Ruszaj, synu, na podbój świata. Niesamowity Szoboszlai to kolejna kariera zrodzona w umyśle rodzica

Zobacz również:Bawarski obyczaj: nie ekscytuj się, człowieku. Dlaczego Bayern nie miał zamiaru walczyć o Leo Messiego
RB Salzburg - Dominik Szoboszlai
Fot. Roland Krivec/DeFodi Images via Getty Images

Dominik Szoboszlai w weekend ustrzelił hat-tricka, a za moment na celownik weźmie Lokomotiw Moskwa w Lidze Mistrzów. Nie ma wątpliwości: to jego ostatnie podrygi w Salzburgu. Właśnie oglądamy początek wielkiej kariery, która być może przepadłaby na starcie, gdyby nie upór i fantazja ojca.

Ten aspekt coraz częściej będzie przewijać się u graczy nowej generacji. Młodzi nie biegają dziś po podwórku z kluczem na szyi. Nie rosną w błocie, jak mawiał Maradona. I nie jeżdżą na treningi same, bo wożą ich rodzice. To oni projektują kariery, wspierają, a kiedy przychodzi kryzys, podejmują właściwe decyzje. Mówił o tym choćby Benjamin Pavard albo Claudio Marchisio. Szoboszlai też nie ukrywa, że największą rolę w jego edukacji odegrał ojciec Zsolt. Były piłkarz dobrze wiedział, jakim bagnem jest węgierski system szkolenia i zrobił wszystko, by syna prowadzić inaczej.

Dzisiaj Węgrzy wypinają klaty, bo mają gracza klasy światowej. Obrazki, jak 20-latek bierze piłkę w meczu z Islandią i pędzi przed siebie, by dać narodowi awans na Euro, obiegły świat. A obok przecież cały czas mamy Ligę Mistrzów i fantastyczny zespół Jessego Marscha. Szoboszlai ma wszystko: wizję, podanie, strzał - wystarczy choćby przypomnieć gola z Lokomotiwem sprzed miesiąca. Uderzenie Węgra już teraz ma klauzulę 25 mln euro, a za moment będzie miało dwa razy więcej.

WYRZUCENI Z AKADEMII

Węgrzy mówią, że takiego talentu nie mieli od czasów Lajosa Detariego. Tylko że ten grał w innej epoce - mógł trafić do Olympiakosu albo Frankfurtu, a Szoboszlai już teraz ma oferty z Milanu, Arsenalu i innych wielkich marek Europy. Jego agent Matyas Esterhazy prawie codziennie pojawia się w węgierskich mediach. Razem z ojcem Zsoltem trzyma w rękach diament i ciągle go szlifuje. Szoboszlai w Salzburgu przyjaźnił się z Erlingiem Haalandem. Mówi się nawet, że to on inspirował go do cięższej pracy, bo wcześniej Węgier był z tych, którzy lubią odpuścić. Dzisiaj wszyscy w Salzburgu chwalą go, że w ciągu roku zmienił mentalność i podejście do piłki. A że ma ogromy talent, to i eksplodował błyskawicznie.

Ojciec Dominika miał kolejno osiem i trzynaście lat, gdy pochował matkę i ojca. Gdy dorastał, opiekował się nim brat. Potem został przeciętnym piłkarzem, a kiedy doczekał się syna, miał dwa marzenia: być dla niego ojcem, jakiego sam nie miał i zrobić wszystko, by młody miał lepiej niż on. Do przedszkola chodzili razem i zawsze z piłką. Trenowali też razem, bo ojciec był trenerem w akademii Videotonu.

Rok temu usiedli razem na kanapie telewizji śniadaniowej i z ochotą wspominali tamte czasy: celowe wpuszczanie młodego do starszych grup, by ciągnąć go w górę. I nieustanne dociskanie śruby. Kiedyś w trakcie jednego ze spotkań Dominik dostał „wędkę” w pierwszej połowie. Nie odzywał się do ojca przez kilka dni, a potem zacisnął zęby i w kolejnym meczu był najlepszy na placu. - Nie miałem w domu Playstation. Moi rówieśnicy chodzili do kina, a ja grałem w piłkę - wspominał w "Nemzeti Sport".

NIE PĘKA NA ROBOCIE

Jeden z dziennikarzy porównał kiedyś Zsolta do słynnego ojca sióstr Polgar. Facet wymyślił sobie, że wychowa najlepsze szachistki w historii i tej idei podporządkował życie. Ojciec Szoboszlaia, słysząc te porównanie, nawet mu przytaknął. Slalomy z butelek w mieszkaniu robił młodemu już w wieku trzech lat. Powtarzał: masz kiwać, co nie nie do końca szło w parze z programem akademii. Któregoś razu skłócił się z kierownictwem, więc zabrał syna i razem z przyjaciółmi poszedł na swoje. Założył szkółkę Fonix-Gold. Postawił na turnieje międzynarodowe i separację od węgierskiego piekiełka. Dzisiaj mówi: infrastruktura poszła u nas do przodu, ale dalej władzę mają zakute łby. Nie zmieniłby decyzji z 2015 roku, gdy puścił Dominika do Austrii.

Salzburg obserwował go mniej więcej przez rok, świetnie prezentował się w reprezentacji Węgier do lat 15. Potem ogrywał się w satelickim FC Liefering. W międzyczasie zapewnił też awans na Euro kadrze U-17, i to podobnie jak ostatnio golem w ostatniej minucie meczu. Pod tym względem - jak to mówią - nie pęka na robocie.

200 WOLNYCH DZIENNIE

Austriacy na początku uważali go nawet za lekko aroganckiego. Szoboszlai wściekał się, gdy zaspał na śniadanie przed finałem młodzieżowego Pucharu Austrii i za karę usiadł na ławce. Innym razem obraził się na Marco Rose, gdy ten ściągnął go z boiska. Były trener Salzburga wiele razy słyszał: daj pograć chłopakowi, a mimo to stosunkowo ostrożnie wprowadzał go do gry. Węgier dopiero u Jessego Marscha wystrzelił z armaty, szczególnie po okresie lockdownu. Od czerwca rozegrał 26 meczów, strzelił 15 goli i ma 19 asyst. Do tego dorzućmy jeszcze walory estetyczne - to się po prostu ogląda.

Marsch pogodził się z tym, że w styczniu uściska Szoboszlaia i powie mu: ruszaj na podbój świata. Salzburg znowu zarobi, a przyszły pracodawca dostanie piłkarza o ogromnym potencjale wzrostu. Jego ojciec mówi: "On jest chory na punkcie rozwoju, kiedyś wykonywał po 200 rzutów wolnych dziennie". Niedawno zatrudnił też Shane'a Tusupa, byłego pływaka, który pomaga mu w rozwoju fizycznym i kondycyjnym. Zwracał też na to uwagę dyrektor Salzburga, Christoph Freund. Że młody poprawił sylwetkę i cały czas, jeśli widzi braki, to próbuje je korygować.

Można oczywiście sprawdzać dane w platformach statystycznych i wytykać pomocnikowi Red Bulla mankamenty w obronie. Ale to ciągle gracz nastawiony na rozwój. Poza tym rośnie w ofensywie. Z "ósemki" przeistoczył się w "dziesiątkę", częsciej operuje bliżej lewego skrzydła, cały czas pompuje niesamowite liczby. Według strony fbref.com tylko Messi stworzył w tej edycji Ligi Mistrzów więcej sytuacji zakończonych strzałem. Mamy więc doskonałą kombinację umiejętności, pewności siebie, wsparcia otoczenia i głowy nastawionej na cel. Innymi słowy: rośnie gwiazda i przyszły lider. Gdziekolwiek trafi.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.