Historie alpejskie. Maryna Gąsienica-Daniel umacnia się w światowej czołówce

Zobacz również:Najlepsza od lat. Maryna Gąsienica-Daniel kroczy na szczyt sportów zimowych
Maryna Gąsienica-Daniel
Fot. Alain Grosclaude/Agence Zoom via Getty Images

Dwa miejsca w ósemce mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim to coś, czego w wykonaniu reprezentantów Polski jeszcze niedawno kompletnie nie mogliśmy się spodziewać. Takich wyników nie mieliśmy bowiem od lat 80. i nic nie wskazywało na jakiekolwiek zmiany. Na szczęście coraz szybciej zaczęła się rozwijać Maryna Gąsienica-Daniel, która właśnie tego dokonała.

Całkiem niedawno pisaliśmy o tym, że jest pewna alpejka, która w sezonie popandemicznym zanotowała bardzo duży skok jakości, dający szanse na ustabilizowanie się na dobrym, światowym poziomie. Stabilizacja przyszła jednak szybciej niż się spodziewano. W niemal każdym tegorocznym starcie w Pucharze Świata Maryna Gąsienica-Daniel plasowała się w okolicach pierwszej dziesiątki w swojej ulubionej konkurencji – slalomie gigancie. Jadąc na mistrzostwa świata do Cortina d’Ampezzo liczyła (a my mając w końcu emocje w narciarstwie alpejskim – wraz z nią) na kolejne dobre rezultaty.

Te przyszły już na początku mistrzostw, bo Maryna była 12. w kombinacji alpejskiej i 24. w super gigancie, które absolutnie nie są jej koronnymi konkurencjami. Potem przyszedł czas na slalom równoległy, w którym zaczęła od trzeciego miejsca w kwalifikacjach. Ostatecznie doszła aż do ćwierćfinału, co już samo w sobie jest znakomitym wynikiem, a mogło być jeszcze lepiej, ponieważ miała nieco pecha do wylosowanej trasy. Organizatorzy przygotowali je bardzo nierówno (panie ścigają się w parach na dwóch teoretycznie identycznych trasach), a biorąc pod uwagę specyficzne zasady tej konkurencji (w pierwszym przejeździe można zyskać nad rywalem maksymalnie pół sekundy, w drugim ile się da) to te panie, które jechały drugi przejazd na gorszej trasie, przegrywały. Jedną z nich była Maryna. Wiele alpejek bardzo mocno oprotestowało ten rezultat, organizatorom pozostało się kajać, a międzynarodowemu związkowi narciarskiemu doszły argumenty, by stwierdzić, że ten półsekundowy limit może nie być najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Dla nas jednak to i tak był tylko przedsmak tego, co miało czekać w tych mistrzostwach. Koronną konkurencją Maryny jest bowiem slalom gigant, a ten jechała dopiero na końcu. Po pierwszym przejeździe była siódma, co było znakomitym rezultatem, biorąc pod uwagę, że w Pucharze Świata polska narciarka zazwyczaj pierwszy przejazd miała słabszy, a dopiero w drugim ryzykowała i atakowała kończąc w okolicach „dychy”.

Tu taktyka była podobna. Kiedy Polka ruszyła w dół w drugim przejeździe, to widać było, że nie zamierza przebierać w środkach. Jechała bardzo ryzykownie i agresywnie, co przełożyło się na kilka sektorów „na zielono”, a to w danym momencie dało jej prowadzenie. Ryzykowny styl ma jednak to do siebie, że może dać niezwykle dużo, ale może też w jednej chwili dużo zabrać. Niestety tak też było tym razem. W pewnym momencie Marynie odjechały narty, przez co cudem uratowała się od upadku. Wielokrotnie w takich sytuacjach panie kończą swoje przejazdy – albo upadkiem, albo całkowitym zatrzymaniem się. Tymczasem przejazd Maryny był tak znakomity, że mimo straty znacznej ilości czasu na metę wpadła… druga. Ostatecznie jeszcze dwie inne zawodniczki spisały się gorzej, co dało Polce fantastyczne, w Polsce niemal niespotykane, szóste miejsce.

Jak dobry jest to rezultat? Dość powiedzieć, że w całej historii (!) narciarstwa alpejskiego lepsze wyniki na mistrzostwach świata miało… dwoje polskich narciarzy. Andrzej Bachleda-Curuś, który do tej pory pozostaje jedynym polskim medalistą tej imprezy (brąz w 1970 i srebro w 1974 – oba w kombinacji) i Dorota Tlałka, czwarta w slalomie w 1982 roku.

I tyle, nikt inny nie był wyżej od Maryny. Co więcej, możemy przecież czuć jeszcze pewien niedosyt po tym błędzie, bez którego nasza alpejka zajęłaby pewnie czwarte miejsce. Jednak za to naszej zawodniczki nie ma co ganić. Jeśli już – chwalić za to, że tak opanowała narty, że zdołała jeszcze ukończyć zawody na szóstym miejscu. To da jej niezwykle ważne - dla sportowca z mniej popularnej w Polsce dyscypliny - stypendium ministerialne (najlepsza ósemka MŚ w konkurencji olimpijskiej) i możliwość spokojnego przygotowywania się do igrzysk w Pekinie, które już za rok. A tam, z tym progresem… Na pewno trudno wyrokować medale lub jakikolwiek wynik, ale wiemy, że z Maryną będziemy mieli emocje.

A kto wie, może nie tylko z Maryną, bo dzięki jej wynikowi nieco bez echa przeszło bardzo dobre, 19. miejsce Magdaleny Łuczak, która dopiero co skończyła 19 lat. Młoda zawodniczka miała 13. czas drugiego przejazdu, co jak na debiut w takiej imprezie jest rezultatem znakomitym. Mówimy przecież o mistrzostwach świata, imprezie sezonu, na którą wszyscy przygotowywali formę, a nie jednych z wielu zawodów, gdzie ktoś mógł nie przyjechać/nie mieć formy/lekko odpuścić.

Mamy więc dwa w jednym – zawodniczkę ze światowej czołówki, która może nam dawać wiele emocji w najbliższych sezonach i młody talent, który powoli będzie szedł w jej ślady. Kto jeszcze niedawno by pomyślał, że w polskim narciarstwie alpejskim jest w ogóle możliwa taka sytuacja?

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.