Gra w klasy nad urwiskiem. Williams szuka ratunku

Williams Deputy Team Principal Claire Williams during day
Fot. Marco Canoniero / LightRocket via Getty Images

Zeszły sezon sprawił, że Williams w Polsce jest napiętnowany, a w pewnych kręgach wręcz znienawidzony. Wyniki zespołu i jego fatalna dyspozycja odcisnęły piętno na powrocie Roberta Kubicy do Formuły 1.

Warto zdać sobie jednak sprawę, że wszystkie problemy nie narodziły się w zeszłym roku, a ciągną się za ekipą legendarnego Franka Williamsa już od kilku lat. Złe zarządzanie, brak restrukturyzacji oraz funduszy doprowadziło ich na krawędź klifu, gdzie przed upadkiem uchronią tylko radykalne środki.

TRADYCJE MAJĄCE PONAD PÓŁ WIEKU

W latach 70. i 80. ubiegłego wieku w Formule 1 ścigało się wiele legendarnych zespołów. Zaczynając od Ferrari, które było od samego początku, przez prywatne ekipy pasjonatów: Lotusa, Tyrrella czy Brabhama. Większość z nich przestała istnieć. Część zupełnie, część przez lata była kupowana przez innych inwestorów. Przykładowo wcześniej wspomniany Tyrrell to teraz... Mercedes.

Obecnie w F1 mamy tylko trzy zespoły, które w oryginalnej formie pamiętają tamte lata: Ferrari, McLarena oraz, bohatera tego tekstu, Williamsa. Tylko w Maranello i Woking pamiętają starsze czasy w F1 niż w Grove. Sam Frank Williams zespół miał już w 1967 roku. Zakochał się w wyścigach jako młody chłopak i startował w Formule 3 oraz autach turystycznych. Szybko jednak zrozumiał, że pewnego poziomu nie przeskoczy, a sam wierzchołek motosportu jest nieosiągalny z jego umiejętnościami. Postanowił założyć więc własny zespół, który początkowo nosił nazwę Frank Williams Racing Cars.

Ekipa zadebiutowała w Formule 1 w 1969 roku, gdzie za kierownicą usiadł jego przyjaciel Piers Courage. Początki były trudne, ale pierwszy sezon przyniósł dwa drugie miejsca, w tym jedno w Monako. Następne lata należały raczej do tych chudych. Nie działo się wiele, punktów nie było, a pieniądze ciągle inwestowano w rozwój zespołu. Do tego stopnia, że Frank potrafił inwestować z rodzinnego budżetu. W 1976 roku na horyzoncie pojawiła się nowa opcja dofinansowania zespołu, którego kondycja była daleka od optymalnej. Kanadyjski milioner Walter Wolf postanowił zainwestować w F1 i wybór padł na Frank Williams Racing Cars. Przejął on 60% udziałów, co de facto sprawiło, że miał kontrolę nad zespołem.

Po tym, jakie rozczarowania przyniósł ten sezon Wolf uznał, że musi restrukturyzować zespół. Rozpoczął od zwolnienia z funkcji szefa zespołu Franka Williamsa. Kompletnie rozczarowany Anglik opuścił zespół i odsprzedał Wolfowi resztę udziałów. Wraz z nim odszedł Patrick Head, a panowie razem założyli w następnym roku zespół Williams Grand Prix Engineering, który ściga się w Formule nieprzerwanie od 43 lat. Ta historia zbudowała w całej rodzinie pewne fundamenty, które wrócą w tym tekście za jakiś czas.

Lata 1985-2003 to najlepszy czas zespołu w królowej sportów motorowych. Mistrzostwa albo zdecydowane bycie w czołówce, świetne samochody i kierowcy z najwyższej półki. Ten złoty okres przyczynił się do tego, że Williams jest odpowiedzialny za 21,4% mistrzostw konstruktorów oraz 16,7% mistrzostw kierowców. Od 2004 roku zespół z Grove maksymalnie widzimy jednak w środku stawki, z małym wyjątkiem. Ostatnie lata to już z kolei absolutny upadek. Niektórzy podstaw całej sytuacji doszukują się nawet w 1998 roku czy słabej współpracy z BMW w latach 2000-2005. O współpracy z niemieckim koncernem w oficjalnym podcaście F1, Beyond The Grid, wypowiadał się ówczesny kierowca Williamsa, Ralf Schumacher. Twierdził on, że Frank nie wyciągnął z tej współpracy tyle, ile można było. U samych podwalin tego braku zaufania i pozwolenia Bawarczykom na większe zaangażowanie w zespół miało znajdować się wspomnienie o sezonie 1976 i utraceniu zespołu na rzecz Waltera Wolfa.

ZJAZD W NIŻSZE REJONY...

Szukanie fundamentu obecnych problemów w erze silników V10 i V8 jest słuszne. Spokojnie można przyjąć, że jest w tym dużo racji. Natomiast moment, który zapewne najbardziej przysłużył się tej sytuacji to przejście na silniki Mercedesa na początku ery hybrydowej.

Wielu może wydać się to nielogiczne, bo to właśnie wtedy Williams notował najlepsze wyniki w ostatnich latach. Felipe Massa i Valtteri Bottas zdołali dwukrotnie zdobyć trzecie miejsce w klasyfikacji konstruktorów w latach 2014 oraz 2015. Żeby zrozumieć, dlaczego sytuacja miała popsuć się w tym miejscu, musimy wrócić do dwóch ostatnich sezonów silników V8. Ówczesna dominacja Red Bulla napędzana była silnikami Renault, z których korzystał także Williams. Zespołowi Franka przytrafiła się tam jedna wygrana w wykonaniu Pastora Maldonado, ale poza tym wyniki były gorzej niż przeciętne. W 2013 roku kierowcy złożyli się razem na pięć punktów i dziewiąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Był to także rok zmiany władzy w szeregach zespołu. To właśnie wtedy Claire Williams, córka Franka, przejęła zarządzanie zespołem. Dodatkowo rok wcześniej Patrick Head, drugi z założycieli, opuścił ekipę.

Kiedy na jednym biegunie F1 Red Bull absolutnie dominował stawkę korzystając z silników francuskiego producenta, Williams tułał się w dole tabeli. Konstrukcje wcale nie były dobre, co pokazywał stoper i same wyniki. Moment wejścia w erę hybrydową zamydlił wszystkim oczy. Mercedes pracował nad swoim silnikiem ponad rok przed konkurencją i początkowa przewaga, jaką niosła ze sobą jednostka napędowa była widoczna gołym okiem. Każda ekipa, która pod pokrywą kryła trójramienną gwiazdę, osiągała wyniki ponad stan. Na czele tego wszystkiego stanął Williams. Nie można powiedzieć, że konstrukcja poza silnikiem była beznadziejna, ale to też nie był ideał. Sytuacja jednak była prosta - silnik Mercedesa dawał wyniki. Nie możemy dokładnie zweryfikować, jak dużo od niego zależało, ale kiedy spojrzymy na wyniki, gdzie zespoły nimi dysponujące regularnie wygrywały z tymi zaopatrywanymi przez Ferrari oraz Renault – wnioski nasuwają się same.

W zespole uznano, że jeżeli wszystko działa, to po co cokolwiek zmieniać. Udowadniać miały to trzecie miejsca w klasyfikacji konstruktorów i regularne podia. Wydawać się nawet mogło, że mały krok dzieli ekipę z Grove od walki z Mercedesem o mistrzostwo świata. Pozyskanie marki Martini - legendarnej w światach wyścigów, a szczególnie rajdów - jako sponsora tytularnego nie wskazywało na nadchodzące problemy. To jest najbardziej prawdopodobny moment, w którym nie podjęto odpowiednich działań, aby udoskonalić działanie zespołu. To też rzutuje do teraz na obecną ich dyspozycję.

...AŻ NA SAMO DNO

Następne lata to zdecydowany spadek formy. Najpierw zespół zsunął się w klasyfikacji do środka stawki, a potem nastąpiło absolutne załamanie formy. Lata 2018 i 2019 to zamknięcie stawki z odpowiednio siedmioma i jednym punktem. Od 2016 roku z zespołu odchodzili członkowie odpowiedzialni za design samochodu, a konstrukcje były po prostu wolne. Silnik Mercedesa został dogoniony przez konkurencje i przestał dawać tak wyraźną przewagę, jak na początku ery hybrydowej. Wszystkie problemy Williamsa zostały pokazane światu.

Od razu po przejęciu roli szefa przez Claire Williams pojawiały się wątpliwości, czy to dobra osoba na to stanowisko. Wcześniej zajmowała się ona komunikacją z mediami i marketingiem. Szybko okazało się, że brak zaplecza technicznego był dla niej przeszkodą i nie nawiąże raczej do wyników chociażby Flavio Briatore. On po prostu potrafił świetnie zarządzać zespołem i stawiał na odpowiednich ludzi, mimo braku przeszłości w sporcie. Decyzje podejmowane przez Claire sprawiały, że zespół doszedł do ściany. Zamiast się rozwijać, stał w miejscu i stawiał na przestarzałe rozwiązania.

Najlepszym tego dowodem jest chociażby fakt, że Williams nadal produkuje swoją skrzynię biegów. Mercedes wielokrotnie proponował sprzedaż swojego rozwiązania, które jest zdecydowanie nowocześniejsze, lżejsze i po prostu lepsze. Tutaj wraca rok 1976, który sprawił, że na każdą próbę zwiększenia przez kogoś swojego zaangażowania ekipa reagowała wręcz alergicznie. Sytuacja z Walterem Wolfem finalnie przejmującym zespół Franka, który był dla niego wszystkim, pozostawiła po sobie traumę. Pomimo złej sytuacji finansowej i złego zarządzania nikt nie chciał słyszeć o ewentualnych inwestorach czy zacieśnianiu współpracy z Mercedesem. Claire Williams wielokrotnie wypowiadała się, że sprzedaż zespołu nie wchodzi w grę, a jeżeli się odbędzie to „po jej trupie”.

WILLIAMS MA NÓŻ NA GARDLE

Na horyzoncie pojawiał się możliwy reset stawki w 2021 roku przez zmianę przepisów i można było odnieść wrażenie, że to jest moment, na który ekipa z Grove czeka z utęsknieniem. Ostatnie lata to pozyskiwanie sponsorów w każdy możliwy sposób, chociażby zatrudnianie Siergieja Sirotkina czy Lance'a Strolla, za którymi stał duży kapitał pozwalający zapinać budżet. Pewnie gdyby nie fakt, że zgodnie z brytyjskim prawem Williams musi informować inwestorów, jak radzi sobie zespół finansowo, łatwiej byłoby w to uwierzyć. Ciągłe pożyczki, pikują wyniki finansowe pikujące i brak pozyskiwania poważnych sponsorów doprowadził zespół na skraj.

Teoretycznie nawiązanie współpracy z firmą ROKIT i późniejsze pogłębienie tej współpracy miało zagwarantować zespołowi przypływ pieniędzy na najbliższe lata. Jednak współpraca została nagle zerwana, a powód nadal nie jest do końca znany. Chwilę potem dostaliśmy informację, że Williams podpisał umowę z agencją 1920 Worldwide, która ma zająć się szukaniem partnerów. Kolejna to fakt szukania inwestorów mniejszościowych, jak i większościowych. Jasno pokazuje to fakt, że obecnie ekipa na nóż na gardle, a brak inwestycji skończy się w sposób, którego nikt nie chce zobaczyć.

Obecne zmiany w Formule 1, obejmujące redukcję wydatków do maksymalnego poziomu 145 milionów dolarów oraz zmiany względem prac w tunelu aerodynamicznym, miały pomóc takim zespołom jak Williams. Złe zarządzanie i brak rozwoju w stronę nowocześniejszych rozwiązań sprawiły jednak, że po prostu nie dali rady się do tego dotoczyć. Zespół stanął u progu bankructwa. Siła rozpędu była za mała.  Wręcz można odnieść wrażenie, że ostatnie dwa sezony to zaciągnięcie hamulca ręcznego.

Sport na najwyższym poziomie zawsze charakteryzuje się prostymi zasadami: jeżeli się nie rozwijasz to się cofasz. Nie inaczej jest w F1, a tam dodatkowo śmiało można powiedzieć, że przez ciągły rozwój gałęzi aerodynamiki czy lepszego podejmowania decyzji musisz się adaptować albo zginiesz. Dodatkowo stawianie na utrzymanie niezależności odbiło się czkawką, która doprowadziła do największej zapaści od samego powstania. Legenda zespołu Williamsa straciła blask na oczach kibiców, a to zawsze smutny widok. Szczególnie kiedy mówimy o sir Franku Williamsie, który postawił wszystko na jedną kartę i osiągnął sukces.

NIEUCHRONNA KONIECZNOŚĆ ZMIAN

Ratunek dla ekipy z Grove jest jeden – zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Otwarcie się na inwestorów to pierwszy i słuszny krok. Szkoda jedynie, że można odnieść wrażenie, że tonąc Williams odrzucał koła ratunkowe, ale kiedy woda doszła do nosa nadszedł czas na chwycenie się brzytwy. Rozwój i zmiany w królowej sportów motorowych wymusiły zmiany na większości zespołów. Nie chodzi tu nawet o podejście techniczne, ale o zwykłe kwestie zarządzania. To jest też dzwonek ostrzegawczy dla potencjalnych inwestorów.

Pierwszym ruchem powinny być zmiany w gałęziach zarządzania. Szczególnie mocny nacisk powinien być położony na nowego szefa ekipy. Nie można po prostu obronić Claire Williams. To już ósmy rok zarządzania zespołem i nie da się ukryć, że nic nie działa tam, jak powinno. Symbolem tego pozostanie dla wielu osób scena z drugiego sezonu "Drive To Survive", gdzie SZEF ZESPOŁU dowozi spóźnione części na JEDYNE testy w sezonie w swoim prywatnym bagażu w samolocie. Wypowiadane przez szefową słowo „bits” do teraz dźwięczy w uszach kiedy się o tym pomyśli.

Jedno jest pewne - jedyne co może być gorsze dla Williamsa w obecnej sytuacji to bankructwo. Szary koniec stawki nie zostanie raczej przez nich opuszczony w nadchodzącym sezonie i tutaj nie można się oszukiwać. Można odnieść wrażenie, że obecne zmiany to zawrócenie z drogi na szafot, co niezmiernie cieszy. Formuła 1 to też świetne historie, a ta Franka Williamsa jest jedną z najlepszych jeżeli chodzi o zespoły. To, że inwestor się znajdzie jest więcej niż pewne. Chociażby jeszcze paru miliarderów ma do obsadzenia w stawce swoich synów. Fanom ekipy z Grove zostaje żyć nadzieją, że to jest moment zwrotny, po którym wrócą na dobre tory oraz nie będą już słuchać o ekscytacji Claire mieszanej z wielkimi nadziejami.

Podziel się lub zapisz
Fanatyk Formuły 1, ale praktycznie obok żadnego sportu nie przechodzę obojętnie. Współtwórca największego podcastu o królowej sportów motorowych w Polsce - Budnik i Pokrzywiński o F1.