FOOTCALL #7. Ci z drugiego szeregu muszą walczyć, żeby wejść na szczyt – Tomasz Kędziora o tacie-trenerze, roli obrońcy i irytujących rywalach

Zobacz również:FOOTCALL #10. Michał Pazdan o bezsenności przed meczami, szukaniu motywacji i o wielkości Lewandowskiego (WYWIAD)
Kedziora-e1590697919527.jpg
fot. Catherine Ivill/Getty Images

W najbliższy weekend wraca do gry nie tylko liga polska, ale także ukraińska. W związku z tym postanowiłem zadzwonić do Tomasza Kędziory, obrońcy Dynama Kijów.

Tomek wpisuje się w tezę, którą kiedyś ukułem. „Jesteś reprezentantem Polski? Twój ojciec najprawdopodobniej był twoim trenerem”. Pogadaliśmy o zmarnowanych talentach, trudnościach, które niesie za sobą granie na pozycji prawego obrońcy i kursie języka polskiego, na który wysłał swoją dziewczynę.

ŁUKASZ WIŚNIOWSKI (FOOT TRUCK): Kiedyś spojrzałem na skład reprezentacji Polski i uświadomiłem sobie, że najlepszymi akademiami w Polsce są ojcowie piłkarzy. Ciebie też ukształtował piłkarsko tata?

TOMASZ KĘDZIORA: Raczej mama, bo tata ciągle na mecze jeździł. Razem z ojcem Tymka Puchacza rządzili na boisku i podobno poza nim. Choć tego drugiego nie wiem na sto procent. Tak słyszałem. Mama się tylko śmieje, kiedy ten temat jest poruszany. Faktem jest, że na trzecioligowym poziomie naprawdę był kozakiem. Potrafił obstawić każdą pozycję. Od obrony do ataku. Później został trenerem w UKP Zielona Góra, razem z kolegami założyli szkółkę, z której i ja się wywodzę. Faktycznie przez pewien okres tata był moim trenerem. Zawsze bardzo dużo mi podpowiadał. Miał mnóstwo uwag typowo boiskowych. Mogłem się od niego nauczyć sporo cwaniactwa. Kiedy rękę wystawić, żeby zablokować przeciwnika, jak skakać do głowy. Pomimo tego, że nie był najwyższy, to świetny w tym elemencie. Zawsze zwracał uwagę na to, że do głowy możesz wyskoczyć troszkę wcześniej, bo ten, który wyskakuje podbije cię jeszcze do góry. Był dla mnie surowy, bardziej wymagający niż dla moich rówieśników, ale to zrozumiałe. Musiałem pokazać, że miejsce w składzie mi się należy, bo jestem dobry, a nie dlatego, że trenerem jest mój ojciec. Mając ojca trenera podświadomie bardziej się starasz, bo to najbliższa ci osoba, której nie chcesz zawieść i wiesz, że nie możesz jej oszukać. On cię zna od dziecka, więc szybko by się zorientował, że chcesz kombinować albo się obijać.

Czy dziś cały czas recenzuje twoje występy?

Bywa, że tak. Bardzo często zwraca uwagę na aspekt koncentracji. Powtarza, żebym nie był skoncentrowany tylko na piłce, ale na wszystkim co się dzieje na boisku. Patrzeć, obserwować, skanować przestrzeń. Twierdzi, że nieraz przysypiam i jak mnie ktoś wyprzedzi przy straconym golu, zawsze mi to wypomni.

Wracając do czasów UKP Zielona, którego jesteś wychowankiem. Jeden z twoich kolegów, dziś reprezentant Polski, Piotr Zieliński, kazał zapytać czy pamiętasz kiedy się poznaliście i czy już wtedy wydawał ci się kozakiem?

Haha. Pamiętam jak przyjeżdżał na nasze treningi, bo jego brat, Paweł z nami trenował. Grał u nas też Michał Janota.

O którym Piotrek powiedział: „To co wyprawiał z piłką i jakie numery robił nie mieściło się w głowie”.

Nie widziałem takiego gościa jak byłem w juniorach. Nigdzie. Miał wszystko. Szybkość, drybling, genialną lewą nogę. Wygrywał sam mecze. Wyglądał jak Brazylijczyk. Serio. Ja miałem 4 lata i już z nim na obozy jeździłem. Mój rocznik jeszcze nie istniał więc dorzucali mnie do starszych jako maskotkę. Mogłem go z bliska oglądać. Później w wieku 8 lat zacząłem już nawet z nimi grać. Zresztą zawsze grałem ze starszymi, uważam że to bardzo rozwijające. W wieku 14 lat trenowałem z drugoligową Lechią Zielona Góra, w wieku 15 lat zagrałem w sparingu z ekstraklasowym Zagłębiem.

Już wtedy na prawej obronie?

Oczywiście.

Patrząc na historie wielu obrońców wcale nie takie oczywiste. Sporo spośród nich zaczynało na pozycjach ofensywnych.

A ja przeciwnie, zaczynałem jako stoper, dopiero trener Marcin Dorna w jednej z reprezentacji młodzieżowych przestawił mnie na pozycję prawego obrońcy i to jemu w tym aspekcie zawdzięczam najwięcej. On mnie wypatrzył w Zielonej Górze, zaczął powoływać do kadry, zmienił pozycję i także dzięki niemu trafiłem do Lecha Poznań. Sporo klubów mnie chciało kiedy miałem 15 lat. Górnik Zabrze, Legia Warszawa i Arka Gdynia. Tyle że ja od małego chodziłem na Lecha, tata regularnie zabierał mnie do Poznania na mecze, więc ten wybór był dla mnie naturalny.

Wspomniałeś o Michale Janocie, dlatego chciałem jeszcze porozmawiać o zmarnowanych talentach. Piotrek powiedział mi, że zawsze był pod wrażeniem niejakiego „Majoneza”, który grał w waszej drużynie. Co się z nim stało?

Marcin Majewski, rzeczywiście wielki talent. Nie był lepszy od Zielka, ale też miał taką „maniankę”. Wydaje mi się, że przyszedł taki moment, w którym zaczął naprawdę szybko rosnąć. To sprawiło, że stracił koordynację ruchową, która go wyróżniała. Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia co on teraz robi i gdzie jest.

Ostatnie co mówi o nim internet to, że w sezonie 2016/17 grał w MKSie Piaseczno. Dlaczego jednym wychodzi,  innym nie? Dlaczego czasem ci mniej utalentowani robią kariery, a ci bardziej – nie?

To jest ciekawe, bo ja faktycznie nie byłem nawet najzdolniejszy w swoim roczniku. Myślę, że w takim podwórkowym wybieraniu składów zawsze byłem numerem trzy, ale nigdy numerem jeden. Wydaje mi się, że jeśli pewne rzeczy przychodzą ci w życiu za łatwo to sprawia, że tracisz czujność i taką chęć rozwoju. Jeśli cały czas jesteś najlepszy, sam wygrywasz mecze, to podświadomie zaczynasz myśleć, że tak już zostanie. Ci którzy są w drugim szeregu, muszą cały czas walczyć, żeby się na ten szczyt wdrapać. Zostają ci najbardziej zacięci, z takim charakterem do pracy.

Ojciec, który jest trenerem też się chyba przydaje, bo wie kiedy ściągnąć na ziemię.

Mnie chyba nie trzeba było ściągać na ziemię. Nie ciągnęło mnie nigdy w gimnazjum do używek. Zdarzyło się piwko wypić gdzieś na garażu. Pamiętam, że to był czas kiedy bardzo popularny był syf nazywany „dopalaczami”. Od tego bardzo stroniłem.

Nad czym pracuje aktualnie Tomasz Kędziora?

Ostatnio skupiłem się na statystyce celności podań. Zwróciłem uwagę, że pod koniec poprzedniego sezonu było to ok. 80%. Stwierdziłem, że to jest coś co muszę poprawić. Dziś sprawdzam to po każdym meczu i zawsze mam powyżej 85%. Nie chodzi tutaj o to, że nagle przestałem ryzykować i chcę grać bezpiecznie. Starałem się zwracać uwagę na jakość takiego podania po ziemi. Pilnowałem się, byłem bardziej skoncentrowany.

A co w grze na prawej obronie jest najtrudniejsze?

Kiedy akcja dzieje się z lewej strony, prawy obrońca tak naprawdę asekuruje całą linię obrony, jest ostatnim obrońcą, który musi pomagać środkowemu i pamiętać o tym, że masz jeszcze gościa do upilnowania, a wiadomo, że lewoskrzydłowi z reguły to są ci najbardziej „poparzeni” i nieobliczalni gracze. Musisz się trochę wcielić w rolę stopera, wejść w światło bramki, a równocześnie pamiętać o tym, że ktoś może ci wyskoczyć.

Ktoś w Dynamie pomagał rozwijać ci się w grze na twojej pozycji?

Na pewno taką postacią był trener Ołeh Łużny, który przez lata grał jako prawy obrońca w Arsenalu i Dynamie Kijów. On często korygował moją pozycję. Zawsze zwracał mi uwagę, żebym grał do przodu. Przyjęcie i podanie – każdy z tych aspektów ma napędzać akcję ofensywną. Jak sobie przyjmiesz piłkę do przodu, to nawet jak ktoś cię będzie presować możesz „złamać” do tyłu i jesteś bezpieczny, a jeśli będzie przestrzeń, możesz to wykorzystać w ofensywie. Najważniejsze, żeby widzieć grę. W aspektach taktycznych bardzo pomógł mi trener Jerzy Brzęczek. Przygotowywał analizę wideo, na której pokazywał mi co jego zdaniem robię źle i jakby chciał, żebym się ustawiał. Jest dość duża różnica w sposobie rozegrania piłki w klubie i w kadrze. Trener Brzęczek chce, żebyśmy schodzili trochę niżej, kiedy środkowy obrońca ma piłkę, w klubie mam iść wysoko.

Jacy rywale są dla ciebie najbardziej irytujący?

Ci którzy płaczą jak ktoś ich lekko nadepnie, a równocześnie sami grają bardzo ostro. Najbardziej w polskiej lidze irytował mnie Patryk Małecki, choć nie można o nim powiedzieć, że był płaczkiem. Po prostu cały czas gadał jakieś głupoty i zawsze zaczepiał kibiców. Skup się na rywalu, jemu możesz powiedzieć nawet coś nieprzyjemnego, ale po co zaczepiasz ludzi? Tam są dzieci i całe rodziny. Oczywiście, że kibice prowokują, ale oni zawsze to robią, więc musisz mieć to gdzieś. Największym płaczkiem był Kuba Kosecki, zawsze w tym przodował i to jest strasznie wkurzające.

W kadrach młodzieżowych uchodziłeś za kogoś, kto rządzi szatnią. Masz naturalną charyzmę i zdolność do liderowania grupie. Teraz nie możesz korzystać z tych umiejętności w dużym zakresie. Nie brakuje ci tego?

Pod koniec mojej gry w Lechu, trener Nenad Bjelica zrobił mnie kapitanem, więc wydaje mi się, że rzeczywiście mam takie cechy. Zresztą w szatni Dynama też mam coraz więcej do powiedzenia, nie boję się wyrazić swojego zdania. Żeby w dorosłej reprezentacji Polski mieć taki status jak miałem młodzieżówkach, będę musiał jeszcze trochę poczekać. Znam swoje miejsce i potrafię się dostosować. Mam ciężko pracować i pomagać tym, którzy rządzą. A propos szatni Dynama to przypomina mi klimat polskiej szatni. Wiem, że wielu piłkarzy, którzy wyjechali za granicę przyznaje, że brakuje im tej atmosfery. U nas jest ta szyderka i te docinki. Ze mnie też było trochę śmiechu jak zaczynałem mówić po ukraińsku, ale ja mam dystans do tego, więc oni to bardzo pozytywnie odbierali. Jak było jakieś wyjście to zawsze byłem w gotowości.

TomaszKedziora-300x200.jpg
FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

Szatnia cię zaakceptowała, nauczyłeś się języka, mentalność ukraińska ci pasuje, związałeś się z dziewczyną stamtąd. Zastanawiam się czy myślisz już bardziej po ukraińsku, czy wciąż po polsku?

Tak się składa, że w domu już w zasadzie mówimy tylko po polsku. Wiktoria od pół roku chodzi na kurs języka polskiego i radzi sobie z naszym językiem świetnie. Regularnie rozmawia nawet z moją mamą, ogląda polską telewizję. No i ma w domu patriotę, który o Polsce jej często opowiada. Trochę naszej ojczyzny jej pokazałem. Była w Poznaniu, Warszawie, Zakopanem, polubiła żurek i pierogi, więc ma już wstępny ogląd naszego kraju.

Jak myślę Tomasz Kędziora, to nie mam jednego skojarzenia z tym jak spędzasz wolny czas. Nie widzę w tobie gejmera, kinomana, mola książkowego czy gościa, który pasjami oddaje się pracom domowym. Co ty porabiasz w wolnym czasie?

Nie siedzę całymi dniami na konsoli. Chyba jestem przedstawicielem starej szkoły i bardzo lubię taki sposób spędzania wolnego czasu, który preferują moi koledzy z Bałkanów. Po treningu nie ma pośpiechu. Jest czas na odnowę, na saunę. Później trzeba pojechać zjeść obiad, spokojnie wypić kawkę. Ten styl mi odpowiada. W domu też wszystko staram się robić z umiarem. Trochę pooglądam seriali, odpalę Master Chefa. Podczas kwarantanny popracowałem nad umiejętnościami kulinarnymi. Z pomocą mamy i połączenia wideo zrobiłem nawet żurek.

Ale już wystarczy tej kwarantanny?

Wracamy do gry. Już w niedzielę. Dla mnie to było trochę szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu mogłem wyleczyć kontuzję i jestem przygotowany w stu procentach.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.