Frank Lampard i jego taniec na cienkiej linie. Manchester City jako koło ratunkowe czy początek końca?

Zobacz również:To twój czas, chłopaku. Piłkarze, dla których to może być przełomowy sezon Premier League
fot. Darren Walsh/Chelsea FC via Getty Images

Czas sielanki w Chelsea już się skończył. Frank Lampard z kandydata na poważnego menedżera stał się menedżerem rozliczanym na poważnie. Przez lata widział z bliska, że cena za niepowodzenia trenerskie bywa tak samo wysoka, jak ceny piłkarzy ściąganych przez Romana Abramowicza na Stamford Bridge.

Chelsea gra z Manchesterem City – to dwa kluby, które łączy postać Lamparda. Na Etihad trafił niespodziewanie, w samej końcówce kariery, przez Amerykę. Fanom The Blues trudno patrzyło się na ukochanego pomocnika ubranego w błękitna koszulkę. Ale nie przestali go darzyć szacunkiem. Nawet kiedy strzelił gola w meczu przeciwko CFC, po ostatnim gwizdku dostał od nich brawa. Zbyt wiele dobrego zrobił dla londyńskiego klubu, by uznać przedemerytalne podrygi za wielką zdradę. Dzisiaj fani Chelsea znów mają Franka po swojej stronie, choć prawdopodobnie żałują, że nie w roli piłkarza, najlepiej takiego w szczycie formy.

JAK TRWOGA TO DO KASY

Kiedy menedżer Chelsea kilka lat temu wydał pierwszą z książek dla dzieci, powiedział: – Chciałbym dojść do takiego etapu, w którym jestem w stanie napisać bajkę sam, od początku do końca.

Bajki mają to do siebie, że kończą się happy endem. Życie trenera w Premier League przeciwnie – zawsze na końcu tej drogi jest dymisja. To przekładany na różne daty wyrok, kwestia czasu. Kiedy menedżerom nie idzie, szukają nowych rozwiązań taktycznych i personalnych. A właściciele w tym samym czasie ich potencjalnych następców. Na Stamford Bridge cała ta karuzela od lat nierozerwalnie łączy się z olbrzymimi pieniędzmi. Roman Abramowicz zaczął od wielkich wydatków i one zawsze towarzyszyły Chelsea. Nawet teraz, gdy Rosjanin pociąga za sznurki ze sporej odległości, jedno się nie zmienia. Szukanie ratunku w klubowej kasie.

terry-abramowicz-lampard.jpg
fot. Darren Walsh/Chelsea FC Via Getty Images

Zimą ma zostać przeprowadzony tylko jeden transfer – Declana Rice’a z West Hamu United. Kiedy się o tym czyta, można odnieść wrażenie, że piłkarz ten w pojedynkę zbawi Chelsea i całkowicie odmieni jej grę. No cóż, jeśli tak się nie stanie, to wymieni się menedżera. Lampard nawet nie udaje, że nie ma świadomości takiego biegu zdarzeń. – Cieszę się presją, jaka na mnie ciąży, zresztą pierwszy ją na siebie nakładam. Nie jestem głupi i wiem, że potrzebne są nam wyniki. Moim atutem jest to, że nie ekscytowałem się, kiedy szło nam dobrze. I nie będę rozpaczał, gdy idzie kiepsko – powiedział.

KŁOPOTY MŁODYCH TRENERÓW

Lampard doskonale zna smak rywalizacji i z City, i z Pepem Guardiolą. W meczach obu zespołów trafiał do siatki aż siedem razy, oczywiście w zdecydowanej większości przypadków w stroju Chelsea. Z drużynami Guardioli mierzył się sześciokrotnie i nigdy takiego starcia nie przegrał. Przynajmniej w 90 minutach meczu. Jako trener zdołał już Katalończyka pokonać, ale w styczniowe, niedzielne popołudnie na początku 2021 roku na pewno nie będzie faworytem do zwycięstwa.

Abramowicz zawsze cenił Lamparda. Za jego boiskowe zdolności, to jasne, ale także za dużą klasę poza murawą. Nie jest więc zaskoczeniem, że w tak młodym wieku Anglik dostał od rosyjskiego miliardera szansę, jakiej inny 40 latek nigdy by nie otrzymał. Dziś „Lamps” jest jednym z trzech najmłodszych szkoleniowców w lidze, obok Scotta Parkera z Fulham i Mikela Artety z Arsenalu. Wszyscy trzej mają w tym sezonie kłopoty, ale Frank największe, bo proporcjonalne do wydatków z kasy klubowej.

fot. Darren Walsh/Chelsea FC via Getty Images

To paradoks – wszyscy trenerzy chcieliby jak największe fundusze na na zakup piłkarzy, ale Lampardowi pracowało się najlepiej, kiedy pierwszy raz od kilkunastu lat na Stamford Bridge nie było takiej presji wyniku. Zakaz transferowy graczy plus duży kredyt zaufania do młodego menedżera złożyły się na idealną kombinację. W spokoju można było dawać szansę młodym zawodnikom, przy okazji próbując ugrać dobry rezultat, a takim bez wątpienia był awans do Ligi Mistrzów. To wraz z nim Frank przesiadł się do stolika, przy którym stawki były już dużo wyższe.

Z ZACIĄGNIĘTYM HAMULCEM

Czternasty za kadencji Abramowicza menedżer podpisał w lipcu 2019 roku trzyletni kontrakt, ale powszechnie wiadomo, że na Stamford Bridge to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Rosjanin zwalnia trenerów, kiedy uważa to za słuszne i nie patrzy wtedy na koszty, wypłacił już ponad sto milionów funtów odpraw. W tej chwili o zagrożonej pozycji Lamparda pisze tylko prasa, ale ona zawsze daje sygnał startowy, wznieca ogień pod kociołkiem. Zasługi nie mają znaczenia. Ani gole, ani asysty w roli piłkarza, ani najwyższe miejsce z Chelsea zajęte przez angielskiego menedżera od czasów innego Franka, Clarka, który doprowadził drużynę do trzeciego miejsca w sezonie 1994-95.

mourinho-lampard.jpg
fot. Tottenham Hotspur FC/Tottenham Hotspur FC via Getty Images

Jeśli więc Abramowicz uzna, że formuła się nie sprawdza, Lamparda nie uratuje jedenaście trofeów z Chelsea, czy czwarte miejsce w klasyfikacji strzelców wszech czasów, nie uratuje go także 609 występów, w tym kapitański w zwycięskim finale Ligi Mistrzów. Liczy się tylko tu i teraz. A to nie wygląda fajnie.

Chelsea przystępuje do meczu z City w dołku i choć sezon układa się w taki sposób, że szybka reakcja, 2-3 wygrane mecze, dają ci szybką windę w górę, należy mieć ku temu podstawy. A Lampard ma ich niewiele. W pięciu poprzednich kolejkach jego piłkarze potrafili zwyciężyć zaledwie raz. Zniszczyli serię, którą sami stworzyli. Wyglądają, jakby grali na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Czyli zupełnie inaczej, niż ich rywale z Manchesteru.

City wie o co gra. Jeśli odrobi zaległości, wygra mecze numer 15 i 16 w tym sezonie, wskoczy na ogon Manchesterowi United i Liverpoolowi. Będziemy świadkami niesamowitej batalii, z Tottenhamem, Leicester City, Everton i Chelsea za plecami klubów z Manchesteru i The Reds, ale czy faktycznie Chelsea znajdzie w tym scenariuszu jedną z głównych ról dla siebie? Sześciokrotni mistrzowie Anglii muszą zagrać kilka razy lepiej niż w ostatnich meczach, by pokonać City, szczególnie, że zmierzą się z innym zespołem Guardioli niż ten, do którego przywykli w poprzednich sezonach. Bardziej wyrachowanym, chłodno kalkulującym. W sześciu ostatnich meczach ligowych ich rywale stracili jedną bramkę. Patrząc na formę gwiazd, licząc na starego wygę Oliviera Giroud, można mieć obawy o korzystny dla Chelsea scenariusz spotkania.

WIARA WE WŁASNE ŚCIANY

Lampard liczy jednak, że drużyna pokaże typowy dla niej w tym sezonie charakter w meczach domowych. Tutaj nie przegrała od kilkunastu tygodni (7 spotkań) i jeśli nie popełni charakteryzujących ją w tym sezonie koszmarnych błędów-prezentów dla przeciwnika, może pokusić się o dobry wynik. Czyli jaki? Co najmniej remis, który dałby menedżerowi The Blues przekonanie, że z tymi najmocniejszymi da się grać jak równy z równym. Akurat City to – z historycznego punktu widzenia – dobry rywal dla Chelsea na przełamanie. Nikt tak często jak oni nie ogrywał w Anglii Guardioli w Premier League, a w każdym z dwóch ostatnich sezonów drużyna z Londynu była lepsza na własnym boisku.

Jak tego dokonać? Może stałymi fragmentami? Dziwnie to brzmi, kiedy masz w kadrze takich graczy jak Pulisic, Havertz, czy Werner, ale – niestety, a może „stety” – rzuty rożne i wolne stały się najmocniejszą bronią Chelsea w tym sezonie. Sezonie, który jest specyficzny. A Chelsea może być tego najlepszym przykładem. Drużyna Lamparda jest w zasadzie na tym samym poziomie punktowym co po szesnastu meczach poprzedniej kampanii, mało tego – ma do lidera tylko kilka punktów straty, wtedy miała aż 17. A mimo wszystko menedżer jest poddawany sporej krytyce. Całkiem słusznej, zresztą, szczególnie za to, co zespół prezentuje w ostatnich tygodniach.

Paradoksów jest więcej. Choć ten, który miał być kandydatem do korony króla strzelców, czyli Werner, nie strzela tak często (11 meczów bez gola), jak się spodziewano, CFC ma jedną z najlepszych ofensyw w lidze, co jest zasługą nie tyle samych atakujących, ale graczy z różnych pozycji. Trudno zagrozić bramce Mendy’ego, jeśli nie zrobi tego jego własna defensywa. Kibice tego klubu mogą się czuć, jakby kupili bardzo drogi samochód, w którym są plastikowe części i mnóstwo niedoróbek.

Tych 226 milionów funtów, jakie wydano latem na nowych piłkarzy, nie będzie wypominanych Lampardowi tylko pod jednym warunkiem – drużyna zacznie wygrywać, a nowe nabytki odpalą. Ile jednak czasu mają na to dostać? Dlaczego taki Bruno Fernandes z Manchesteru United od pierwszego meczu złapał Premier League za rogi i bawi się w lidze, a Havertz i Werner wyglądają jak z konkursu na sobowtóra znanych piłkarzy? Pewnie sam Lampard tego nie rozumie. Zanim pojmie, może być już za późno.

Podziel się lub zapisz
Przemek Rudzki
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.