Jeśli reagować, to właśnie teraz. Zawalić możemy nie jeden turniej, a z automatu dwa (KOMENTARZ)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Pilka nozna. Liga Narodow. Bosnia i Hercegowina - Polska. 07.09.2020
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Zbigniew Boniek wprost przyznaje, że nie ma gwarancji, aby z reprezentacją na Euro 2020 było lepiej. Do mistrzostw Europy jeszcze 10 meczów, ale za niecały rok możemy się obudzić nie z jednym zaprzepaszczonym turniejem, a dwoma. Kiedy przystąpimy do Euro, będziemy już na półmetku eliminacji mundialu. I to znacznie trudniejszych niż te, po których cieszy się połowa Starego Kontynentu.

Do końca roku reprezentacja Polski rozegra jeszcze sześć meczów, ale paradoksalnie czasu na jakiekolwiek wnioski i reakcje pozostało niewiele. Wygrana z Bośnią i Hercegowiną (2:1) daje Jerzemu Brzęczkowi miesiąc spokoju, ale nie powinien to być triumf, z którym selekcjoner ruszałby dumnie odpierać ataki krytyków. Nie kiedy na ławce usiedli Edin Džeko i Sead Kolašinac, a Miralema Pjanicia w ogóle zabrakło w kadrze rywali.

Istnieją obawy, czy w selekcjonerze istnieje jakakolwiek autorefleksja, a kadrowicze czują, że wyciąga wnioski z kolejnych niepowodzeń. Na dziś trudno sobie wyobrazić, by to był człowiek, który mógłby nas poprowadzić do sukcesu na Euro 2020. A mówimy przecież o naszych ostatnich turniejach z 32-letnim Robertem Lewandowskim w życiowej formie. Tym bardziej widmo zaprzepaszczenia tego złym doborem ludzkim mocno zagląda w oczy.

Boimy się o tyle, że perspektywa tej nieudanej współpracy może zepsuć nie jeden wielki turniej, a nawet dwa. I nie mówimy tu o Lidze Narodów, która – umówmy się – jest ciekawym przetarciem, ale w praktyce niczyim priorytetem. Bardziej pucharem pocieszenia traktowanym jako okazję do testów albo zbudowania nastrojów niż rozgrywki, na które wyczekują kibice na całym globie. Ot, punktowane mecze towarzyskie.

Na jesieni znów zagramy z Holandią, Bośnią i Hercegowiną oraz dwukrotnie z Włochami, gdzie są obawy, że kilka porażek zostanie przyjętych z urzędu jako wkalkulowane. W końcu to dwie wielkie piłkarskie nacje z Virgilem van Dijkiem i Frenkiem de Jongiem czy Nicolo Barellą i Federico Chiesą. Oprócz tego podejdziemy do sparingów z Finlandią (7 października) i Ukrainą (11 listopada), czyli dwoma finalistami Euro 2020. Potencjalni takimi, których chcielibyśmy przejść, gdyby los połączył nas na mistrzostwach Europy.

W bliskiej perspektywie mamy jednak jeszcze mundial w Katarze startujący w listopadzie 2022 roku. Mniej więcej za dwa lata, lecz eliminacje mistrzostw świata startują już w marcu przyszłego roku. Losowanie odbędzie się 29 listopada, czyli tak naprawdę zaraz, a już rezultaty z trwającej Ligi Narodów mają wpływ na rozstawienie. Zanim zagramy w Bilbao i Dublinie na Euro, będziemy już niemalże na półmetku gry o występ w Katarze. Kwalifikacje potrwają od marca do listopada 2021 roku, bilety z Europy dostanie 13 reprezentacji, a nie jak w przypadku mistrzostw Starego Kontynentu 24 zespoły. Skala trudności, aby pojechać na turniej nad Zatokę Perską, będzie znacznie większa. Nie trudno wykalkulować, że w rok możemy zawalić dwie duże imprezy.

Zapewne mało kogo przekonuje wizja takiego ślizgania się jak obecnie – wymęczonych zwycięstw z ekipami o mniejszym potencjale oraz brak przekonującego planu z tymi lepszymi od nas. Mimo że to pierwsze zwycięstwo Jerzego Brzęczka w Lidze Narodów, to rezultaty go bronią. Rzecz w tym, że nie idzie za tym żaden postęp ani rysowanie pomysłu na grę. Na każdym kroku podkreślamy, że dysponujemy zdolnym, utalentowanym pokoleniem, ale marnujemy jego potencjał. I tak to niestety wygląda, kiedy obserwujemy jaki zjazd w kadrze notują m.in. Mateusz Klich, Grzegorz Krychowiak czy Piotr Zieliński.

Nie chodzi o to, aby się kajać czy kamienować, ale wśród osób decyzyjnych nie widać za grosz autokrytyki. Zbigniew Boniek wychodzi i na antenie RMF FM rzuca: „Nawet najlepsza drużyna Górskiego przegrała z Holandią 0:3. Nigdy nie udało nam się w Holandii wygrać meczu”. No to znakomicie, wszyscy usprawiedliwieni, bo nie było po co oddawać strzału ani ruszać do pressingu za Arkiem Milikiem w końcówce, skoro i tak nikt tam nie wygrał. Naprawdę cieszę się, że jakimś cudem nie zremisowaliśmy w Amsterdamie, bo selekcjoner zostałby ozłocony za takie wyczyny.

Boniek dodaje zresztą w rozmowie z Robertem Mazurkiem: „Nie mamy żadnych gwarancji, że spotkania z Hiszpanią czy Szwecją będą lepsze”. Tam prezes PZPN-u został celnie wypunktowany za wiele spraw, ale tak akurat kończy się włączanie do świata polityki oraz generalnie rozmowy z red. Mazurkiem. Nie o tym jednak istota tekstu – Boniek słusznie zauważa, że możemy pozostać na tym samym poziomie. Przed nami dziesięć meczów do Euro 2020, a my obawiamy się, czy najzwyczajniej nie zmarnujemy czasu. I nie zawalimy z automatu dwóch turniejów, zamiast jednego.

Dlatego to jedna z ostatnich chwil, aby zastanowić się i poważnie pomyśleć nad przyszłością. Wiemy, że Zbigniew Boniek nie lubi przyznawać się do pomyłek, więc posada Jerzego Brzęczka najprawdopodobniej będzie bezpieczna. W końcu to on go nominował. Ale jeśli ktoś dostrzegłby niebezpieczeństwo, reagować powinien już teraz. Póki jeszcze można coś sprawdzić, póki można coś zbudować. 10 meczów to bardzo dużo, ale zaraz zacznie się palić. Skoro my w Zenicy na Bilino Polje wychodzimy spięci na rezerwy Bośni i Hercegowiny, to jak będzie nerwowo i sztywno w czerwcu, kiedy jednocześnie stanie przed nami wizja zawalenia Euro oraz braku kwalifikacji do mundialu. Do stracenia jest bardzo dużo – czasu, ale przede wszystkim najlepszych lat klasowych zawodników.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.