Jak dużo jesteś w stanie poświęcić? Fascynujący dokument o Fergusonie pokazuje pułapki życia trenera

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
fot. David Cannon/Allsport

Gdybym miał określić jednym słowem nowy dokument Amazona o sir Alexie Fergusonie, to powiedziałbym: ciarki. Nawet finał Ligi Mistrzów z 1999 roku nie jest w stanie przebić sceny, gdy Szkot czyta list pożegnalny albo kiedy po pięciu miesiącach walki ze śmiercią wraca na Old Trafford. Patetyczny głos spikera plus 80 tysięcy gardeł nie mogą się mylić: to jest futbolowy zabytek klasy zero, największy menedżer w historii i esencja tej gry.

Nie było do tej pory takiego filmu. Już sam fakt, że reżyserem jest syn Fergusona pokazuje jak intymny jest to obrazek. Nie ma w nim opowieści o taktyce i kolejnych tytułach, są za to doki Glasgow, upór drwala i tysiące wyrzeczeń, gdy na szali trzeba położyć rodzinę. Jason Ferguson nigdy nie mógł zadać ojcu tych pytań, bo ojciec zawsze był w pracy. To nie przypadek, że w filmie wypowiada się więcej członków rodziny niż piłkarzy. Jeśli ktoś szuka opowiastek Beckhama o suszarce, to trafił pod zły adres.

Osią dokumentu jest oczywiście wylew z maja 2018 roku. Ferguson doskonale pamięta datę rocznicy ślubu oraz urodziny synów, ale zapytany o dzień tragedii, widzi pustkę. On, który w piłce przeżył wszystko i zgarnął 49 trofeów, był krok od tego, by na zawsze stracić pamięć. Zaraz po wybudzeniu ze śpiączki farmakologicznej, spytał syna: „Jak tam Doncaster?”, ale kiedy kilka tygodni później stracił mowę, istniało ryzyko, iż nie do końca będzie tym Fergusonem jakim zapamiętał go świat. Lekarze dawali mu 20 procent szans. A on znowu wygrał. Kolejny raz wyszedł z sytuacji beznadziejnej, co poniekąd stanowi credo jego kariery.

Ferguson nigdy nie koloryzował swojej legendy, to inni robili do tego nadbudowę. Zawsze powtarzał, że w piłce miał tylko jeden talent, mianowicie umiał postępować z ludźmi. Był prostym facetem z Govan, przedmieść Glasgow. Ten motyw co chwilę wraca w filmie, bo to też opowieść o korzeniach i tożsamości. O tym, że miejsce urodzenia i rodzina naznacza nas bardziej niż byśmy sądzili.

Fergusona naznaczyła dyscyplina i surowość ojca. Był moment, że nie rozmawiali ze sobą dwa lata. Jason, syn sir Alexa, dopiero w trakcie tworzenia dokumentu mógł to wszystko zrozumieć. Pierwszy raz dowiedział się, że ojciec jako piłkarz St. Johnstone był milimetry od emigracji do Kanady. Inna byłaby wtedy trajektoria jego życia i inna historia futbolu. Ferguson mówi, że pierwszy raz zwątpił w siebie. Nigdy później nie wracał do tego momentu. Liczyła się tylko przyszłość.

W ogóle ten film wygrywa tym, że mniej jest w nim Manchesteru, a więcej Szkocji. Strajk robotniczy w latach 60. Treningi w parku. Hat-trick strzelony przeciwko Rangersom. Aż w końcu samodzielna kariera na Ibrox w grupie protestantów, mimo że za żonę wziął katoliczkę. To wszystko jest tak sugestywne, że aż czuć zapach stoczni w Govan. Nie byłoby Fergusona, gdyby nie ten szorstki klimat. Nie byłoby go też bez Aberdeen, gdzie zdarzyło mu się rzucić filiżanką w piłkarza, ale też odebrać od królowej Order Imperium Brytyjskiego. To on wyciągnął klub z peryferii szkockiej piłki na sam szczyt. Złamał duopol Celticu i Rangersów. A potem popłynął do Manchesteru United.

Kto by pomyślał, że spędzi tam 26 lat. Przychodził w czasach rozrób i gnijących stadionów. Kiedy odchodził, stadiony wyglądały jak bombonierki, telewizja wystrzeliła w kosmos, a wraz z nią zarobki piłkarzy i trenerów. Manchester United stał się futbolowym kolosem, wartym ponad 3 miliardy euro i z potencjalną widownią szacowaną na 660 mln osób. Świat się zmienił, a on pozostał ten sam. Był przewodnikiem stada z prostymi rozkazami i zerowym marginesem dialogu. Gdyby miał dziś kogoś przeprosić za dawne winy, to nie wybrałby nikogo. Nawet Jima Leightona, którego zmienił w bramce na finał Pucharu Anglii w 1990 roku. Facet od tamtej pory już nigdy się do niego nie odezwał.

„Wiele razy posunąłem się za daleko. Ale nie ma w tym nic złego, jeśli robisz to z właściwych powodów” - mówi Ferguson. Skoro w samym Manchesterze zgarnął 38 trofeów, to znaczy, że warto było przesuwać granicę. Liczył się każdy kolejny rywal i każde następne zwycięstwo. Wszystko oczywiście kosztem rodziny, co bardzo mocno wybrzmiewa w filmie.

Jest to w pewnym sensie próba pojednania i zrozumienia tych poświęceń. „Nigdy go nie było” - mówi jeden z synów. Ferguson przyznaje wprost, że to żona wychowała mu dzieci. „Nie jestem z tego dumny” - odpowiada, wiedząc podskórnie, że jeśli był tatą, to prędzej dla piłkarzy. Nazywali go ojcem Alexem, a on wypytywał, kim byli ich ojcowi i dziadkowie, by obudzić w nich poczucie tożsamości. Dziewiędziesiąt procent czasu poświęcił na to, by zanurzyć się w grę. I dopiero, gdy oddalił się od piłki, potrafił o tym otwarcie mówić.

„Czasami po wywiadzie z ojcem dzwoniłem do moich braci i pytałem: „Wiedziałeś o tej historii?”. Odpowiadali, że nie. Uświadomiliśmy sobie jak mało wiemy o tacie” - mówił Jason Ferguson w rozmowie z CNN. Sir Alex z kolei po incydencie z 2018 roku powtarza, że każdy kolejny przeżyty rok jest dla niego bonusem. Nigdy nie potrafił pokazać emocji bliskim, więc zaraz po wyjściu ze śpiączki napisał do nich list pożegnalny. Cathy, jego żona od 1964 roku nie otworzyła tej koperty. Zajrzał do niej dopiero sam Ferguson na prośbę syna w finałowej scenie filmu. Padają tam bardzo emocjonalne słowa, które koniecznie trzeba zobaczyć.

* Film jest dostępny od 29 maja w Amazon Prime (UK) i Google Movies.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.