Anarchiści z placów Amsterdamu. Legenda piłki ulicznej opowiada nam o przyjaźni z Ronaldinho i więzieniach z Gullitem

Zobacz również:Boski Johan nie wybacza. Najlepszy bramkarz w historii Oranje umarł w zapomnieniu
EdvardvanGilsGettyImages-487116168-kopia.jpg
Fot. Daniel Smith/Getty Images

Biegną po betonowym placu Amsterdamu, w kurtkach ortalionowych, z pościeranymi podeszwami. Biegną za wolnością i prawie nikt nie zauważa, że leje deszcz. Edward van Gils też biegnie. Ma 44 lata i jest legendą piłki ulicznej. To tutaj, w przemysłowej dzielnicy Zaandam wciąż można spotkać futbol jak ze snów Cruyffa.

Za pierwszą lekcję zapłacisz dziesięć euro. Przy kolejnych cena skacze do sześćdziesięciu. Jest jak w domu, jak na podwórku, chociaż wyglądem przypomina to hangar żywcem wyciągnięty z gier Tony’ego Hawka. Niewiele krajów ma takie miejsca. A Holandia ma i to od dziesięciu lat. Rok temu do akademii Street Kings przyjechał Ronaldinho. Miał kilka godzin na nagranie klipu, ale zrobił to w dwie minuty bez dubli. Zaraz potem uścisnął wszystkim dłoń i poszedł na obiad.

Nie da się tu być i nie zauważyć śladów Brazylijczyka. Większą ekspozycję ma tylko van Gils. Facet z kolczykiem w nosie, wytatuowany od stóp do głów, który ponad dwadzieścia lat temu rozpoczynał światową ekspansję street footballu. Nagrywał reklamy z gwiazdami piłki. Uczył techniki Ruuda van Nistelrooya. Zwiedził świat, ostatnio razem z Ruudem Gullitem przy okazji programu telewizyjnego w więzieniach Ameryki Południowej.

- Patrzysz na siebie, tego młodego gościa sprzed 30 lat, który kopie piłkę na ulicy i jeszcze nie wie, że mu się uda. Kogo widzisz? – pytam van Gilsa. - Chłopaka z rozbitej rodziny - zamyśla się. - Zbuntowanego, ale z aspiracjami. Kiedyś przed naszym domem stały dwa samochody. Potem nie było żadnego. Ojciec zaczął pić, a rodzice się rozwiedli. Robiłem złe rzeczy. Wielu moich kolegów skończyło w więzieniu. Inni odeszli przez narkotyki. To piłka przywróciła mnie do życia - przyznaje.

SZACUNEK LUDZI ULICY

Rozmawiamy o tym jak to się w Holandii zaczęło. Że w latach dziewięćdziesiątych był sobie Ajax Amsterdam i Liga Mistrzów w gablocie. Świat zachwycał się Clarencem Seedorfem albo Frankiem Rijkaardem, a w tle rosła już nowa fala ulicznych grajków, rodowitych Holendrów mieszających się z emigrantami z Surinamu.

Van Gils doskonale pamięta tamte czasy. Mecze na skwerach tak żeby ludzie z balkonów widzieli. I Nordina Wootera, piłkarza Ajaxu, który przychodził by pograć na ulicy. Zaraz potem w dzielnicy Koog aan de Zaan zaparkował czarny Hummer faceta w dredach i okularach przeciwsłonecznych. Edgar Davids nie zwlekał. Przyprowadził szefa marketingu firmy Nike i rzucił: „Zobacz, tutaj rosną przyszli mistrzowie”.

- Davids i ludzie z Surinamu wywarli na nas ogromny wpływ - mówi van Gils. - Słowo panna, gdy ktoś przepuszcza piłkę między nogami rywala, pochodzi od nich. Mocno inspirowaliśmy się wtedy Brazylią. Powstało całe środowisko ludzi zafascynowanych piłką na ulicy. Oglądałem mixtape AND1 z koszykarzami i mówiłem: zróbmy coś podobnego! Dla mnie to była odtrutka od problemów w życiu. Mogłem zyskać szacunek ludzi nie dlatego, że należałem do gangu, ale dlatego, że świetnie grałem w piłkę. Wcześniej trzy profesjonalne kluby pokazały mi drzwi, bo uznały, że jestem trudny. Tutaj nie musiałem się do nikogo dostosowywać. Liczyła się miłość do gry. Respekt ulicy, a nie liczba followersów na Instagramie - dodaje van Gils.

To są dwie dekady niesamowitej podróży: od betonowych placów, przez pierwszy turniej z szyldem Nike w 2001 roku aż po reklamy z Neymarem i uliczne show z nalepką Red Bulla w Sao Paulo. Wejście Youtube’a w 2005 roku dało freestylerom ogromną ambonę. Francuz Sean Garnier ma dziś cztery miliony followersów na Instagramie, dwa tytuły mistrza świata w stylu dowolnym i naturalnie czapeczkę z bykami. Tacy jak on nie muszą uśmiechać się do reklamodawców. To ci najpierw uśmiechają się do nich.

- Nie da się porównać mojej generacji z tą dzisiejszą. To tak jakby szukać porównań między Messim a Maradoną. Prawda jest taka, że my zaczynaliśmy od zera. Biznes praktycznie nie istniał. Przez pierwsze pięć lat nagrywaliśmy reklamy za 1000 euro albo za paczkę butów. Akceptowaliśmy to, bo chcieliśmy się pokazać. Potem przyszedł Internet i zmienił wszystko. Krążą w tym wszystkim coraz większe pieniądze, ale też widać jak szybko ludzie się poddają. My swój status budowaliśmy latami, a teraz każdy chce być legendą w rok. Jeśli nie jest, zostawia to. To już jest inna zajawka. Młodzi chcą się szybko wzbogacić. Mieć nowego Iphone’a i buty za 800 euro - przyznaje van Gils.

FANTAZJA RONALDINHO

Cztery lata temu dostał dziwnego SMS-a. Napisał Brazylijczyk przedstawiający się jako agent Ronaldinho. Ed poprosił Patricka Kluiverta, żeby zweryfikował faceta. Za moment dostał odpowiedź: tak, to on, szukają najlepszych ulicznych graczy na świecie. W ten sposób powstał Ronaldinho Global Team. Lista na początku wynosiła pięćdziesiąt nazwisk, na końcu zostały cztery, wszystkie z flagą z Holandii. Van Gils został kapitanem. A obok niego stanął choćby Issy Hitman, kolejna legenda streetu, wynalazca tricku Akka 3000, który już jako 12-latek zakładał siatkę Weslejowi Sneijderowi.

- Ludzie opowiadają dziwne historie o Ronaldinho, a prawda jest taka, że on mnóstwo czasu siedzi w hotelu - opowiada van Gils. - Nie ma prywatności. Lubi się zamknąć w pokoju i mieć spokój. Ja mogę o nim mówić tylko pozytywnie. Przy nim ciągle się śmiejesz. Trzy lata temu graliśmy turniej w Indiach. Byli tam też Deco, Giggs i kilku innych profesjonalnych piłkarzy. Na miejscu wywiązał się jakiś zgrzyt z umową. Ronaldinho powiedział: płacicie tyle i tyle - wtedy gram. W pewnym momencie był przygotowany na to, że nie zagra. Przyszedł w zwykłych butach Air Force i nagle słyszy „okej, jednak płacimy”. Nie miał innego obuwia, więc zagrał tak jak stał. Ludzie łapali się za głowy. Strzelił osiem goli w jednym meczu. To był gość z najlepszych meczów w Barcelonie.

- Macie jeszcze kontakt? - pytam.

- Jasne. Rok temu przyjechał do mnie na turniej, do końca trzymaliśmy to w tajemnicy. Rozmawialiśmy też ostatnio, zaraz po tym jak wyszedł z więzienia. Siedzi teraz w Belo Horizonte. Opowiadał mi, że został wmanewrowany w tą sprawę z fałszywymi dokumentami. Ale dobrze wspomina to więzienie. Mówił, że spotkał tam świetnych ludzi i że w przyszłości chciałby stworzyć jakiś projekt, który poprzez sport pomógłby wyjść im na prostą.

KAZANIE W WIĘZIENIU

W Holandii taki program już istnieje. Van Gils trzy lata temu dostał propozycję z telewizji, by razem z Ruudem Gullitem wyruszyć w trasę po więzieniach w Ameryce Południowej. Nagrali też rozmowy m.in. z Kevinem Kuranyim i Juanem Pablo Angelem, zastanawiając się jak to jest, że jednych życie pcha w stronę piłki, a drugich w kierunku krat. Już osiem lat temu prezydent Aruby zadzwonił do Street Kings z prośbą: zróbcie mi w więzieniu turniej, porozmawiajcie z tymi ludźmi. Dzisiaj van Gils jest ambasadorem więziennictwa w Holandii.

- W programie z Ruudem mieliśmy np. rozmowę z Gilberto Silvą. Pytałem go wprost: stary, dlaczego ty grałeś w piłkę, a gość z twojego osiedla siedział w więzieniu? To były fajne dyskusje, pokazujące jak bardzo w życiu trzeba uważać z wyborami. Czasem to jest chwila. Łatwo można wdepnąć w coś złego. Też bywałem na dnie i wiem, że nie każdy w więzieniu jest złą osobą. Gość w Bogocie powiedział mi, że widział na własne oczy jak ludzie z kartelu narkotykowego zgwałcili i zamordowali mu siostrę. W pierwszej chwili chciał zrobić wszystko, żeby dopaść tych ludzi. A potem stwierdził: nie, zrobię wszystko, żeby grać w piłkę i poprawić los mojej rodziny. Futbol naprawdę może zmieniać ludzi. Ja dzięki niemu odnalazłem spokój i zamieniłem złość w coś dobrego. Opowiadam swoją historię ludziom w więzieniach i widzę, że to do nich trafia. Znam ciemne zakamarki życia - przyznaje van Gils.

DOTYK MARADONY

Gdy pytam jak wygląda normalny tydzień z jego życia, śmieje się, że już dawno nie wie, co to normalność. Jednego dnia jest w Barcelonie. Za moment leci do Indii. Ma na głowie akademie, własną markę butów i eventy z okazji wypuszczenia FIFY 2021. Wersja Volta daje możliwość gry piłkarzami ulicznymi, łącznie z ojcem chrzestnym streetu. W tle trwają też przygotowania do nowego programu telewizyjnego. Van Gils znowu ruszy w świat. Chce przyglądać się DNA piłki w poszczególnych krajach, zaglądając na osiedla Sarajewa, Rotterdamu i innych metropolii.

Kiedyś zgłaszały się też do niego kluby. Utrecht poprosił, by przez rok był trenerem młodzieży od sztuczek piłkarskich. Gdy pytał, czy mówią serio, słyszał: jasne, przecież krzywda im się od tego nie stanie. Śmieje, że podczas kręcenia reklamy dla Coca-Coli nauczył jednego tricku Ruuda van Nistelrooya i że niby Holender powtórzył to w któryś z meczów Manchesteru United.

Dzisiaj czerwona koszulka z nr 10 zajmuje ważne miejsce w jego mieszkaniu. Obok naturalnie Ronaldinho, Davids i Maradona, którego dziesięć lat temu spotkał na boisku. - To było w Hiszpanii. Jak go zobaczyłem, to automatycznie mnie zmroziło. Był moim idolem. Pomyślałem: muszę mieć od niego koszulkę i wyprosiłem. Na drugi dzień spotkaliśmy się na lotnisku. Nie wyglądał za dobrze. Ruszał się jak dziadek. Pomyślałem: oho, chyba wczoraj za dużo pobiegał - śmieje się.

Z rozbawieniem wspomina też spotkanie z Pierrem van Hooijdonkiem. Pierwszy raz widział piłkarza, który podczas nocnej eskapady wykorzystał chwilową nieobecności kierowcy vipowskiego autobusu, po czym przejął stery i odjechał strzelić sobie kilka ósemek na placu.

- Czasami patrzę wstecz i myślę: wow, ilu ja ludzi poznałem dzięki piłce - opowiada van Gils. - W grudniu rok temu miałem ogromne problemy ze słuchem. Myślałem, że oszaleje. I automatycznie zacząłem robić podsumowania: gdzie jestem i co udało mi się osiągnąć. Pomyślałem o tych dwudziestu latach street footballu. O tym, że kopałem piłkę od Hollywood po Dubaj. Grałem z Davidsem. Zrobiłem program z Gullitem. Mnóstwo dzieciaków pisze do mnie, że ogląda moje film. A przecież wielu graczy z młodego pokolenia jest lepszych ode mnie. To jest naprawdę szalone. Może nie jestem dziś milionerem, ale miałem tyle świetnych momentów w życiu, że nie da się ich wycenić. Nie kosztują milion ani nawet pięć. Mogłem być w więzieniu. Mogłem zostać na ławce. A ja z tej ławki ruszyłem w świat.

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.