FUTBOLOWA GORĄCZKA #75. Balansowanie pomiędzy byciem nudnym a byciem śmiesznym – jak prowadzić narrację o futbolu

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
fot. Fran Santiago - UEFA/UEFA via Getty Images

No i stało się – wygwizdywani przez sporą część kibiców, zmiażdżeni przez większość dziennikarzy, „zmemowani” na amen przez internautów po porażce ze Słowacją polscy piłkarze, remisując z Hiszpanią przeistoczyli się w bohaterów narodowych. Futbol to chyba jedyna dziedzina naszego życia, w której ścieżki od upadku do chwały bywają tak krótkie. To także materia trudna do ubierania w słowa – po fakcie wszyscy są mądrzy, przed faktem istnieje spore ryzyko, że każdy, kto wciela się w rolę proroka, naraża się na ośmieszenie.

Piłkarze, którzy po zakończeniu karier lądują w studiu telewizyjnym niemal jednogłośnie przyznają, że kiedy sami biegali jeszcze po boiskach, nie lubili ekspertów. Dopiero z drugiej strony barykady poznali ten gorzki smak – źle coś ocenili, niesłusznie kogoś skrzywdzili, czy rozminęli się w przewidywaniach rozstrzygnięć.

Rozmowa o piłce to ciągłe wróżenie z fusów. Ci, którzy w te wróżby się bawią (sam należę do tego plemienia), skazani są na powtarzające się bezlitośnie porażki. W świecie, w którym mistrzem Europy została Grecja, a Anglii – Leicester City, broniące się sezon wcześniej przed spadkiem, nie ma szans, by przejść te plansze bez wdepnięcia na minę.

Schematy są dość proste, a konsekwencje w sumie żadne. Jeśli znajdziecie choć jednego człowieka ze swojego otoczenia, który idealnie przewidział bieg zdarzeń wszystkich eliminacji, mistrzostw, pucharów i lig, przyprowadźcie go – prawdopodobnie mówimy o cudzie.

O ile kibice, wygrażając na sofie Robertowi Lewandowskiemu, czy wyzywając od nieudaczników Kamila Glika, zostają ze swoimi opiniami w czterech ścianach, to dziennikarze już nie. Wynika to, przynajmniej moim zdaniem, z przesadnej wiary ludzi, że dziennikarz to ten, który wie dużo więcej, ale nie „wie” w takich kategoriach, że czymś się mocniej interesuje, lecz „wie” w myśl definicji przewidywania.

Pytanie, jakie słyszę najczęściej, od kiedy zdecydowałem się na uprawianie swojego zawodu, brzmi: „Kto pana zdaniem wygra...” i tutaj możecie sobie podstawić dowolne rozgrywki, mecze ligowe, czy spotkania z udziałem kadry. Zazwyczaj odpowiadam, zupełnie szczerze, że nie mam pojęcia. No przecież gdybym to naprawdę wiedział (ale skąd?), byłbym zapewne miliarderem. No ale jak to nie wie? Znaczy nie zna się, tak?

W ogóle żyjemy w dziwnych czasach – cokolwiek optymistycznego jest „pompowaniem balonika”, doszło do czegoś tak głupiego, że kibice potrafią w internecie obarczać media winą za porażki, bo te w ich mniemaniu „pompowały balonik”. Cokolwiek negatywnego jest hejtem.

Przed startem sezonu Premier League bawiliśmy się z Michałem Gutką w typowanie rozstrzygnięć końcowych i trafiłem co do joty Top 4. Nie wynika to oczywiście z żadnych moich konkretnych umiejętności, nie czyni mnie lepszym ekspertem od ligi angielskiej, czy komentatorem. Po prostu trafiłem cztery drużyny. Kropka.

Na Euro wytypowałem dokładny wynik meczu Anglików z Chorwacją, ale zupełnie pomyliłem się co do spotkania Anglii ze Szkocją, myśląc, że piłkarze Garteha Southgate’a to inna klasa sportowa i w sumie wciąż tak uważam, tyle że rezultat tego nie odzwierciedlił.

Jako młody dziennikarz rzucałem tezami a la Alan Hansen, ten nieszczęśnik od frazy „niczego nie wygrasz z dzieciakami”, rzuconej pod adresem Manchesteru United, z lubością mu później grającego na nosie. Z każdym rokiem stygłem w sądach, ale to też pułapka. Uważam, że dziennikarz nie może bać się konkretnej opinii. Jeśli ma problem z powiedzeniem, że przewiduje porażkę drużyny X z zespołem Y, albo że jakiś piłkarz zagrał po prostu słabo (jeśli naprawdę tak zagrał), to jest prosta droga w ślepy zaułek. Im większa jednak liczba potknięć, tym większa włącza się ostrożność, która popycha nas w kierunku odpowiadania na pytanie: „Kto wygra?”, tekstem w stylu – albo ci, albo tamci, albo będzie remis.

Wszyscy możemy się mylić, to ludzka rzecz. Dużo gorsze jest według mnie popadanie ze skrajności w skrajność. Radykalizm. Palenie na stosie jednostek albo tworzenie z nich bóstw. A to się właśnie dzieje.

Jest taki mem, na pewno świetnie go kojarzycie, on się zawsze pojawia przy okazji jakiegoś sportowego sukcesu. Są na nim słynni Polacy: Jan Paweł II, Andrzej Gołota, Adam Małysz, Mariusz Pudzianowski (sic!), Robert Kubica, itd. Uważam, że jest to wspaniały mem. Bardzo polski, ale nie w takim znaczeniu, że coś jest polskie to od razu złe, tylko, że to taka ironia na nas, kibiców. Właśnie na pierwszym planie tego mema pojawił się Paulo Sousa.

Nie muszę chyba nikomu mówić, co się stanie, jeśli przegramy ze Szwecją. Jest to możliwe? Jak najbardziej. Będziemy znów beznadziejni? Oczywiście. Sousa zniknie z grona „wielkich Polaków”? Zniknie. Robert Lewandowski? Też. To wszystko bierze się z emocji, jakie wywołuje reprezentacja. Zawsze tak było i nigdy się to nie zmieni.

Nie muszę też nikomu mówić, co się stanie jeśli wygramy ze Szwecją. Będziemy kandydatem do mistrzostwa Europy. Będziemy się dopiero rozkręcać. Będziemy krzyczeć: „dawać nam tu kogoś tam!”. Będziemy polscy w ten najbardziej uroczy sposób. Amen.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.