszy trener nie szepnąłby mu do ucha

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.