„Grać Barcelonę” zmieniło znaczenie. Jak Blaugrana przestała należeć do najlepszych klubów świata

Zobacz również:Memphis Depay działa na wyobraźnię. Uczucie z Barceloną od pierwszego wejrzenia
FC Barcelona v Bayern München: Group E - UEFA Champions League
Fot. David Ramos/Getty Images

Pierwszy raz w historii Barcelona nie oddała celnego strzału w meczu Ligi Mistrzów. Rywalizacja z Bayernem (0:3) może nie była blamażem jak przy słynnym 2:8, ale miała znamiona tamtego meczu, bo Bawarczycy nawet nie weszli na najwyższe obroty. To zresztą dość wymowny znak czasów: jak w kilka sezonów Barcelona zamieniła się z zespołu dominującego z absolutnie wszystkimi w ekipę broniącą piątką obrońców, czekającą na najmniejszy wymiar kary na Camp Nou i atakującą wrzutkami na wysokiego Luuka de Jonga. Z dawnej Blaugrany zostało naprawdę niewiele i czym szybciej Katalończycy się z tym pogodzą, tym szybciej będą mogli poszukać jakiegoś odbicia.

Gdyby zastanowić się, ilu piłkarzy Barcelony znalazłoby się w łączonej jedenastce z Bayernem, wnioski byłyby bolesne: Frenkie de Jong powalczyłby w środku, Memphis Depay wygryzł Jamala Musialę głównie przez doświadczenie, a niektórzy wyceniliby wyżej ter Stegena od Neuera, chociaż akurat nie selekcjonerzy reprezentacji Niemiec. Może kiedyś Ronald Araujo, może kiedyś Pedri, może w szczycie formy Jordi Alba, ale to to prędzej zabawa w założenia, niż faktyczna ocena rzeczywistości. Mistrzowie Niemiec nie dość, że mają graczy w znacznie lepszej dyspozycji, to jeszcze w zdecydowanie lepszych momentach kariery. Za weteranów można tam uznać ciągle głodnych Roberta Lewandowskiego i Thomasa Mullera, lecz pozostali są w kwiecie wieku oraz możliwości atletycznych, stąd też taka dominacja fizyczna Bawarczyków oraz wysoki pressing 6-7 graczy. Nic dziwnego, że na Camp Nou rządzili umiejętnościami fizycznymi (z powyższych powodów) oraz taktycznymi, skoro na kierownicy mają Juliana Nagelsmanna, a nie zagubionego i czekającego na najniższy wymiar kary Ronalda Koemana.

NIE MA MIEJSCA PRZY STOLE

To czas, aby uzmysłowić sobie, że kiedy wymieniamy jednym tchem najlepsze kluby świata, miejsce dla Barcelony znalazłoby się tam wyłącznie przez sentyment. I to najczęściej kibicowski. Ale gdyby zastanowić się nad faktycznym stanem rzeczy, nie ma pobudek, aby ktokolwiek umieszczał tam jeszcze Katalończyków. I samo 0:3 z Bayernem nie ma na to wpływu, co najwyżej dowodzi przykrego stanu rzeczy. Dla Barcelony nie ma miejsca przy stole z najlepszymi, bo patrząc szerzej, jest dzisiaj zespołem z wyraźnie niższej półki niż Paris Saint-Germain (dowodem ostatnia edycja LM), Bayern (dowodem ostatnie mecze), Manchester City czy Chelsea. Nie może też rywalizować finansowo z najlepszymi, bo sama jest w ruinie, a najlepiej zarabiających graczy oddaje z pocałowaniem ręki. W zasadzie doszła do momentu, gdy może się ratować jedynie wolnymi transferami. Kiedyś jeszcze uprawniałoby ją umieszczenie wśród najlepszych za 6-krotnego zdobywcę Złotej Piłki, ale przecież Leo Messiemu latem zamknięto drzwi w klubie. Jedynego topowego piłkarza na swojej pozycji mają w środku pola – za takiego należy uznać Frenkie de Jonga, a być może kiedyś 18-letniego Pedriego, najlepszego młodego gracza mistrzostw Europy. Marc-André ter Stegen wypadł poza top3 bramkarzy, więc raczej trudno o kolejne przykłady. Osoba trenera, zarówno poprzez sukcesy, jak i wizerunek oraz renomę, również nie należy do światowej czołówki. Gdyby jeszcze Barcelonę uprawniały do tego sukcesy, ale mówimy o trzeciej drużynie minionego sezonu LaLiga. A jej kadra w porównaniu z tegorocznym Realem i Atletico również nie wygląda tak okazale. Dopiero ponad dwa lata temu Josep Maria Bartomeu chwalił się rekordowym w dziejach dyscypliny budżetem ponad miliarda euro, nieosiągalnym dla innych, co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak nieśmieszny żart, biorąc pod uwagę ruinę finansową, w jakiej znalazł się kataloński klub.

PRZECIWIEŃSTWO DAWNEJ BARCY

Niewiarygodne, jak bezzębni w ataku z Bayernem okazali się gospodarze. Wyglądali jak złapani na dystans przez większego boksera, który daje im się wyszaleć, ale w rzeczywistości ich zasięg rąk nie pozwalał na wyprowadzenie ani jednego ciosu. Tak też było – pierwszy raz w dziejach Champions League Barcelona zakończyła spotkanie bez celnego uderzenia. Ale nic dziwnego, kiedy latem zniknęły dwie najskuteczniejsze postaci ataku – Leo Messi nadający sensu ofensywie od wielu lat oraz Antoine Griezmann, który tylko w 2021 roku wypracował 33 bramki, prawie tyle co Cristiano Ronaldo. Wyjście na Bayern duetem Memphis Depay - Luuk de Jong jest największym wyrazem skoku w przeciętność, głównie z uwagi na tego drugiego, bo Memphis jeszcze stanowi jakieś światełko w tunelu.

Abstrakcją jednak jest, że ktoś w gabinetach wpadł na pomysł, aby ostatniego dnia oddając Griezmanna do Atletico, zainwestować w mierzącego 188 cm środkowego napastnika. Debiut Luuka de Jonga na Camp Nou był jednym z bardziej bezużytecznych indywidualnych występów i opierał się wyłącznie na pozorowanym skakaniu do główek, które na przemian wygrywali Dayot Upamecano i Niklas Sule. Trudno zrozumieć obecność Holendra w tej kadrze. Byłaby ona jeszcze wytłumaczalna, gdyby miał być alternatywą, trzecim napastnikiem, kimś na dodanie centymetrów w awaryjnej sytuacji. Tymczasem Barcelona szukając pilnie snajpera do grania, niezbędnej dziewiątki, postawiła na Luuka de Jonga. Napastnika o gabarytach, jakich nie było na Camp Nou od czasów Zlatana Ibrahimovicia. Tacy po prostu nigdy nie mieli tam miejsca, aż Ronald Koeman prosząc o dziewiątkę, dostał powolnego rodaka o zupełnie innych atutach, niż byli przyzwyczajeni kibice Barcelony.

To jest właśnie największy znak czasów, że zupełnie zreorganizowany zostanie styl atakowania Katalończyków. W idealnym świecie w ataku mieliby grać Memphis, Ansu Fati oraz Ousmane Dembele, lecz katastrofalna sytuacja zdrowotna zmusza do eksperymentów. Natomiast sam wybór De Jonga nakazuje myśleć, że teraz Koeman będzie poszukiwał innych, prostszych środków na bramki: pewnie częściej wrzutek z bocznych sektorów, częściej stałych fragmentów gry, częściej dalekich zagrań i odegrań, bo przecież nie szybkich ataków, co zobaczyliśmy, gdy Memphis zagrał prostopadle do Luuka, a ten zbierał się do piłki, jakby wiózł na plecach wóz z węglem. Rzecz jasna, Katalończycy nie będą grać co tydzień z Bayernem i w 95 procentach meczów będą mieć inicjatywę, co przy środku Busquets-Pedri-De Jong jest naturalne. Być może wtedy ujawnią się atuty Luuka, lecz rosły snajper nie jest graczem, którym można podbić Europę. I pewnie nawet o tym nie myślą przy Camp Nou, czego sam Koeman nie ukrywa.

ZROZUMIEĆ HIERARCHIĘ

Przestraszona wersja Katalończyków przed własnymi kibicami uzmysłowiła nam, jak powinny wyglądać najbliższe lata. Oni bali się Bayernu tak mocno, że woleli wybijać dalekie piłki na Luuka de Jonga, niż ryzykować odważniejsze wyprowadzenie między liniami. Próbowali tego zdecydowanie zbyt rzadko, ale czuli się osaczeni przez przewagę liczebną Niemców. W głowie cały czas wisiało 2:8 – wisiały nagłówki mediów następnego dnia, wstyd przed spojrzeniem w lustro, masowa krytyka i polowanie na głowy. I to właśnie największa bolączka, że trener Ronald Koeman w żaden sposób tego strachu nie wyeliminował ani nie zmniejszył swoimi decyzjami dystansu do przeciwnika.

Gdybyśmy zapytali przeciętnego kibica o największe skojarzenia z Barceloną i jej stylem gry, naturalną odpowiedzią większości byłaby tiki-taka. To już wrosło w umysły. Gdy w polskiej okręgówce uda się utrzymać piłkę na ziemi albo wymienić dziesięć składnych podań, ktoś zaraz krzyknie: „Ale grają Barcelonę”. Techniczna, szybka, widowiskowa gra od dawna kojarzyła się z Katalończykami. A tu dostaliśmy wyjście na mecz z Bayernem pięcioosobową linią defensywy, ze strachem przed przeciwnikiem, oddaniem mu piłki i dalekimi zagraniami na rosłego Luuka de Jonga, czyli antytezę zawodnika Blaugrany. Nie jest powiedziane, że teraz do końca świata Katalończycy muszą odwoływać się do ideałów gwarantujących sukcesy w erze Pepa Guardioli i późniejszych. To również przeczyłoby rozwojowi. Ale w cenie byłoby odwoływanie się do jakichkolwiek ideałów, jakiegokolwiek pomysłu i planu, a te jeśli istniały, zostały przyćmione przez strach i najprostsze środki. Dziś szukając czegoś wartościowego, trzeba się odnieść do młodości: 17-letnich Balde i Gaviego, 18-letnich Pedriego i Demira, nieco starszych Araujo czy Frenkiego.

Trzeba się nauczyć nowej rzeczywistości Barcelony. Ona póki co wydaje się dość zdefiniowana. Nie trzeba tu wróżyć środka tabeli, bo to byłoby zbyt emocjonalne. Katalończycy dalej powinni grać o mistrzostwo Hiszpanii i jak najdłużej bić się o tytuł, mimo że w roli tego trzeciego obok madryckich rywali i z nieco mniejszymi szansami. W Europie powinni też bez najmniejszych problemów wychodzić z grupy i nastawiać się na losowania fazy pucharowej, aż do pierwszego poważnego rywala. Bo wylosowanie Bayernu, Chelsea czy PSG może oznaczać bolesne zderzenie światów, co zobaczyliśmy na powitanie nowej edycji na Camp Nou. Katalończycy nie mają środków ani możliwości, aby marzyć o powrocie na dawne miejsce. To będą raczej lata skoku w przeciętność z nadzieją na odwrócenie tego trendu poprzez młodzież. Perspektyw na skracanie dystansu do najlepszych nie ma, a w pojedynczych spotkaniach z pewnością nie daje ich osoba szkoleniowca, która taktycznie przegrywa każdą ważniejszą batalię. Barcelona, to naprawdę brzmi dumnie. Ale w rzeczywistości coraz bardziej traci na znaczeniu i będą to mieli na uwadze wszyscy kolejni gracze, którzy będą decydować o przyszłości. Przychodzisz na Camp Nou spełniać marzenia i znaleźć się w cudownym otoczeniu, ale już nie grać o Champions League. I tej rzeczywistości nie ma co zakłamywać.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.