Futbol przyszłości i przeszłości. Walka Paulo Sousy z dawnymi nawykami (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Polska - Rosja
Piotr Kucza/400mm

Polacy w rezerwowym składzie potwierdzili, że mogą być bardzo groźni, gdy przechwytują piłkę w okolicy pola karnego rywali. Kiedy pokonanie drogi do bramki wymaga tylko zdobycia kilkunastu metrów trzema-czterema szybkimi podaniami, są w stanie to zrobić. Kiedy jednak dystans jest większy, pomysłów bardzo szybko ubywa. Selekcjoner musi próbować przenieść ciężar gry bliżej bramki rywala. Tam Polakom gra się zdecydowanie łatwiej. Także w obronie.

Wszystko ułożyło się dokładnie tak, jak można sobie było tylko wymarzyć. Zmęczony wielomiesięcznym zamknięciem w czterech ścianach tłum wylęgł na ulice, by dotrzeć na stadion i wspólnie wyśpiewać “Mazurka Dąbrowskiego”. Później zobaczył zupełnie odmienioną i odświeżoną reprezentację Polski przed wielkim turniejem. Polacy zagrali agresywnie, z wielką werwą, jakby dawno niezaznane uczucie gry przed publicznością naprawdę ich uskrzydliło. Do pressingu podchodzili, ledwie tylko Rosjanie zaczęli wyprowadzać piłkę z własnego pola karnego. Czasem szli we trzech, ale zdarzyło się im doskoczyć do rywali nawet w pięciu. Błyskawicznie strzelili też gola, po szybkiej i ładnie rozegranej akcji. Fani wiwatowali, jakby w ich głowach zaczęła kołatać myśl, że może jednak coś z tego na tym Euro będzie.

Tak wyglądałby opis meczu z Rosją, gdyby urwać go w dziesiątej minucie.

Kiedy Paulo Sousa chciał opowiedzieć, jak wyobraża sobie grę polskiej reprezentacji, odwoływał się właśnie do tych pierwszych fragmentów wrocławskiego spotkania. Kiedy chciał wyjaśnić, jak podobała mu się gra Polski za czasów Jerzego Brzęczka, opowiadał o tym, co się działo w dalszej fazie meczu z Rosją. Nazywał to “przeszłością” i mówił o konieczności walki z nawykami. Tak, jakby to, co zespół pokazał na początku, było już wypracowanym przez niego futbolem przyszłości, a to, co nastąpiło później, było ciągnącym zespół za nogi balastem z przeszłości. Nie wiadomo, czy takie postawienie sprawy byłoby sprawiedliwe. Ale na pewno były to dwie różne drużyny. Nawet jeśli grały w tym samym składzie i tego samego wieczoru.

MNÓSTWO TESTÓW

Portugalski selekcjoner po raz kolejny dał się poznać jako miłośnik eksperymentów i odważnych decyzji. Tym razem do kilku korekt był zmuszony, a parę następnych dodał od siebie. Choć prowadził zespół tylko w czterech meczach, jedynie Grzegorz Krychowiak nie opuścił dotąd u niego ani minuty. Pozostali ciągle się zmieniają. Tylko dziesięciu zawodników rozegrało do tej pory ponad połowę możliwych minut w czterech spotkaniach za Sousy. Żaden boczny pomocnik nie wyszedł w podstawowym składzie więcej niż w jednym meczu. A jedenastka złożona z zawodników, którzy u Sousy grali najczęściej, jeszcze ani razu nie przebywała jednocześnie na boisku. Trener jest w trudnej sytuacji, bo przejął kadrę na pięć miesięcy przed Euro, zaczynając od razu od trzech meczów eliminacyjnych, a do tego zadania nie ułatwiają mu okoliczności — marcowe problemy zdrowotne Roberta Lewandowskiego i Mateusza Klicha oraz aktualne Krzysztofa Piątka, Arkadiusza Recy, Arkadiusza Milika czy Macieja Rybusa. Nawet gdyby trener ciągle chciał wystawiać tych samych ludzi i tak musiałby dokonywać zmian. Ale on nie chce.

PŁYNNE USTAWIENIE

Po raz trzeci w czwartym meczu za Sousy kadra rozpoczęła mecz w ustawieniu z czwórką obrońców, jednak selekcjoner znów pokazał, że lubi płynne zmiany systemu w zależności od sytuacji na boisku. Boczni obrońcy Tymoteusz Puchacz i Tomasz Kędziora pomagali stoperom tworzyć jednolity blok obronny tylko, gdy rywal posiadał piłkę. Gdy rozgrywali ją Polacy, Kędziora ustawiał się wąsko, tworząc z Michałem Helikiem, ewidentnie liderującym formacji, oraz Kamilem Piątkowskim trzyosobowy blok. Debiutant Puchacz z kolei ruszał do przodu, wcielając się w rolę wahadłowego. Miał przed sobą sporo miejsca, bo Dawid Kownacki, bez piłki ustawiany jako lewoskrzydłowy, po przejęciu posiadania schodził do środka, by wraz z Karolem Świderskim ustawić się za plecami najbardziej wysuniętego Jakuba Świerczoka. To napastnik Piasta pozwolił w najlepszej dla Polaków fazie objąć prowadzenie. Polacy są najgroźniejsi, gdy po przechwycie mają krótką drogę do bramki. Po przejęciu piłki przez Tymoteusza Puchacza wystarczyły tylko cztery szybkie podania, by Świerczok mógł w charakterystycznej cieszynce unieść ramiona. Dopóki odbierali piłkę wysoko, ich gra wyglądała bardzo obiecująco.

CIĄGŁE PRZESUWANIE

Problem rozpoczynał się, gdy Rosjanie, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, zaczęli wychodzić spod pressingu Polaków. Nie chodziło nawet o to, że wykorzystywali pojawiającą się przestrzeń, bo akurat gracze Stanisława Czerczesowa nie garnęli się do jakichś szaleńczych sprintów na polską bramkę. Wystarczyło jednak, by wyszli spoza swojej tercji, a wszelkie zagrożenie już dla nich mijało. Mogli spokojnie wymieniać między sobą piłkę, rozgrywać, cierpliwie klepać, bez większego ryzyka straty. Polacy cofali się bardzo głęboko, często nawet w granice własnego pola karnego, zachowując się niezwykle biernie. Przesuwali się, podążając za piłką, ale nie próbowali jej odbierać. Gdy wybijali, to w taki sposób, że drugą piłkę zwykle zgarniali goście. Próby krótkiego wyprowadzenia piłki z własnej połowy się Polakom nie udawały, a długie zagrania nie przynosiły zwykle efektu. Wynikało to także z faktu, że Świerczok miał wyraźne problemy z utrzymaniem się przy piłce, gdy był ustawiony tyłem do bramki. W związku z tym Polacy ani nie wiedzieli, jak odbierać rywalom piłkę, ani co z nią zrobić, gdy jednak ją przejęli. Jedynie w okolicach pola karnego rywala sprawiali wrażenie dobrze wiedzących, co chcą zrobić: tam wystarczą czasem dwa-trzy dobre podania w szybszym tempie, by doprowadzić do groźnej sytuacji.

Pilka nozna. Reprezentacja. Mecz towarzyski. Polska - Rosja. 01.06.2021
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

GOL Z BIERNOŚCI

Przez jakiś czas można się jeszcze było zastanawiać, czy Polacy przeszli do biernej gry, by odrobinę odsapnąć i zaraz wrócić do aktywnego futbolu z pierwszych minut. Jednak najpóźniej w momencie, gdy etap pasywności zakończył się stratą gola, stało się jasne, że to oddanie inicjatywy nie było zgodne z planem. Bierność Polaków podczas głębokiego bronienia dobrze oddaje zachowanie Przemysława Frankowskiego, który niby był blisko dośrodkowującego zawodnika, ale jednocześnie na tyle daleko, by nie móc w żaden sposób zapobiec precyzyjnemu zagraniu. To uruchomiło sekwencję błędów Puchacza, który nie kontrolował rywala wybiegającego mu zza pleców i Łukasza Fabiańskiego, który puścił zupełnie nietypowego dla siebie gola.

BRONIĆ Z PIŁKĄ

Aż do przerwy Polakom nie udało się wrócić do lepszej gry, a tuż przed nią mogli nawet stracić drugiego gola. Ich gra bazowała na zrywach. Przyspieszenie akcji osiągali szybszym bieganiem, a nie szybszym rozgrywaniem. Tempo ataków wyznaczały nogi piłkarzy, a nie piłka. Trener Sousa zwracał po meczu uwagę, że jego drużyna musi nauczyć się “bronić, posiadając piłkę”. On także wie, że największym ofensywnym atutem jego drużyny jest faza przejścia z obrony do ataku. Dlatego chodzi o to, by jak najczęściej być z piłką w tercji rywala i tam przenosić ciężar gry. Kiedy Polacy mają grać we własnej tercji, są zgubieni, bo nie wiedzą, jak z niej wyjść. Lepiej wymieniając piłkę, byliby w stanie odpoczywać, zbierając siły do kolejnych sprintów. Takich, jak zaprezentowane po przerwie przez Kamila Jóźwiaka. Skrzydłowy Derby County wydaje się idealny do tego stylu gry, bo łączy dynamikę i ciąg na bramkę z agresywnym odbiorem i rzetelną pracą w defensywie. Wyłuskując piłkę rywalom, a potem ruszając do przodu, we wtorkowy wieczór był w stanie kilkakrotnie samodzielnie ożywić grę ofensywną.

OBIECUJĄCY ŚRODEK

W drugiej połowie gra wyglądała lepiej, bo Polacy nie dawali się już na tak długie fragmenty spychać Rosjanom i znacznie dłużej utrzymywali się przy piłce. Ciekawe wejście pod tym kątem zanotował Kacper Kozłowski, w którego sposobie gry widać wiele swobody oglądanej dotąd w reprezentacji tylko za sprawą Piotra Zielińskiego. W ogóle to, jak pokazał się środek pomocy, raczej napawa optymizmem, bo duetu Mateusz Klich – Grzegorz Krychowiak na pewno nie wstyd pokazać w Europie. To jednak akurat nic nowego, a na kilku innych, znacznie bardziej problematycznych pozycjach, ten mecz nie dał selekcjonerowi jasnych odpowiedzi. Ważniejsze od pytań personalnych jest jednak to, czy wraz z dołożeniem do zespołu kilku podstawowych ogniw oraz upływem kolejnych dwóch tygodni wspólnych treningów, Sousie uda się wyplenić stare nawyki. Drużyna z pierwszych dziesięciu minut miałaby szansę na Euro na dobry wynik. Drużyna z kolejnych kilkudziesięciu raczej nie. Portugalczyk, marząc o sukcesie, musi na ostatniej prostej przygotowań odwrócić te proporcje.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.