FarS(p)a, czyli kompromitacja Michaela Masiego (KOMENTARZ)

Max Verstappen
Fot. Mark Thompson/Getty Images

Tym razem po Grand Prix Czwartego Sektora nie będzie, bo ta sytuacja na niego nie zasługuje. Wielki był George Russell w sobotnich kwalifikacjach i nie mam co do tego wątpliwości. Tylko poza nim musiałbym bardzo mocno szukać dodatkowych tematów. Z trzyminutowego wyścigu trudno byłoby ugrać cztery rzeczy do opisania. Jedną byłby oczywiście Michael Masi, ale on zasłużył swoją postawą na oddzielny tekst. Taka amatorka i takie błędy muszą po prostu nie mogą pozostać bez komentarza.

Poruszałem już ten temat na łamach newonce.sport – nie jest to nic nowego. Pisałem już, że poprzedni dyrektor wyścigowy Charlie Whiting będzie nie do zastąpienia. On się po prostu urodził do pełnienia tej roli i już. Miewał swoje za uszami, zdarzały mu się błędy, ale potrafił wyciągać z nich wnioski. Reagował w odpowiedni sposób, a jeśli coś nie wyszło to robił wszystko by nigdy tego błędu nie powtórzyć.

Michael Masi wszedł w buty, które raczej nie są dla jednej osoby. Wielu o tym mówiło i wszystko zdaje się wydawać prawdą. Zastąpienie solo Charliego jest niemożliwe, a nowy dyrektor dźwiga ciężary od samego początku. Problem jest jednak taki, że nie widać na horyzoncie poprawy.

Z roli, którą pełni Masi, najlepiej ktoś wywiązuje się wówczas, kiedy się o niej zwyczajnie nie słyszy. To jedno z tych stanowisk, gdzie chcesz niejako być duchem. Im mniej ludzi ma na ustach twoje imię, tym lepiej wykonujesz swoją robotę. Przez lata oglądania F1 nie pamiętam, żeby tyle kontrowersji pojawiało się wokół osoby dyrektora wyścigu, co obecnie. Nie chcę już nawet się cofać chociażby do studzienek w Baku w 2019 roku czy Mugello 2020. Wszyscy daliśmy Masiemu niejako taryfę ulgową. Dwa sezony temu pojawił się z marszu, nawet rąk nie umył i musiał wejść w nową rolę. W poprzednim roku przyszła pandemia i to było ostatnie z naszych zmartwień.

Teraz jednak Masi jest na świeczniku i nie wygląda to dobrze. W praktycznie 3/4 z dwunastu dotychczasowych wyścigów borykaliśmy się z jakimiś problemami. A to gdzieś limity toru, a to kontrowersyjne decyzje, a to zmienianie zdania i niekonsekwentne traktowanie. Głosy o niekompetencji Masiego pojawiają się od marca i raczej przybierają na sile niż słabną. Jednak to, co stało się w Belgii, niejako przyćmiło wszystkie błędy tego sezonu. Niestety nie przez wzgląd na rewelacyjne zarządzanie czy podjęcie słusznych decyzji.

Tor Spa-Francorchamps położony jest w Ardenach. Jeden z najbardziej ikonicznych obiektów w kalendarzu charakteryzuje się przez to specyficznym mikroklimatem. W trakcie długodystansowych wyścigów potrafi tam przetoczyć się pełen wachlarz warunków pogodowych. Weekendy Formuły 1 bez deszczu tam to rzadkość. Nie inaczej było tym razem. Prognozy jednoznacznie pokazywały, że będzie padać i to praktycznie od czwartku do niedzieli. To jasno mówiło, że będzie trudno o normalne ściganie.

Warunki były trudne i ja to rozumiem. Deszcz nie przestawał padać, a wręcz przybierał na sile. Im bliżej byliśmy godziny 15 w niedzielę, tym mniej mogliśmy liczyć na normalny start zawodów. To stało się praktycznie pewne, kiedy Sergio Perez rozbił się na ścianie w trakcie okrążenia dojazdowego na pola startowe. Jednak festiwal błędów miał zacząć się dopiero później. Prognozy pokazywały dość jasno – pada i nie ma zamiaru przestać. Mało tego. Radary pokazywały nadchodzącą burzę, więc czas na decyzje powoli się kurczył.

Jakie jest logiczne rozwiązanie w takiej sytuacji? Daleko mi do dyrektora wyścigu i nie mam zamiaru uważać się za najmądrzejszego na świecie, jednak rozsądek podpowiada, że im dłużej pada tym więcej mamy wody na torze. To raczej jasno kieruje myśli w stronę spróbowania startu jak najszybciej, bo później może być gorzej. Masi mógł mieć więcej informacji, jasne. To się jednak kłóciło z komunikatami zespołów, ale decyzja została podjęta. Czekamy dziesięć minut. Potem jeszcze pięć. I jeszcze, i jeszcze…

W ciągu tych 25 minut sytuacja, zamiast się poprawić, uległa pogorszeniu. Kierowcy jednak ruszyli na dwa okrążenia za samochodem bezpieczeństwa. Szybko okazało się, że warunki nie pozwalają na normalne ściganie i przerwano procedurę startu. W tym momencie byłem przekonany, że w tym wszystkim jest plan. Przecież regulamin mówi jasno: wyścig musi zakończyć się w ciągu trzech godzin od jego rozpoczęcia. Opóźnianie i powstrzymanie startu ma sens jeżeli warunki mają się poprawić, a nawet da nam większą szansę przejechania pełnego wyścigu.

Jednak problem pojawił się w innym miejscu. Masi wystartował czas wyścigu, mimo przerwania procedury startu. Jeszcze lepszy jest fakt, że zrobił to… o 15. Po co wobec tego było całe to opóźnianie? Przecież decyzją o opóźnieniu startu sam zabrał sobie czas na rekonesans. Skoro i tak cenne minuty nam uciekały, to dlaczego nie spróbować od razu? Kompletnie bezsensowna decyzja. Masi sam sobie rzucił kłodę pod nogi i pobiegł na nią z zamkniętymi oczami.

Później nie było wcale lepiej. Kolejny cios wyprowadził Red Bull. Rozbity wcześniej Perez przez bardzo poważne uszkodzenia miał nie mieć szansy na start. Jednak opóźnienie sprawiło, że mechanicy zaczęli walczyć o wskrzeszenie jego auta. Zespół postanowił jednak zapytać Masiego o zdanie. Nie, to w sumie nie tak. Postanowił mu oświadczyć, że ma pozwolić Meksykaninowi wystartować. Nie żartuję. Użyli regulaminu przeciw samemu dyrektorowi, który wykonał w tej sytuacji potężnego fikołka. Skoro zegar bije, to wyścig wystartował, ale formalnie procedura startu została przerwana. Te dwie decyzje były ze sobą sprzeczne i dały Red Bullowi możliwość przywrócenia Checo do rywalizacji.

W trakcie rozmów z zespołami można było odnieść wrażenie, że Masi nie wie, co się dzieje. Błądził niczym dziecko we mgle i ta postawa nie dawała żadnych nadziei na wystartowanie wyścigu. Dodatkowo wypowiedzi dyrektora jednoznacznie sugerowały, że ten… nie zna regulaminu i nie wie, jak odnieść się do pewnych sytuacji. Nie potrafił jasno przekazywać informacji, przez co wszyscy byliśmy w kropce. Zespoły, kierowcy, ale przede wszystkim tłumy na trybunach. Ludzie mokli już od dobrych kilku godzin i zostali pozostawieni sami sobie. Od godziny 15:40 do 17:45 dostawaliśmy tylko szczątkowe informacje, które dziennikarze wyciągali od szefów ekip. Nie mieliśmy jasnych sygnałów, absolutne zero komunikatów.

To, co stało się później było czystą farsą. W warunkach praktycznie identycznych, a może nawet gorszych, do tych o 15 postanowiono, że wyścig wystartuje o 18:17. Wszyscy wiedzieli, że to się nie uda. Nie było fizycznej możliwości na rozegranie zawodów. Nie było też mowy o przełożeniu na poniedziałek. Logistyka na to nie pozwalała, bo już za tydzień Zandvoort. Zapytacie więc po co robić coś takiego? Dla wizerunku. Przecież odbyty wyścig będzie wyglądał lepiej niż anulowany ze względu na pogodę. Od samego początku wiadomym było, że na tor wyjedzie procesja za Berndem Maylanderem, która zakończy się po przejechaniu wymaganych przez regulamin dwóch okrążeń. Rozdano połowę punktów i wszyscy zadowoleni. Prawda?

No nie. Kibice zostali dosłownie opluci. Nie dostaliśmy ścigania, ale o to nie można mieć pretensji. Pogoda w Ardenach zwyczajnie zastrajkowała. Uważam jednak, że decyzja o opóźnianiu startu była błędna. Największa szansą było nakręcenie kilku okrążeń za samochodem bezpieczeństwa i próba oczyszczenia toru przez 20 aut na torze. Gdyby się nie udało, efekt byłby identyczny do tego późniejszego.

To, co dostaliśmy, nie było nawet próbą ścigania. Masi z regulaminu zrobił sobie podpórkę pod krótszą nogę od stołu. Robił, co chciał i jak chciał, do tego nieporadnie. Nie umiał go wykorzystać na swoją i naszą korzyść, a nawet dał się nim sam pokonać Red Bullowi. Dodatkowo przyznanie punktów za wyniki kwalifikacji (inaczej tego nazwać nie mogę), nawet połowy, uważam za skandal. Coś takiego nie powinno mieć miejsca.

F1 Spa: George Russell
Fot. Dan Mullan/Getty Images

Wydarzenia z Belgii były zwyczajną farsą. Kierowcy dostali punkty nie ścigając się nawet przez chwilę. To nie powinno tak wyglądać, wyścig w moich oczach się nie odbył. Najbardziej współczuję w tej sytuacji ludziom na trybunach. Tym, którzy czekali i mokli, a na koniec zostali bezceremonialnie oszukani.

Michael Masi przegrał. Przegrał swoją pozycję i w oczach fanów. To on w niedzielę był twarzą FIA oraz F1 i zawiódł. Nie potrafił poradzić sobie w kryzysowej sytuacji, zresztą nie pierwszy raz. Wyłożył się w każdym aspekcie. Wydaje mi się, że jego dni na stanowisku są policzone, a Stefano Domenicali dołoży starań, żeby poszukać następcy.

Dodatkowo ucierpiał wizerunek Formuły 1. Dojechanie okrążeń tylko po to, żeby uznać wyścig za uznany, to bardzo słaba zagrywka. Nie mam wątpliwości, że było to mocno podyktowane pieniędzmi. Przecież dzięki temu formalnie wyścig się odbył. Jakie zwroty za bilety? Pojechali? No właśnie. 29 sierpnia 2021 roku to smutna niedziela, która przejdzie do historii F1 ze wszystkich złych względów.

Podziel się lub zapisz
Fanatyk Formuły 1, ale praktycznie obok żadnego sportu nie przechodzę obojętnie. Współtwórca największego podcastu o królowej sportów motorowych w Polsce - Budnik i Pokrzywiński o F1.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.