Futbol to nie sport ekstremalny. Kontrolowane szaleństwa Juliana Nagelsmanna

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bayern Monachium
Berengui/DeFodi Images via Getty Images

Uwielbia pędzić rowerem górskim po kamienistym bezdrożu. Albo motorem wyskakiwać w górę na muldach. Na desce snowboardowej wybiera najszybsze trasy. Latał na paralotni i stara się o licencję pilota. Trener Bayernu Monachium kocha, gdy krew buzuje mu w żyłach. Ale w piłce nożnej stara się niwelować ekstrema. I mecz z Barceloną kolejny raz to potwierdził.

Oczywiście, że jest pokusa. Przecież trudno nie skorzystać z pomostu, który sam buduje się pomiędzy wciąż młodym wiekiem Juliana Nagelsmanna, pozaboiskowymi aktywnościami oraz tym, jaki futbol chce grać. Ale to byłoby jednak lekkie zakłamywanie rzeczywistości. Tak, trener Bayernu Monachium brzmi bardzo przekonująco, gdy z zaangażowaniem mówi o tym, jak motorem rozjeżdża ziemne tory. Albo rusza na wycieczki górskie. Pędzi na nartach na złamanie karku. Czy na desce snowboardowej. Którą w Lipsku zamieniał na deskorolkę, jeżdżąc na niej czasami przez miasto na treningi. Pasuje do jego świeżego, dynamicznego wizerunku, gdy opowiada o lotach paralotnią i staraniach o licencję pilota. Wygląda jak mały chłopiec, gdy mówi, że lubi wszystko, co szybkie i intensywne. Przecież widać, że lubi się wyróżniać. Wystarczy spojrzeć na jego niektóre kreacje, przy których Piotr Stokowiec wygląda jak modowy konserwatysta.

WYGŁADZANIE RADYKAŁÓW

Na początku jego kariery trenerskiej jeszcze można było iść w analogie. Mówić, że jaki poza pracą, taki jest przy boisku. Że też nie bierze jeńców i gra “hej, do przodu”. Nie byłoby to całkowite kłamstwo, bo przecież jako trener zrobił już Nagelsmann kilka szalonych rzeczy. Jednak im dłużej go znamy, im więcej prowadził klubów, z im lepszymi piłkarzami pracował, tym bardziej jednak widać, że trener Nagelsmann to nie jest jakiś szaleniec. Twardogłowy radykał. Raczej ktoś, kto radykałów stara się korygować. I wygładzać to, co głoszą. W Lipsku, gdzie przyszedł po Ralfie Rangnicku, próbował nauczyć zespołu lepszej gry pozycyjnej, którą jego poprzednik i jeden z promotorów tak gardził. W Monachium również chce zbudować znacznie bardziej zrównoważony zespół. Byłego pracodawcę wypunktował w weekend, bardzo długimi — jak na Bayern – fragmentami, grając z kontry. Barcelonę ograł wręcz przerażająco pewnie, ale w zupełnie inny sposób niż jego poprzednik na monachijskiej ławce.

LIZBOŃSKA WYMIANA CIOSÓW

Bayern Hansiego Flicka, który tak wychłostał Barcelonę w Lizbonie przed trzynastoma miesiącami, zaproponował wtedy rywalowi wymianę ciosów. Dwa razy oberwał, ale bił mocniej, szybciej i znokautował przeciwnika. Świat skupił się na tych ośmiu, które strzelił, jednak na potrzeby tego tekstu warto przyjrzeć się dwóm straconym golom. Tamten mecz przez kilkadziesiąt minut nie był aż tak jednostronny, na jaki wygląda z dalszej perspektywy. Na szybko straconego gola Barcelona błyskawicznie odpowiedziała wyrównującym. W pierwszej połowie, choć straciła trzy bramki, drużyna Quique Setiena atakowała groźnie. Kiedy po przerwie Luis Suarez strzelił na 2:4, nie było jeszcze stuprocentowej pewności, czy właśnie nie rozpoczyna się jakaś kolejna wiekopomna remontada. Bayern gonił rywala pressingiem po całym boisku, angażując do tego wszystkich poza stoperami i bramkarzem. Którzy bardzo często zostawali osamotnieni, skazani na kilkudziesięciometrowe sprinterskie pojedynki z szybkimi atakującymi. Statystyka spodziewanych goli wyceniła ówczesne szanse Barcelony na 1,08. Ponad pięć razy więcej niż teraz. Katalończycy wycisnęli w środę 0,2 spodziewanej bramki. Ostatni rywale, którym Bayern pozwolił tak niewiele: Tigres i Al.-Ahly w Klubowych Mistrzostwach Świata w lutym. Schalke 04 we wrześniu zeszłego roku.

UNIKANIE CIOSÓW

Nagelsmann, wśród którego taktycznych pryncypiów jest nawet taki detal, że lepiej odbierać piłkę w wyniku przechwytu niż pojedynku, bo przechwyty łatwiej zaplanować niż pojedynki, których przebieg z natury jest nieprzewidywalny, lubi mieć poczucie, że wie, co się wydarzy. Kiedy losy drużyny zależały od tego, czy Jerome Boateng albo David Alaba w ostatniej chwili wygarną piłkę szarżującemu sprinterowi, Flick się nie martwił, bo skupiał się na tym, by w razie niepowodzenia strzelić trzy gole więcej. Jego następca próbuje zbudować zespół, który nie tyle będzie wygrywał wymiany ciosów, ile w ogóle nie będzie się w nie wdawał.

WIĘCEJ ZABEZPIECZENIA

Monachijczycy na Camp Nou też grali wysokim, agresywnym pressingiem. Jednak, zamiast angażować w niego ośmiu zawodników, zwykle posyłali do przodu pięciu. Ofensywny kwartet w wysiłkach wspierał lewy obrońca Alphonso Davies, który w praktyce grał nieomal na dwóch pozycjach. Uczestniczył w pressingu na pierwszej linii frontu, ale gdy rywal zdołał się uwolnić, błyskawicznie wracał na własną połowę i zwykle jeszcze był w stanie zdążyć, by przerwać akcję. Właśnie na takie wypadki, gdyby przeciwnik jednak zdołał wyjść spod pressingu, Nagelsmann zabezpieczał własną połowę trójką zostających na niej obrońców oraz dwójką środkowych pomocników. W ten sposób Bayern wciąż odbierał piłki wysoko — jedenaście zdobytych na połowie przeciwnika – ale równowaga zespołu nie była tak zachwiana na korzyść ofensywy, jak często w ostatnich miesiącach bywało.

SIATKARSKIE PRZEJŚCIA

Nagelsmann zestawił ofensywną czwórkę w taki sposób, by zachowywała się niemal jak przy przejściach w siatkówce. Każdy zawodnik miał swoje zadania, ale czasem wykonywał je w innych miejscach. Roberta Lewandowskiego często widać było na lewym skrzydle. Leroy Sane był jednym z rozgrywających, zostawiając rolę typowego skrzydłowego Daviesowi. Jamal Musiala czasem był grającym szeroko bocznym pomocnikiem, a czasem technikiem krążącym wokół Thomasa Muellera. Który tradycyjnie był wszystkim po trochu. Gracze Barcelony z takimi kombinacjami, które na tym stadionie przeprowadzali do niedawna wyłącznie oni, nie byli sobie w stanie poradzić. Bayern wgniatał ich w pole karne. Zaliczył trzydzieści dwa kontakty w szesnastce Barcelony (średnio raz na trzy minuty), podczas gdy jego rywale zrobili to tylko dziewięć razy (średnio raz na dziesięć minut). W tercji ofensywnej Bayern wymienił o 95 podań więcej. A to tak, jakby miał tam jednego dodatkowego rozgrywającego. W tercji monachijczyków gra toczyła się przez mniej niż 1/5 całkowitego czasu.

WSZYSTKO W REPERTUARZE

Gdyby mistrzowie Niemiec próbowali wyłącznie wejść z piłką do bramki, mogliby z czasem sfrustrować kibiców i samych siebie. Jednak pierwszego gola strzelili po uderzeniu z dystansu i rykoszecie, który tylko Thomasowi Muellerowi mógł się udać. Tak, jakby chcieli pokazać, że w razie potrzeby są w stanie strzelić gola w każdy sposób. Także w stylu Bayernu Stefana Effenberga i Mehmeta Scholla. Nagelsmann to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tego nowoczesnego pokolenia trenerów, których trudno zaszufladkować. Nie uznaje wysokiego pressingu za jedyny uświęcony sposób gry, ale nie robi tak też z posiadaniem piłki. Nie czuje do siebie pogardy, gdy każe zespołowi grać z kontry, jednak potrafi też go nauczyć grać z klepki trzy metry od bramki przeciwnika. Zachowuje się tak, jakby od każdego trenera, którego spotkał na drodze, wziął to, co mu pasuje. Nawet jeśli jedno z drugim się wyklucza, może się przydać w innej fazie meczu albo sezonu. Bo dobra drużyna potrafi wszystko. Ma to w repertuarze i wykorzystuje w razie potrzeby.

BEZ PRYSZNICA

Sposób, w jaki Bayern wygrał w Barcelonie, na pewno nie przebił tego, w jaki zrobił to w Lizbonie. Jednak na swój sposób było to jeszcze bardziej imponujące. Tam była wymiana ciosów, którą wygrał silniejszy. Tu obustronnych ciosów nie było. Bayern dyktował tempo. Bayern grał muzykę, do której Barcelona miała tańczyć. Zagrał na Camp Nou tak, jakby właśnie rywalizował z jakimś Augsburgiem. Strzelić tyle, ile trzeba, a potem możliwie bez kontuzji przeczekać. Z Messim, czy bez nieważne, Barcelona powinna zmuszać rywali do większego wysiłku niż podrzędne kluby niemieckie. Tym razem nie zmusiła. Gdyby na stadionie wysiadły prysznice, nikt z Bayernu nie miałby raczej problemu, by iść prosto z boiska do autobusu. Nie wyglądali na specjalnie spoconych. Ograć Barcelonę na Camp Nou bez wrzucania piątego biegu to jednak duża sztuka.

RODZAJ POKAZU SIŁY

Kiedy świat wstrzymywał oddech, bo wszyscy żyli transferami i zastanawiali się, ile wniesie Cristiano Ronaldo do Manchesteru United, Leo Messi do Paryża i czy Kylian Mbappe przyjdzie w końcu do Realu Madryt, Bayern żył w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w której do samego końca okna transferowego największy dreszczyk emocji zapewniały próby wyrwania z Lipska Marcela Sabitzera za piętnaście milionów euro. Kiedy trwa transferowy wyścig, Bayern rzadko wygląda na jeden z najsilniejszych klubów w Europie. Jednak kiedy okno się zatrzaśnie i zaczyna się liczyć to, co na boisku, nagle okazuje się, że drużyny o takich umiejętnościach nie sposób nie mieć wysoko na liście potencjalnych zwycięzców Ligi Mistrzów. Te rozgrywki zwykle bardziej premiują tych zrównoważonych, a nie tych, w których proporcje są skrajnie zachwiane. A Bayern po kilku korektach zaczyna wyglądać na naprawdę dobrze wyważony. Kadra natomiast, o której wąskości tyle się w ostatnich latach mówiło, po powrocie Niklasa Suelego do formy, eksplozji talentu Jamala Musiali i ostatecznym wyrwaniu Sabitzera z RB, też wygląda już na bardzo sensowną. Wysokie rozbicie Barcelony na wyjeździe nie musi już niczego oznaczać, o czym Andrea Pirlo mógłby zaświadczyć. Ale rozbicie jej w sposób sugerujący, że zostało przy tym zachowane sporo sił na sobotni mecz z Bochum, to już jednak rodzaj pokazu siły.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.