Futbol w erze TikToka. Czy da się jeszcze oglądać całe mecze?

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Jurgen Klopp
Fot. Laurence Griffiths/Getty Images

Telewizyjna papka dobrnęła do ściany. Piłki jest za dużo, piłka jest wszędzie, piłki nie da się już oglądać. Tylko w ten weekend naliczyłem 157 transmisji w polskich stacjach i na stronach bukmacherów. Gdyby to były podcasty, pewnie dostalibyśmy opcję „przyspiesz 1.5x”, by pożreć tego jeszcze więcej. Już teraz mecze trwające 90 minut wydają się niedopasowane do ery cyfrozy. Pokolenie TikToka wymusi zmiany szybciej niż nam się wydaje.

Coraz trudniej to wszystko sensownie poukładać. Nie wiemy, kiedy jakaś kolejka się zaczyna, a kiedy kończy. Mecze są w południe i wieczorem. W środku tygodnia. W sumie codziennie, jakby ktoś na siłę wpychał nam kawałek tortu. Złap pilot o dowolnej porze dnia i już masz jakiś mecz. Ostatnio zaskoczyło mnie spotkanie Lazio w piątek o 15:00. Potem doczytałem, że chodzi o przygotowanie Stadio Olimpico do meczu rugby, ale i tak idealnie wpisało się to w dziwadła piłki pandemicznej. Jeszcze chwila i będziemy oglądać spotkania we wtorki o 14:00, jak kiedyś skoki Małysza w Sapporo. Piłka przypomina dziś tablicę Facebooka: możesz cały tydzień przewijać w dół, a i tak nie dojedziesz do końca. Co gorsza, dalej będziesz miał poczucie, że coś cię ominęło.

Pablo Aimar rok temu powiedział w wywiadzie dla „Panenki”, że pochodzi z ostatniego pokolenia, które ogląda mecze w całości. Mówił to przed pandemią, gdy mieliśmy jeszcze wentyl bezpieczeństwa. Mecz można było obejrzeć na stadionie albo w pubie z kumplami. Świat wirtualny nie pochłaniał tak mocno. I nie krzyczał z każdej strony, że kliknij tu, kliknij tam, a tak w ogóle, to po co oglądasz jeden mecz, skoro w tej samej chwili możesz ich sobie włączyć cztery. Do tego Twitter, nowe bodźce co sekundę. Nic z tego nie zapamiętasz. Niczego nie poczujesz. Ale jako pożyteczny idiota pomożesz pompować słupki. Futbol wie, że zaczyna przegrywać walkę z szeroko pojętą rozrywką. Dlatego rzuci nam towaru jeszcze więcej: tam, gdzie są gałki oczne, tam wkrótce pojawia się pieniądz.

W piłce lepiej już było, to pewne. Przykład Ligue 1 pokazuje, że prawa telewizyjne lecą w dół. Pandemia przyczyniła się do wywrotki stacji Mediapro, a ratownik Canal+ zapłacił połowę mniej, bo dobrze wiedział, że i tak nikt więcej nie da. Rośnie e-sport. Mnożą się platformy z serialami. Nawet nie wyobrażamy sobie, ile jest dziś miejsc dających endorfiny tu i teraz, bez tego całego kopania wzdłuż i wszerz, czekając, aż ktoś raz na pół godziny łaskawie strzeli gola. Nawet Premier League w tym sezonie nie daje takich emocji, jakie dawała dawniej. Zmęczeni są piłkarze. Do granic wytrzymałości dochodzą głowy trenerów. Siłą rzeczy kibic też jest zmęczony. Nie widziałem w tym sezonie wielu hitowych meczów, bo w ogóle nie wydawały mi się hitowe. Słyszałem to słowo tak często, że stałem się na nie obojętny. Mecze lecą tak szybko, że nawet jak coś przegapisz, to za chwilę dostajesz to z powrotem.

Nie ma już szansy stęsknić się za piłką. Niedawno Liga Mistrzów, pauzująca dwa miesiące, dała taką możliwość, ale poza tym krajowe rozrywki zostały tak rozparcelowane, że nagle dziwisz się, że w niedzielę, o 20:15 ktoś wpycha ci Manchester United - West Ham. Kiedyś z dreszczykiem wyczekiwało się kolejnych meczów. Szczęściem było dorwanie jakiegoś streama. Dzisiaj wszystko jest na tacy. Wyzwaniem jest skupić się na jednej rzeczy, gdy za rogiem jest ich tysiące. Półtora roku temu Nielsen opublikował badania, że tyko 12 procent ludzi oglądając mecz jest w stanie nie zerkać na telefon i inne urządzenia rozpraszające. Podejrzewam, że gdyby dzisiaj te sama badania powtórzyć, procent byłby jeszcze mniejszy. Znam wielu ludzi, w tym dziennikarzy, którzy mecze oglądają na Twitterze. Po co oglądać kopaninę i samemu wysnuwać wnioski, skoro zrobią to ludzie w Internecie? I jeszcze gratis dorzucą jakiś zabawny filmik, najlepiej trwający 20 sekund, bo dalej robi się już tego dłużyzna.

Andrea Agnelli ma rację, gdy mówi, że futbol musi się zmienić, bo właśnie traci pokolenie Z, czyli ludzi urodzonych po 1996 roku. Wychowani ze smartfonem w ręku z każdym rokiem rosną w siłę i niestety raczej od sportu odchodzą. „Washington Post” podał niedawno, że w Stanach tylko 34 procent młodych określa siebie jako „zapalonych” fanów. Futbol albo wychowa ich sobie teraz, albo straci na zawsze. Wyrwa pokoleniowa może napędzić zły trend, choć oczywiście wiele lig już temu zapobiega. Najlepszym przykładem jest NBA i jej szturm na Snapchaty i inne TikToki cyfrowego świata. Dzięki usłudze League Pass możemy za dolara wykupić karnet na 10 minut meczu i obejrzeć go w trakcie obiadu. NBA od dawna powtarza: musimy iść w krótkie, intensywne wrażenia. Ich filmiki w mediach społecznościowych w ubiegłym roku wygenerowały 13 miliardów minut, czyli więcej niż wszystkie inne amerykańskie ligi razem wzięte.

Piłka to wszystko bacznie obserwuje. Sky Sports w ostatnich latach mocno poszedł w YouTube, bo widzi, że lepsze liczby niż filmiki z bramkami wykręca paplanina Roya Keana. Widza nie kręci już to, że ma dostęp do każdej drużyny świata. On chce rozrywki. Kulis. Czegoś, co będzie szybko rozpalać emocje, a nie dawać obietnicę, że zrobi to w 90. minucie meczu po serii wślizgów i kopania po autach. Futbol próbuje zainteresować młodego widza nowymi technologiami, ustawieniem kamer jak w FIFIE abo Pro Evolution, ale kłopotem nie jest technologia, tylko głowy. Te skrojone pod nowe czasy, rozregulowane pogonią za lajkiem, nie są dostosowane do oglądania dyscypliny, której czas trwania od 1866 roku wynosi 90 minut.

Już w trakcie pierwszego lockdownu w Anglii trwała dyskusja, czy może ten czas skrócić. Z dzisiejszej perspektywy ciągle wydaje się to niemożliwe, ale świat pędzi tak szybko, że nim się obejrzymy, a ktoś to przepchnie. UEFA na razie idzie w kierunku zacementowania Ligi Mistrzów. Wielkie kluby pod płaszczykim produktu premium jeszcze mocniej zamkną się w swojej zagrodzie, a potem, gdy dalej będzie im za mało, wyciągną rękę po zmiany w przepisach. Wkrótce nie będziemy mówić, że codziennie jest jakiś mecz, tylko że codziennie jest jakiś hit. Telewizyjna papka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.