Jedyny taki Kazu Miura. Najstarszy piłkarz świata ma 54 lata i właśnie przedłużył kontrakt

Kazu Miura
Fot. Etsuo Hara/Getty Images

Tylko jeden gracz na świecie może powiedzieć o sobie: byłem w grze FIFA 96. Kazuyoshi Miura w lutym skończy 54 lata i właśnie przedłużył kontrakt z Yokohama FC. Karierę zaczynał jeszcze w 1986 roku, dwanaście lat przed narodzinami Kyliana Mbappe.

Jego miejsce życia to Jokohama, druga co do wielkości metropolia w Japonii. Na stacji Mitsuzawa-kamicho 54-latek uśmiecha się z wielkiego plakatu, jakby wiedział, że ludzie przyszli dla niego. Dalej droga na stadion Mitsuzawa i znowu on, tym razem na słupach sygnalizacji świetlnej. Co jakiś można zobaczyć plakat przedstawiający go w stylu portretu Che Guevary. Nazywają go tutaj „Królem Kazem”, a skoro tak, to siłą rzeczy musi wypadać z każdego rogu. Od piętnastu lat trwa zastanawianie się, kiedy powie „dość”, a on za każdym razem przedłuża kontrakt i dalej bawi się w sport. Jego rówieśnicy to Juergen Klopp i Roberto Baggio. Uwierzycie?

JAPOŃSKI GARRINCHA

To jest przykład ponadprzeciętnej witalności jeszcze z ery, gdy o długowiecznych sportowcach prawie się nie mówiło. Owszem, zdarzały się przypadki 39-letniego Lothara Mattheusa, niemieckiego mistrza świata, albo trzy lata starszego Rivaldo, kończącego karierę w Brazylii. Ale to nie były jeszcze czasy rosnącej roli nauki i technologii, tego że Cristiano Ronaldo kupuje sobie do domu kriokomorę, mówiąc: czuję się jak nastolatek, mogę grać do czterdziestki. Piłkarze z pokolenia Miury (rocznik 1967) jak choćby Eric Cantona ('66) z grania wypisywali się w okolicach trzydziestki. Cantona pod koniec XX wieku powiedział nawet, że ma dość wczesnego wstawania i weekendów bez znajomych. Od tego czasu minęły ponad dwie dekady. On siedział na emeryturze, a Miura kopał piłkę.

Japonia w latach 80. była piłkarską pustynią. J-League powstała dopiero w 1993 roku, a i to nie rozwiązało problemów. Co prawda reprezentacja pięć lat później pierwszy raz awansowała na mistrzostwa świata, ale od tej pory nigdy nie przeszła granicy 1/8 finału. Wypuściła w świat kilku świetnych zawodników jak Hidetoshi Nakata (m.in. Roma) czy Shunksuke Nakamura (Celtic). No i miała Miurę, gracza o tak wyjątkowym talencie, że w wieku 15 lat trafił do Brazylii. Trudno powiedzieć, żeby zrobił tam karierę, ale swoje piętno odcisnął. Grał w Santosie i Palmeiras. Strzelał gole z gigantami. Nazywany był nawet japońskim Garrinchą, a było to przecież w czasach, gdy Kraj Kwitnącej Wiśni nie miał futbolowych idoli. Wyobraźnię rozbudzał Tsubasa, bohater wydanego w 1981 roku komiksu, a potem serialu, który rozlał się na cały świat.

MIT TSUBASY

Miurę często porównuje się do Tsubasy. Obaj pochodzą spod góry Fudżi i obaj grali w brazylijskim Santosie. Czasami powtarza się, że ten pierwszy był pierwowzorem serialowego bohatera, ale to nieprawda. Był wtedy jeszcze za młody. Twórcę komiksu Yoichiego Takashaghiego zainspirował mundial w Argentynie z 1978 roku. Wtedy zakochał się w futbolu, choć ten w Japonii jeszcze prawie nie istniał. Jedynym zawodnikiem grającym w Europie był Yasuhiko Okudera, zawodnik FC. Koeln. Opowieść o Tsubasie rozbudzała wyobraźnię, bo mówiła o przekraczaniu granic. O tym, że w dynamicznie rozwijającej się japońskiej gospodarce jest jeszcze jakaś inna droga niż siła edukacji. Że jak Tsubasa Oozora można ruszyć w świat i zostać najlepszym piłkarzem świata.

Tsubasa po wygraniu kilku krajowych mistrzostw razem ze swoim mentorem Roberto Hongo rusza do Brazylii. Kraj Kawy był wtedy punktem odniesienia. Miał Pelego i Sokratesa. A wkrótce też Tsubasę. Wiele gwiazd futbolu opowiadało w wywiadach, że wychowali się na komiksie i bajce Yoichiego Takashaghiego. Fernando Torres powiedział kiedyś, że była to jego bezpośrednia inspiracja. Miura nigdy nie powiedział o sobie, że był w Brazylii japońskim Tsubasą, ale gdy w latach 90. serialowy tasiemiec nabierał rozpędu, kilka sezonów mogło być inspirowane jego postacią. Śmiało można powiedzieć, że losy dwóch wielkich postaci się zazębiają. Miura i Tsubasa byli pierwszymi ambasadorami japońskiej piłki.

Rewolucja miała dokonać się w 1993 roku. Japonia zatrudniła Zico, Gary’ego Lineker i Pierre’a Littbarskiego. J-League miała uczyć się od ludzi z Zachodu i gonić świat. Kazu chciał być częścią tych zmian. Wrócił do ojczyzny i nie dość, że wygrał ligę, to jeszcze został królem strzelców. Był też gwiazdą reprezentacji, strzelając w eliminacjach na mundial 94’ dwanaście goli w czternastu spotkaniach. Gdyby nie feralny mecz z Arabią Saudyjską, zagrałby na globalnym turnieju i pięknie ukłonił się światu.

OSTATNI DZIEŃ ŻYCIA

Bo Miura to bohater lokalny. Nigdy nie wyszedł poza ramy. Nie dał się poznać zachodniej publice, choć liznął Serie A (sezon w Genoi) i grał w Chorwacji (pół roku w Dynamie Zagrzeb). Gdy Japonia pierwszy raz awansowała na mistrzostwa świata w 1998 roku, miał 31 lat. Jego bilans w kadrze wynosił 55 bramek w 89 spotkaniach, a mimo to nie znalazł się wśród powołanych. To była sensacja jak pominięcie Paula Gascoigne’a w Anglii. O ile jednak Anglik był alkoholikiem, to Kazu jeszcze dzień wcześniej zaliczył hat-tricka w meczu towarzyskim. Żeby spełnić marzenie o mundialu, w wieku 45 lat zagrał w kadrze futsalu. W 2005 roku przez moment był wypożyczony do australijskiego Sydney FC, a potem zacumował w Jokohamie i do dziś ani myśli się stąd ruszać.

Japonia kocha Miurę, bo idealnie wpisuje się w mit skromnego, pracowitego Japończyka. Nazywa się go tutejszym Maradoną, a przecież nie pogrążyły go alkohol i kokaina. Jest przykładem, że można rzucić się w nieznane i spełniać marzenia. Na boisku od zawsze dynamiczny, poza boiskiem jest zabawny, choćby w wywiadach, gdy mówi o sobie w trzeciej osobie, per Kazu. W pewnym momencie zrobiono z niego maskotkę marketingową. Miura zareklamuje kosmetyki, Miura sprzeda czekoladę, a za moment wymyślą mu specjalny taniec i „zwód Kaza”.

Gdy w 2017 roku kończył 50. lat, zrobiono specjalną galę, mecz na wypełnionym po brzegi stadionie Mitsuzawa, gdzie nie przyjęto do wiadomości, że głównego bohatera pobolewa kolano, bo to przecież jego dzień. Kibice przyszli. Trzeba grać. Parę razy słyszał pytanie, czy myśli o zakończeniu kariery i zawsze rozbrajającym uśmiechem odpowiadał krótkim „nie”. W rozmowie z „Japan Times” dodał: „Mój ostatni dzień z piłką będzie ostatnim dniem mojego życia”.

Ostatni kontrakt Miura podpisał równo rok temu, czyli 11 stycznia. Potem był lockdown i powrót na boisko w czterech meczach. Japończycy nie mieli złudzeń, że dopóki czuje się świetnie, będzie tę umowę przedłużał. Podpis złożył dzisiaj i już szykuje się na sezon nr 36. Ciąg dalszy nastąpi.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.