FUTBOLOWA GORĄCZKA #49. Carlo Ancelotti urządza na nowo życie Evertonu. Na razie piękne widoki zasłania mu sąsiad z czerwonej części miasta

Zobacz również:Weekend udanych debiutów. Nowe nabytki pokazały, co mogą wnieść do Premier League
fot. Peter Powell/PA Images via Getty Images

Dziś mija rok pracy Carlo Ancelottiego na Goodison Park. Z pewnością mogło być lepiej, ale też nie ma powodów, by dramatyzować. W tym dziwnym sezonie Premier League jego drużyna ma realne szanse na europejskie puchary, a to najlepsza baza do budowy czegoś wielkiego.

Parę lat temu jechałem taksówką w Warszawie. Kierowca miał na wyświetlaczu samochodu herb Evertonu. O ile spotkanie fana Liverpoolu na ulicach polskiego miasta nie jest problemem, kibice The Toffees nad Wisłą to dzisiaj hipsterzy. Jednym z zadań Ancelottiego jest sprawienie, by klub z Goodison Park stał się na tyle mocną marką, by podbić serca ludzi w innych krajach. Do tego jednak potrzebne są dobre wyniki sportowe, gra w Lidze Mistrzów, wykreowanie gwiazd. Innymi słowy – zrobienie odpowiedniego zamieszania wokół marki.

Poprzedni sezon Evertonu to jeden z tych, o których fani chcieliby zapomnieć. Zespół kończył ligę na dwunastym miejscu, co dla samego Ancelottiego także było nowością. W końcu przywykł do nieco innych celów niż bezpieczne pozostanie w elicie. Pamiętać jednak należy, że kiedy Włoch przychodził na Goodison Park, drużyna okupowała piętnaste miejsce w tabeli. Dlatego na koniec rozgrywek właściciele nie mieli zamiaru wykonywać nerwowych ruchów. Wiedzieli bowiem, że prawdziwe prace na budowie zaczną się dopiero od następnej kampanii.

Nawet David Moyes, który dla większości kibiców ligi angielskiej uchodzi za więcej niż solidnego menedżera w czasach Evertonu, miewał potknięcia. Nie zawsze walczył o wysokie lokaty. Bywało i tak, że musiał rozkładać spadochron i przede wszystkim bezpiecznie lądować. Idealny przykład to sezon 2003-04, kiedy Everton zajął 17. miejsce. Ale to oczywiście bardzo odległe dzieje, zważywszy na tempo zmian w Premier League, nie dają one żadnej skali porównawczej. Taką bez wątpienia wyznaczają sezony sprzed nadejścia Ancelottiego. A tu już było solidnie – dwa razy z rzędu ósme miejsce, bardzo stabilna pozycja w lidze, choć z pewnością nie zaspokajała ambicji właścicieli.

Te wyrażone są w poniesionych kosztach. Farhad Moshiri, który przed blisko pięcioma laty został większościowym udziałowcem klubu, zainwestował w samych piłkarzy mocno ponad pół miliarda funtów. Aby zrozumieć, jak duży to dla niego wydatek, trzeba zerknąć na majątek krezusa z Iranu – ten wynosi niespełna półtora miliarda. Jednak takich właścicieli potrzebuje Premier League – traktujących piłkarski biznes poważnie. A Moshiri uważa, że nie będzie wielkiego Evertonu bez wielkich inwestycji. Dlatego tak mocno wierzy w przepiękny projekt nowego stadionu, który będzie przylegał do doków Bramley Moore. Z tego samego powodu kupił 18 zawodników, którzy kosztowali co najmniej 20 milionów funtów.

Na razie wystarczyło to na występy w Lidze Europy w sezonie 2017-18. Trofea nie pchają się do gablot, Everton czeka od połowy lat 90., by wznieść jakiś puchar, ale prawda jest taka, że młodzi fani znają ekipę Joe Royle’a, która wzniosła wtedy FA Cup już tylko z opowieści ojców i dziadków. Everton nigdy nie musiał tak długo wyczekiwać trofeum, a przypomnijmy, że mowa o klubie, który w najwyższej klasie rozgrywkowej jest właściwie rezydentem. Obecna kampania Premier League jest dla The Toffees 67. z rzędu w elicie. W historii angielskiej piłki nie ma klubu, który spędziłby na salonach tak duży odsetek sezonów (118 ze 122 możliwych od 1888 roku, kiedy byli współzałożycielami Football League).

No dobrze, ale nie gadajmy o tym, czego Everton nie ma, a co ma osiągnąć, no i o samym Ancelottim. Człowiek, który musiał radzić sobie z mocnymi szatniami w Bayernie, Realu, Milanie czy Chelsea, dziś urządza na nowo życie Evertonu. Na razie piękne widoki zasłania mu sąsiad z czerwonej części miasta, ale wybitnie tłuste lata Liverpoolu nie muszą być przekleństwem sąsiada z niebieskiej części miasta. Przeciwnie – ten widok może inspirować. Na przykład do takich rezultatów, jak w dwóch ostatnich kolejkach. Pokonanie Chelsea, a teraz Arsenalu pokazuje dość jasno, że Everton z Ancelottim za sterami nie powinien się nikogo bać. Musi tylko pojedyncze ciosy zamienić na serie.

To paradoks, że Włoch mógł w sobotę siedzieć po drugiej stronie barykady. Przecież po dymisji Unaia Emery’ego właściciele Arsenalu poważnie rozpatrywali jego kandydaturę. Postawili jednak na Mikela Artetę. W weekend wygrało doświadczenie, a Ancelotti częściowo pokazał bossom z The Emirates, że mogli popełnić błąd, nie doceniając starego wygi. Nie musiał im zresztą niczego udowadniać, lekcja piłki, jakiej trzy lata temu udzielił Arsenalowi jego Bayern w Lidze Mistrzów (10:2 w dwumeczu), z pewnością była wystarczająca rekomendacją.

21 grudnia 2019 roku siedział jednak na trybunach Goodison Park, a niektórzy kibice Evertonu nie dowierzali. Taki trener? U nas? Patrzył jak Duncan Ferguson prowadzi drużynę, oceniał jej mankamenty i potencjał. Tego samego dnia, parę godzin wcześniej, dopiął szczegóły kontraktu, a Arsenal dosłownie dzień wcześniej zatrudnił Artetę. W ciągu kilkunastu meczów szalonego, przerwanego lockdownem sezonu, starał się przede wszystkim zaszczepić w zawodnikach wiarę, że można ograć dosłownie każdego. Taki jest Ancelotti, jego ludzka strona przesłania trenerską, niektórzy mówią, że to nie jest do końca dobre, ale przynajmniej Włoch wie, że kiedy poprosi o pójście na wojnę, jego zawodnicy zrobią to bez wahania.

Początek obecnego sezonu, kiedy to Everton wygrał cztery kolejne mecze, co nie zdarzyło im się od pół wieku, pokazał, że sprawy idą w dobrą stronę. Czołowa czwórka w grudniu? Z widokami na taka na coś więcej? Taki scenariusz wziąłby przed startem ligi z pocałowaniem ręki. Jeśli dorzucimy do tego ćwierćfinał Pucharu Ligi, rozgrywek może nie budzących wielkiego wow! wśród angielskich kibiców, ale jednocześnie takich, którymi z pewnością nie może wzgardzić Everton, to mamy naprawdę niezły rok roboty.

Według mnie największy sukces Ancelottiego to ulepienie z Dominica Calverta-Lewina piłkarza z innej planety. Zawodników można „przepompować” pochwałami, ale tutaj Włoch umiejętnie zaszczepił w młodym człowieku wiarę, że da się przenosić góry. Jeśli w ciągu tego ostatniego roku tylko Mohamed Salah ma więcej trafień w Premier League, to znaczy – parafrazując pewną reklamę linii lotniczych sprzed lat – że DCL jest pod dobrymi skrzydłami.

Ancelotti ma oczywiście swoje przyzwyczajenia, dlatego ściągnął Jamesa Rodrigueza, a zaraz być może sięgnie po Samiego Khedirę. Ale wydaje mi się, że to nie jest zły kierunek. Przyjście każdego dużego nazwiska na Goodison Park to momentalny wzrost zainteresowania klubem na zewnątrz. A także cenna nauka dla młodych. Włoch swoim nazwiskiem przyciąga jak magnes, choć musimy pamiętać, że w przeszłości nie miał również problemu z pozbywaniem się gwiazd – jak np. Mesuta Oezila z Realu do Arsenalu. Będący dziś w niełasce Niemiec zagrał u Carlo tylko dwa mecze.

61-letni Ancelotti wie, że Premier League to dla menedżera beczka prochu. Tutaj karuzela kręci się bardzo mocno, czego nawet Everton jest idealnym przykładem. Ale on sam – jeszcze lepszym. Gdy wywalono go z Napoli, trzy godziny wcześniej wprowadził drużynę do fazy pucharowej Champions League. Kiedy tracił pracę w Chelsea, zespół kończył sezon z wicemistrzostwem i dziewięcioma punktami straty do Manchesteru United. Inna to była liga, jasne, ale dziś to samo wicemistrzostwo na Stamford Bridge uznaliby za wielki sukces. Na pocieszenie Ancelottiego – za drugie miejsce z Evertonem w tym sezonie z Evertonem na pewno nikt go nie zwolni.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.