Saga zakończona, można się rozejść – Harry Kane zostaje w Tottenhamie. Co to oznacza dla całej ligi?

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Harry Kane
Fot. Marc Atkins/Getty Images

Angielski napastnik uciął spekulacje na temat swojego transferu jednym wpisem w mediach społecznościowych, choć jednocześnie poruszył przez to inną lawinę. Wiemy jedno – w tym oknie transferowym Harry Kane nigdzie się nie rusza. Warto przeanalizować, co to oznacza dla Tottenhamu i Manchesteru City, ale też innych klubów. Nie jest przecież powiedziane, że mistrzowie Anglii wrócą do negocjacji z Danielem Levym i mogą poszukać nowej dziewiątki gdzie indziej. Wygląda jednak na to, że walka o tytuł, która zapowiadała się przed sezonem pasjonująco, dzięki temu jeszcze zyska.

Nie będzie nowego rekordu Premier League i z dużej chmury ostatecznie spadł mały deszcz. Choć o transferze Harry'ego Kane'a do Manchesteru City słuchaliśmy praktycznie od maja, to sam zainteresowany w środę jasno zakomunikował, że nigdzie się w tym oknie nie wybiera. Jego wpis zostawia wprawdzie pewną furtkę, bo od razu da się wyczuć, że słowa „this summer” mogą być tu kluczem i temat może powrócić „this winter” albo „next summer”, ale przynajmniej na kilka miesięcy możemy darować sobie spekulacje.

Kane nadal będzie piłkarzem Tottenhamu, Manchester City najpewniej nie kupi w ostatnich dniach okna innego drogiego napastnika i największym zwycięzcą w tym układzie okazał się Daniel Levy. Prezes Tottenhamu potwierdził, że negocjacje z nim to nie jest łatwa sztuka – jeden z pracowników City obrazowo nazwał je kiedyś nawet czymś równie przyjemnym, co sikanie krwią – i choć Kane był przekonany, że miał z Levym niepisaną dżentelmeńską umowę, która zakładała, że po sezonie będzie mógł odejść, to najwyraźniej obaj panowie inaczej się zrozumieli. Prezes Spurs dopuszczał jedynie kierunek zagraniczny i do sprzedaży wewnątrz Premier League mogła przekonać go wyłącznie wysoka oferta. Ta, jak się okazuje, nigdy nie nadeszła.

NIEUDANE NACISKI

Wiedzieliśmy o tym, że Kane'owi zależy na transferze do City, więc trudno powiedzieć, co dziś czuje sam piłkarz. Próbował to rozegrać bezkonfliktowo – nie było mowy o tym, że złoży prośbę o transfer czy będzie mówił o swoich intencjach publicznie. Szczytem była tu rozmowa z Garym Neville'em, w której z jednej strony Kane nie powiedział niczego przełomowego, a z drugiej dało się wyczytać między wierszami, że pragnie opuścić Tottenham. Standardowe słowa o „nowych wyzwaniach” i „pragnieniu zdobywania najważniejszych trofeów” łatwo można było połączyć z faktem, że Spurs się od tego celu oddalają i inny klub – w tym wypadku Manchester City – mu to zagwarantuje.

W ostatnich dnia było jednak widać, że Kane mięknie. Początkowo wydawało się, że rozpoczyna jawny bunt i próbuje wymusić transfer, opuszczając treningi, na jakie miał się stawić po wolnym, które dostał po Euro. Nie było go na zajęciach w poniedziałek, a później we wtorek i środę, ale już w czwartek dowiedzieliśmy się, że lada moment wróci. Zaczął wycofywać się ze swojego stanowiska i wydał nawet oświadczenie. Kane stwierdził w nim, że nie chciał opuszczać treningów i nie pozwoli, by kwestionowano jego profesjonalizm. Można było odnieść wrażenie, że otoczenie samego piłkarza, którego reprezentuje jako agent jego własny brat, popełniło tutaj błąd.

Po powrocie do zajęć plotki ucichły, Kane dostał karę za opuszczanie treningów i Spurs unikali tematu jego przyszłości. Nuno Espirito Santo robił dobrą minę do złej gry, zachowując się tak, jakby nigdy nie słyszał o tym, że Kane planuje odejść. Gdy zabrakło go w kadrze na pierwszą kolejką – swoją drogą, przeciwko City – miał nadrabiać zaległości treningowe. Po meczu z Wolverhampton, kiedy Anglik wszedł z ławki, NES dał z kolei świetny pokaz gry aktorskiej. Pytano o to, czy minuty dla Kane'a to znak, że coś w jego sytuacji się zmieniło, Portugalczyk spokojnie odpowiedział: – Owszem, doszedł do odpowiedniego poziomu przygotowania, wypoczął i był gotowy, by nam dziś pomóc.

Jak się okazało, „dziś” przerodzi się najpewniej w co najmniej jeszcze jeden sezon, bo szybko pojawiły się informacje, że skoro Levy nie był skłonny sprzedać Kane'a teraz, to tym bardziej odpada transfer w zimowym oknie.

SZUKANIE WINNYCH

W całej sytuacji największe pretensje Kane może mieć do siebie. W 2018 roku podpisał aż sześcioletni kontrakt, więc jest dokładnie w jego połowie i wszystkie karty w rękach trzyma dzięki temu Tottenham. To nie jest sytuacja, w której w umowie pozostał rok i Tottenham musi przyjąć możliwie najlepszą ofertę, bo w przeciwnym wypadku piłkarz odejdzie za darmo. Trzy lata, jakie pozostają w kontrakcie, dają klubowi co najmniej dwa lata kontroli i pretekst do tego, by nie puszczać nigdzie swojego najcenniejszego zawodnika. Swoją drogą to kolejny zarzut w stronę przedstawicieli Kane'a. Bardziej pragmatyczny i lepiej przewidujący sytuację agent nie doradziłby tak długiego zobowiązania.

Tottenham Hotspur - Harry Kane
Fot. Tottenham Hotspur FC via Getty Images

Levy mógł więc wołać tyle, ile mu się podoba, a skoro – jak podaje m.in. świetnie zorientowany w temacie Spurs Alasdair Gold – Manchester City zaproponował jedynie 75 milionów funtów plus 25 milionów w dodatkach, to prezes Tottenhamu nawet nie miał po co siadać do rozmów, szczególnie, gdy zobaczył, że Jack Grealish kosztował równe 100 mln. Owszem, to dwie różne sytuacje i Grealish miał taką klauzulę wpisaną w przedłużony rok wcześniej kontrakt z Aston Villą, ale mimo wszystko Kane wart jest więcej i żądania Spurs były uzasadnione.

Dobrze ujął to również Jamie Carragher – Kane może być rozczarowany postawą Manchesteru City. Mistrzowie Anglii musieli zdawać sobie sprawę, że oferta 75+25 to dla Levy'ego propozycja, od której nawet nie zamierza zaczynać rozmowy, a mimo tego nie złożyli lepszej. Być może na Etihad wcale nie chcieli Kane'a aż tak bardzo, bo gdyby byli zdesperowani, to spełniliby żądania Spurs – mowa przecież o jednym z najlepszych napastników na świecie, który nagle sprawiłby, że ta pozycja w City z jednej z najgorzej obsadzonych stałaby się ogromnym atutem.

CITY MUSI LICZYĆ NA POWTÓRKĘ

To również trudno do końca zrozumieć. Jeśli było tak, że klub mógł sobie pozwolić na wyłącznie jeden bardzo drogi transfer, to dużo większy sens, patrząc na tę kadrę, miałoby sprowadzenie Kane'a – nawet za 150-175 mln – niż Grealisha. Kreatywnych piłkarzy Guardiola ma całą masę, a w ataku został tylko z Gabrielem Jesusem i mogącym występować jako fałszywa dziewiątka Ferranem Torresem. Niby taki duet ma potencjał, jednak ten pierwszy w poprzednim sezonie nie potrafił wykorzystać faktu, że Sergio Aguero prawie cały czas się leczył, a drugi ma 21 lat i nie jest to dla niego w pełni naturalna rola.

FerranCity-1274065186-kopia.jpg
Fot. Marc Atkins/Getty Images

Oczywiście to nie jest tak, że mistrzowie Anglii są przez brak Kane'a jakoś bardzo pokrzywdzeni. To byłby klasyczny przykład bogatych, którzy wzbogacają się jeszcze bardziej. Raczej panowało poczucie, że jeśli City dopnie ten transfer, to zamknie zabawę i z łatwością zgarnie kolejny tytuł. Widać było bowiem w poprzednim sezonie, że tej drużynie najbardziej brakuje godnej zaufania, skutecznej dziewiątki, która da ponad 20 bramek w sezonie.

Mimo tego udało się wygrać Premier League, chociaż najlepszym okazał się Ilkay Gündogan z 13 trafieniami. Brak klasowego snajpera udało się zamaskować, bo odpowiedzialność w ofensywie co kilka tygodni brał na siebie ktoś inny i Guardiola miał szczęście, że zawsze znalazł się ktoś w formie – a to Raheem Sterling na początku sezonu, a to Gündogan zimą, później swoje dorzucili Phil Foden i Riyad Mahrez, no i był jeszcze Kevin De Bruyne. Każdy z nich przekroczył barierę 10 goli, biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, ale teraz Guardiola musi liczyć na to, że uda się to powtórzyć, a dodatkowo swój dorobek poprawią Jesus i Torres.

Nadziei na udany rok nabierają za to kibice Spurs. Nuno Espirito Santo jeszcze bez Kane'a zaczął sezon od dwóch zwycięstw, a pozostanie najlepszego snajpera zwiększa szanse na poprawę zeszłorocznej siódmej pozycji. Portugalczyk nie krył wielkiej radości po środowych informacjach i będzie chciał zbudować atak wokół Anglika. Fakt, że Kane poza zdobywaniem bramek potrafi też znakomicie rozgrywać, to dla niego świetna wiadomość. Już Raul Jimenez pokazywał u niego w Wolves, że nie tylko kończy akcje kolegów, ale też kreuje sytuacje. U Espirito Santo osiągnął życiową formę, a przecież Kane to napastnik z jeszcze wyższej półki. Na tej współpracy mogą skorzystać obie strony, choć wszystko i tak rozbije się o to, czy portugalski menedżer sprawi, że Tottenham włączy się do walki o trofea.

WYŚCIG NABIERA EMOCJI

Można więc powiedzieć, że brak Kane'a sprawi, że Premier League będzie ciekawsza. Manchester City nadal ma bardzo silny skład i dużą głębię, co w połączeniu z taktyką Guardioli i tak powinno gwarantować gole. Widzieliśmy jednak, że w poprzednim sezonie potrzebował czasu, by znaleźć skuteczność i jesienią miewał mecze, gdy oddawał po 25 strzałów i gubił punkty. Później odrobił je z nazwiązką, ale tym razem wydaje się, że taki przestój może być bardziej bolesny w skutkach. Chelsea wzmocniła się pozyskaniem Romelu Lukaku i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ochotę na mistrzostwo ma Manchester United, a przecież jest jeszcze Liverpool wzmocniony powrotem do zdrowia swoich liderów. City z Kane'em wyrastałby nawet ponad tak mocne grono. Bez niego szanse się wyrównują.

Najbardziej interesujące będzie jednak to, co będzie się działo wokół głównego bohatera. To nie jest rodzaj zawodnika, który teraz okaże mniejsze zaangażowanie i się na Tottenham obrazi, więc akcje Spurs powinny iść w górę. Anglik nie będzie skończony w oczach fanów, bo już po wejściu z ławki przeciwko Wolverhampton brawa i podziękowania przykryły pojawiające się gwizdy. Historia zna przypadki piłkarzy, którzy zostali mimo jawnej chęci odejścia i otrzymali przebaczenie. Najbardziej znanym jest chyba Steven Gerrard, który miał iść do Chelsea i fani palili jego koszulki, by ostatecznie zostać w Liverpoolu i tam spędzić całą karierę w Premier League.

Trudno powiedzieć, czy Kane też będzie człowiekiem jednego klubu, ale niewykluczone, że transfer do City przez tegoroczne fiasko upadnie na dobre. Dlaczego szejkowie mają wracać do tematu po sezonie, skoro negocjacje z Levym nie są niczym łatwym i przyjemnym, a poza tym Kane skończy wtedy 29 lat i łatwiej może być wyciągnąć np. Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund? Norweg ma ten dodatkowy atut, że jest o siedem lat młodszy. Napastnicy wprawdzie pokazują, że ich kariery są coraz dłuższe i Anglik to wzór profesjonalisty, jednak czysta matematyka sprawia w tym wypadku, że pociąg o nazwie Manchester City mógł odjechać Kane'owi na dobre.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.