FOOTCALL #5. Krystian Bielik o sztuce kiwania się, byciu jak Yaya Toure, rozmowach z Rooneyem i kontuzji (WYWIAD)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
bielik-e1588861833476.jpg
fot. Rafal Oleksiewicz/PressFocus/MB Media/Getty Images

Gdyby istniał test na polskiego piłkarza, Krystian Bielik by go nie zdał. Trudno znaleźć w nim przywary, które przez ostatnie lata wytykamy naszym zawodnikom. Potrafi się świetnie kiwać, ma znakomitą technikę, nie jest zahukany, ma swoje zdanie i nie boi się mówić głośno tego co mu w duszy gra. To chyba całkiem niezła zachęta do tego, żeby przeczytać z nim wywiad. Zwłaszcza, że w tej formule udziela ich bardzo rzadko.

ŁUKASZ WIŚNIOWSKI (Foot Truck): Jak to się stało, że chłopak z kraju, w którym się nie drybluje ma najlepsze statystyki dryblingu spośród wszystkich zawodników Championship?

KRYSTIAN BIELIK: Po pierwsze zaczynałem grać na pozycji napastnika. Moim wielkim idolem w dzieciństwie był Ronaldinho. Chciałem się na nim wzorować, podglądać i powtarzać to co robił z piłką. W Górniku Konin trenowałem z rocznikiem dwa lata starszym, a grałem z chłopakami starszymi o cztery lata. Mój trener Dawid Dębowski nigdy nie powiedział mi: „Krystian nie holuj piłki”, „Krystian graj szybciej”, „Krystian na dwa kontakty”. Starałem się oczywiście grać dla drużyny, ale uwielbiałem się kiwać i sprawiało mi to wielką radość. Myślę, że zawodnicy też mnie za to cenili. Widzieli, że jestem na innym poziomie i nawet jak straciłem piłkę, to nikt na mnie nie krzyczał. Od zawsze w tym aspekcie miałem wielką swobodę.

Po przejściu do Lecha moja pozycja na boisku się trochę zmieniała. Grałem na „ósemce”, później na „szóstce”. Pracowałem z trenerem Hubertem Wędzonką i trenerem z Portugalii nad doskonaleniem techniki dryblingu. Nawet kiedy schodzisz niżej, zostaje ci w głowie to, czego nauczyłeś się wcześniej. Drybling to niekoniecznie minięcie przeciwnika spektakularną sztuczką. Czasem wystarczy wypuścić sobie piłkę w dobrym momencie i zgubić rywala minimalnym balansem ciała. Niezależnie gdzie gram, czy to pierwsza reprezentacja, U21 czy pierwsza drużyna Derby, nie boję się tego robić, bo uważam za swój wielki atut. To pomaga otworzyć wiele drzwi w dalszej fazie akcji. Lubię to robić, umiem to robić i będę robić.

Czy po odejściu z Lecha ktoś ci chciał tę swobodę ograniczyć?

Jak byłem w Legii to mnie Jodełka (Tomasz Jodłowiec przyp. red.) czasem po kostkach pokopał. Ale zawsze bardzo serdecznie podkreślał, że robił to z dobrego serca, bo mi się przyda na przyszłość. Po jednym treningu dostałem ochrzan od Kuby Rzeźniczaka. Pod koniec gierki straciłem dwie piłki, które prawdopodobnie przesądziły o naszej porażce. Kuba miał prawo się tak zachować, ale później podszedł do mnie i przyznał, że nie powinien na mnie krzyczeć. Zachęcił mnie, żebym robił to co robię i pracował tak dalej. Pamiętam, że był taki trening, po którym podszedł do mnie Miro Radović i dał do zrozumienia, że jest pod dużym wrażeniem. Takie słowa od takiego piłkarza sprawia, że czujesz coś czego nie da się opisać.

A czy któryś z trenerów miał z tym problem? Słyszałem, że Czesławowi Michniewiczowi zagrałeś w trakcie meczu z Portugalią kilka razy na nerwach.

Do mnie to nie docierało na boisku, ale podobno dostawał przy ławce białej gorączki i krzyczał coś w tylu: „Bielik, kurwa, znowu mu się drybler włączył!”. W sumie mu się nie dziwię. Prowadzimy w drugim meczu 3:0, mamy awans na wyciągnięcie ręki, a ja – jako środkowy obrońca – sobie rulety robię. Z drugiej strony nigdy nie było tak, żeby trener Michniewicz do mnie przyszedł przed meczem i powiedział: „Nie waż się dryblować”. Zawsze powtarzał mi, żebym grał swoją piłkę.

A to przecież trener stricte defensywny, sam w przeszłości był bramkarzem. Pozostali twoi trenerzy byli albo pomocnikami, albo piłkarzami ofensywnymi. Pokusiłbyś się o małe podsumowanie każdego z nich?

Arsene Wenger to przemiły starszy pan z wielką wiedzą. Typowy menedżer, który obserwował wszystko z boku i wyciągał wnioski.

Z Harrym Redknappem pracowałem krótko. Przyszedł do Birmingham w jednym celu. Utrzymać drużynę w lidze. Po jednym z pierwszych treningów, na którym wychodziło mi niemal wszystko, podszedł do mnie i powiedział: „Słuchaj, ty powinieneś grać już w Arsenalu. Ale u mnie grać nie będziesz. Ja potrzebuję bardzo dużego, silnego chłopa z tyłu, który potrafi wybić piłkę jak najdalej głową i nogą”. I rzeczywiście za długo u niego nie pograłem. Typowy przedstawiciel starej szkoły. Miał swojego asystenta, prowadzącego wszystkie treningi, w trakcie których Harry Redknapp raczej się nie udzielał. W szatni to była typowa angielska jazda z przekleństwami. Jeśli zagraliśmy słabo pierwszą połowę, trener nie stronił od personalnych przytyków. Mówił co kto musi zrobić, żeby nie wylecieć z kadry na kilka meczów. Miał określony cel, osiągnął go i, z tego co wiem, dostał za to dobry bonus.

Osobowość Gianfranco Zoli robiła gigantyczne wrażenie. Jak wchodził z nami do gierek, było widać, że spokojne mógłby z nami jeszcze grać w lidze, gdyby mu zdrowie pozwoliło. Przemiły facet, który nigdy nie powiedział ani do mnie, ani o mnie złego słowa. Bardzo spokojny i opanowany.

Z Lee Bowyerem miałem okazję pracować cały rok i to jeden z najlepszych trenerów, jakich spotkałem na swojej drodze. Podobnie jak trener Redknapp potrafił mówić prosto z mostu. Jeżeli zagrałeś dobry mecz, to był pierwszy, żeby cię pochwalić. Jeśli zrobiłeś coś źle i nie słuchałeś jego wskazówek, zaczynał podnosić głos i się denerwował. Zresztą miałem okazję tego doświadczyć w wyjazdowym meczu z Rochdale. W pierwszej połowie trochę za długo przytrzymywałem piłkę i nie grałem na dwa kontakty. Trener notorycznie mi o tym przypominał. Po pierwszej połowie zdjął mnie z boiska i powiedział: „Krystian, siadasz na ławce, ponieważ mnie nie słuchasz”. Wtedy uświadomiłem sobie, że nikt, nawet w League One nie da mi miejsca w składzie za darmo. Super człowiek, przemiły gość, który wie, kiedy można pożartować. Kochał się śmiać z siebie.

Trener Phillip Cocu bardzo często podchodzi do zawodników na treningu i tłumaczy im co w meczu mogli zrobić lepiej, albo w których sytuacjach zachowali się dobrze. Nieraz po treningu zapraszał jeszcze do siebie na wspólne oglądanie klipów z meczów. Pokazywał mi, kiedy muszę zachować się inaczej. Wyjaśniał, że są sytuacje, w których zamiast odgrywać do boku na jeden kontakt muszę odwrócić się z piłką, przebiec następnych kilka metrów i rozkręcać akcję. Kiedy na to patrzysz, zastanawiasz się jak mogłeś tego nie widzieć? Uważam, że następny sezon będziemy mieć naprawdę udany, bo wszyscy zaczynają rozumieć jak chcemy grać. Chcemy ryzykować, grać od tyłu, być ofensywną drużyną, strzelającą wiele bramek. Bardzo otwarty człowiek, który cały czas podkreśla, że drzwi do jego gabinetu są zawsze otwarte.

Uważasz, że twoja kariera jest prowadzona modelowo? Jesteś na wysokim poziomie, ale skala twojego talentu przewyższa Championship.

Po bardzo dobrym sezonie w Charltonie nie miałem nie wiadomo jakich ofert. Była liga francuska, włoska, ale to wszystko było takie... nijakie. Największe zainteresowanie wykazały kluby z Championship. Kiedy Arsenal zarządał za mnie kwoty w wysokości ośmiu milionów funtów, większość klubów się wycofała, a te z Championship zostały. Mogłem odejść z Arsenalu, albo tam zostać. Nie mogliśmy się porozumieć. I wcale nie chodziło o wielkie pieniądze. Tam jest coś nie tak, a tutaj gdzie jestem jest mi bardzo dobrze. Oglądam zawodników w swoim wieku w topowych klubach i myślę sobie czasem, że też dałbym radę. Teraz najważniejsza jest walka o awans z Derby, a w przyszłości powalczę o to, żeby zagrać w czołowym klubie świata.

Bielik-300x207.jpg
Fot. Tim Goode/PA Images via Getty Images

Czy twoi koledzy z drużyny porównywali cię do innych piłkarzy ze światowego topu?

O pierwszym takim porównaniu przeczytałem w gazecie. Trener Gianfranco Zola powiedział, że stylem gry przypominam mu Rio Ferdinanda. Trener Czesław Michniewicz notorycznie nazywa mnie Beckenbauerem. Moim idolem zawsze był jednak Yaya Toure. W najlepszych latach był nie do zatrzymania. Pod koniec jego kariery mówiłem sam do siebie, żeby może lepiej już skończył. Pokazał w trakcie kariery tyle dobrego futbolu, że przykro było patrzeć jak z lekką nadwagą, rozleniwiony, człapał po boisku. Kiedy grałem w Legii, Dominik Ebebenge i Michał Żewłakow załatwili mi jego koszulkę z autografem na urodziny. Byłem w siódmym niebie. Później z Arsenalem graliśmy towarzysko przeciwko Manchesterowi City i miałem okazję stanąć na przeciw niego na boisku przez pięć minut. Byłem w tak ciężkim szoku, że nawet nie spróbowałem poprosić go o koszulkę. Dziś tego żałuję.

Wciąż patrzysz uważnie na piłkarzy grających na twojej pozycji? Analizujesz sobie ich zachowania?

Uwielbiam oglądać Sergio Busquetsa, ale nie powinienem go za często oglądać przed meczami. Jak napatrzysz się na takiego piłkarza, chcesz robić to samo co on, a nie jesteś na takim poziomie. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak można tak grać. To jest kosmos. Być może niektórzy kibice go nie doceniają, ale we wszystkich rankingach najlepszych defensywnych pomocników musi się dla niego znaleźć miejsce w top 3. W Arsenalu obok Santiego Cazorli jednym z najlepszych zawodników był z kolei, również niedoceniany, Francis Coquelin. Nie ma wielu piłkarzy, którzy potrafią dać tak dużo w defensywie i ofensywie. W kontekście zachowań w defensywie bardzo uważnie obserwuję Sergio Ramosa. W ofensywie spośród środkowych obrońców doceniam Davida Luiza. Kiedyś miałem bzika na punkcie oglądania N’Golo Kante, ale jesteśmy kompletnie innymi piłkarzami w aspekcie fizycznym.

Robert Lewandowski zwrócił mi kiedyś uwagę na to, że młodzi piłkarze są za bardzo skupieni na graniu na konsoli, co przeszkadza im np. w analizie treningu. Zamiast spokojnie pomyśleć o tym co było złe, co można poprawić, od razu odpalają konsolę.

Myślę, że poniekąd ma racje. Kiedy schodzę z treningu i czuję, że dałem z siebie wszystko i to był dobry trening, nie widzę nic złego w tym, że zaraz po nim nie mogę się doczekać, kiedy połączę się ze znajomymi i zagramy. Jeśli ktoś w trakcie treningu nie jest skoncentrowany dlatego, że myśli o tym, żeby zagrać, to coś jest jednak nie tak. Przyznaję szczerzę, że bardzo rzadko, ale zdarzały mi się takie dni. Nie potrafię być robotem. Nie potrafię na każdym treningu być maksymalnie skoncentrowanym. Kiedy wchodzę na boisko, staram się zostawić wszystkie swoje problemy gdzieś z boku, ale czasami to się nie udaje. Bywa, że masz jakieś większe zmartwienie, które towarzyszy ci przez całe zajęcia. Z meczami jest trochę inaczej. Staram się zbudować taką samą koncentrację, bez względu na to czy gram na Wembley decydujące mecze sezonu, czy występuję w drużynie U-23.

Bielik2.jpg
Fot. Foto Olimpik/NurPhoto via Getty Images

Zgodzisz się z tym, że twoje pokolenie jest uzależnione od grania na konsoli, czy to wynika z innego stylu życia waszej generacji?

To jest trudne pytanie, bo nie wszyscy piłkarze z naszego pokolenia grają. Między mną a Robertem Lewandowskim jest 10 lat różnicy. 10 lat temu Counter-Strike, w którego najczęściej gram dopiero wychodził. To wszystko nie było aż tak rozwinięte. Gdyby ten świat wyglądał w młodości Roberta tak jak w czasach, kiedy ja zaczynałem, to być może też by w tym tak głęboko siedział. Roberta można zobaczyć na Tik-Toku, a ja sobie siebie tam nie wyobrażam. Jest mnie mało na Instagramie, nie ma mnie w innych mediach społecznościowych. Przecież na to też trzeba poświęcić czas. Wolę go spędzić z moimi kumplami i troszkę pograć.

Na koniec nie mogę nie zapytać o Wayne’a Rooneya. Jaki to gość?

Siedzimy na przeciwko siebie w szatni. Przygotowywano nas do tego, że będziemy grać razem w pierwszym składzie. Wayne często do mnie podchodził, dużo mi podpowiadał. Również starałem się często do niego mówić, żebyśmy się lepiej rozumieli i poznali. Kiedy wydawało się, że Wayne dochodzi do pełni formy i będzie mógł wreszcie z nami zagrać, ja zerwałem więzadła. W szatni jest bardzo cichą osobą, która się nie wychyla. Na boisku widać jak ma ułożoną stopę. Robi to co chce. Dłuższe, krótsze podania – wszystko dochodzi do celu.

Doskwierają ci te kontuzje? Myślisz co zrobić, żeby było ich mniej?

Patrzę w lustro i widzę tam gościa, który zrobił wszystko, żeby im zapobiegać. Jestem człowiekiem, który od czasu do czasu, po dobrym meczu lubi razem z kolegami wyjść na miasto. Nie będę zamykał się w domu, kiedy wiem, że następny mam dopiero za tydzień. Jak jest opcja pójść na kolację, to jestem pierwszy. Uwielbiam spędzać czas z kolegami z drużyny. Zwłaszcza po dobrych meczach to jest idealny moment, żeby się lepiej poznać. Staram się prowadzić jak najlepiej. Ćwiczyć, wzmacniać się. Znam i rozumiem swój organizm.

Spójrz choćby na okoliczności tej ostatniej kontuzji. Dostałem czerwoną kartkę w meczu z Charltonem, w którym zagrałem przez 15 minut. Pauzuję przez następne trzy. Przez kolejne dni ciężko pracuje na treningach, żeby być cały czas w optymalnej formie. Przychodzi mecz z U-23, w którym zagrałem, żeby być w rytmie meczowym. Przygotowywałem się do niego w ten sam sposób co zawsze. Zagrałem, zauważyłem przeciwnika z piłką, którego chciałem powstrzymać i widzę, że jestem w stanie złapać go na wykroku. Ale jednak on dotknął piłki, zmienił kierunek biegu, a moja noga lekko się podwinęła i uciekła. Katastrofa gotowa. Ogromny pech. Zawsze uważałem, że moje nogi są bardzo mocne.

Zastanawiałem się jak to jest w ogóle możliwe zerwać więzadła? Ciężko mi o tym mówić. Dla piłkarza to chyba najgorsza kontuzja. Czasem nie mogę zasnąć, bo mam w głowie myśli jak będzie po tej kontuzji? Czy to będzie ten sam Krystian? Dostałem jednak mnóstwo wiadomości od innych piłkarzy, którzy zapewniają mnie, że wrócę ze zdwojoną siłą. Rehabilitacja przebiega bardzo dobrze, mentalnie też czuję się coraz lepiej, bo pracuję nad powrotem w okresie, kiedy świat piłki stanął w miejscu. Nie muszę przychodzić do klubu, nie widzę kolegów, którzy cieszą się meczami i treningami. Przełożone Euro 2020 też daje mi pewną nadzieję na to, że będę wtedy w optymalnej formie.

Podziel się lub zapisz