Nieudacznik, lawirant, mistrz Europy. Polsko-włoski dysonans Ferdinando De Giorgiego

Zobacz również:Spokój pomieszany z aferami i pół kadry z plusligowym doświadczeniem. O rywalach polskich siatkarzy na igrzyskach słów kilka
Ferdinando De Giorgi
Fot. Kacper Kirklewski/400mm.pl

Pod względem sportowym Włosi nie zwalniają tempa. Rok 2021 to między innymi wspaniałe występy sprinterów na igrzyskach, mistrzostwo Europy piłkarzy i siatkarek. Sukces koleżanek powtórzyli zawodnicy Ferdinando De Giorgiego. „Fefe” w kilkadziesiąt dni od objęcia funkcji doprowadził zespół do pierwszego od 16 lat triumfu na Starym Kontynencie. Niezależnie od osiągnieć w ojczyźnie, w Polsce ocena jego postaci nadal sprowadza jednak kontrowersje.

Nie będzie nadużyciem określenie składu Włoch mianem eksperymentalnego. Próba obycia młodych siatkarzy z wielkim volleyem zakończyła się nadzwyczajnym powodzeniem. De Giorgiego nosi się dziś na rękach, bo po latach stagnacji znów ktoś wprowadził kolosa na szczyt. Choć Italię znamy jako kraj z masą siatkarskich osiągnieć, to w ostatnich latach sukcesy nie przybierały złotej barwy.

Przy okazji świetnych występów Włochów nie brakowało nawiązań do wcześniejszych osiągnieć opiekuna „Azzurich”. De Giorgi to przecież członek legendarnej kadry z lat 90. Później odnosił wiele sukcesów jako trener Maceraty czy ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Rysą na karierze 59-latka są epizody w kadrze Polski i w Jastrzębskim Węglu. W pierwszym przypadku Biało-Czerwoni skompromitowali się na domowym EuroVolleyu. W drugim „Fefe” postanowił… uciec.

NIEUDACZNIK

De Giorgi zdobył z ZAKSĄ dwa mistrzostwa Polski i krajowy puchar. Podczas kadencji Włocha zespół wygrał 85 procent spotkań. Szczególnie pierwszy triumf w lidze wspominany jest z wielką nostalgią. W finale rozgrywek sezonu 2015/16 klub z województwa opolskiego pokonał bez straty seta Resovię Rzeszów – wówczas aktualnego mistrza. Ponadto, było to pierwsze zwycięstwo w polskiej ekstraklasie dla „Koziołków” od 2003 roku i czasów słynnego Mostostalu.

Do kadry przychodził jako aktualny trener, który miał dokończyć sezon z klubem, by później na sto procent poświęcić się reprezentacji. Tak też się stało. „Fefe” dobrze zadebiutował, ale znając przyszłość można powiedzieć, że Liga Światowa 2017 była zwiastunem końca nieskazitelnego obrazu włoskiego szkoleniowca. Tam Polacy zajęli ósme miejsce w fazie grupowej i nie mieli co liczyć na medal. Później przyszedł Memoriał Wagnera (porażka z Francją) a w międzyczasie ciężkie, a nawet katorżnicze (według różnych opinii) treningi w Spale.

Niekorzystny efekt finalny przyszedł na mistrzostwach Europy. Kilkadziesiąt tysięcy rodzimych sympatyków oglądało na Stadionie Narodowym szybką porażkę do zera z Serbią. Później po dwóch pewnych zwycięstwach z Finlandią i Estonią i tak potrzebne były baraże o ćwierćfinał. Tam trafiliśmy na ekipę, która i wcześniej i później odbierała polskim siatkarzom marzenia o triumfie – Słowenię. Ekipa Slobodana Kovaca również potrzebowała tylko trzech partii, aby w Krakowie zamknąć przed Polakami furtkę.

Na De Giorgiego posypały się gromy. Widok mistrzów świata odpadających tuż po fazie grupowej stanowił sensację w świecie siatkówki. Kibice nie szczędzili słów krytyki pod adresem trenera. Porażkę z takim składem uważano za karygodną. Pojawiały się zarzuty o nadmierną zachowawczość. Sam Włoch bronił się mówiąc, że „mamy zawodników, jakich mamy”. Za powód porażki uważał zmianę pokoleniową i powstałą przez nią lukę. Dopiero po turnieju włodarze PZPS dowiedzieli się, że na pozycji rozgrywającego widział Łukasza Żygadłę. Dziewięć miesięcy po zatrudnieniu skończyła się misja Włocha w reprezentacji Polski.

– Generalnie nie widział swojej winy w tym, co robił. Żadnych wniosków. Chyba my mu więcej w pewnych rzeczach powiedzieliśmy, co się działo w kadrze. Ze strony zawodników nie było: „zostawcie go, bo to naprawdę dobry trener” – mówił prezes związku Jacek Kasprzyk na konferencji prasowej po zwolnieniu De Giorgiego.

LAWIRANT

Miesiące po zwolnieniu minęły mu na odpoczynku w rodzinnym Squinzano. – Potrzebowałem przerwy, czasu z rodziną i przyjaciółmi. Później zacząłem się nudzić. Chodziłem na różne mecze, ale czułem się po nich dziwnie, bo nie moją rolą było rozpisanie zawodników, rozmowa z nimi, wymyślanie planu taktycznego. Byłem tylko biernym obserwatorem. Czułem, jakbym został z niczym – mówił w 2018 roku portalowi sport.pl.

Wybawienie przyszło w postaci oferty z Jastrzębskiego Węgla. Włodarze mistrza Polski z 2004 i 2021 roku nieco sensacyjnie zwolnił Marka Lebedewa, tłumacząc to nie rozczarowującymi wynikami, a „słabą postawą sportową”. „Fefe” nie zrobił momentalnie tak dobrego wyniku, jak wyszło mu w Kędzierzynie. Zdecydowanie lepiej, z realną perspektywą medalu, miało być w następnej kampanii.

Spokojna atmosfera trwała do grudnia. Wtedy ni stąd, ni zowąd, mimo ważnego kontraktu De Giorgi postanowił odejść. Do szkoleniowca zadzwonili włodarze Lube – klubu, z którym przed laty odnosił sukcesy. – Taką ofertę otrzymuje się wyjątkowo rzadko. Podjąłem tę decyzję też po to, by być wreszcie bliżej mojej córki i syna. Niektóre komentarze dotyczące mojej osoby były przesadzone i bolesne – opowiadał później trener.

Jastrzębski uznał, że z niewolnika nie ma pracownika. Nie widział miejsca w swojej organizacji dla człowieka, który dał jasny sygnał: nie chcę być tu dłużej trenerem. W ekipie ze Śląska szybko zapuszczono sieci na Roberto Santillego z AZS-u Olsztyn, który kilka dni później przejął stery po swoim rodaku. W międzyczasie do rozegrania było starcie z ONICO Warszawa. Teoretycznie istniała jeszcze możliwość, aby w tym spotkaniu z ławki pokierował De Giorgi. Według doniesień z klubu sprzeciw wobec obecności szkoleniowca wyrazili sami zawodnicy, którzy po bezpardonowej decyzji nie chcieli mieć z nim więcej do czynienia. Ostatecznie, zespołem jednorazowo pokierował Nicola Giolito – dotychczasowy asystent doświadczonego opiekuna.

INŻYNIER NOWEGO MISTRZA EUROPY

„Fefe” dopiął swego. Znów mógł spełniać się zawodowo w Lube. – Tkwi mi w głowie jako jeden z najlepszych trenerów, jakich miałem – mówił nam w ubiegłym roku Ivan Miljković. Słynny serbski atakujący współpracował z Włochem w czasie jego pierwszego pobytu w latach 2005-2007. Powrót do znajomej organizacji wyszedł De Giorgiemu bardzo dobrze. Jeszcze w tym samym sezonie cieszył się z pierwszego w karierze trenerskiej triumfu w Lidze Mistrzów oraz z kolejnego mistrzostwa Serie A.

Później było już mniej lub bardziej nieciekawie. Co prawda Civitanova dopisała jeszcze w kolejnych dwóch sezonach Puchary Włoch, ale po zdobyciu ostatniego forma Lube spadła. W tabeli prowadził największy rywal Perugia, kierowana wówczas przez Vitala Heynena. Gwoździem do trumny była porażka w Lidze Mistrzów z ZAKSĄ. W pierwszym ćwierćfinałowym polska ekipa nie dała szans rywalom na ich terenie, wygrywając 3:1. Cierpliwość dla „Fefe” się skończyła. Na jego miejsce zakontraktowano Gianlorenzo Blenginiego, pełniącego wtedy również funkcję selekcjonera Italii.

Parę miesięcy później okazało się, że panowie zamieniają się miejscami. Blengini pracuje w Lube do dziś. Do końca igrzysk był również trenerem Włochów. Dopiero po turnieju czterolecia, który Azzurri podobnie jak Polska zakończyli w ćwierćfinale, na jego miejsce oficjalnie przyszedł De Giorgi. Nowy opiekun miał jednak sporo czasu na zapoznanie się z zawodnikami, którzy stanowili o sukcesie sprzed kilku dni, bo tylko połowa olimpijskiego składu wzięła udział w EuroVolleyu. Do szóstki z Japonii, „Fefe” dorzucił ósemkę (na mistrzostwach Europy może występować 14 graczy), jak się później okazało, młodych gniewnych. Średnia wieku całej ekipy wyniosła zaledwie 22 lata, startowego składu – 24. Najstarszy Simone Anzani podchodził do turnieju mając 29 wiosen na karku. Najmłodszy, Alessandro Michieletto – 19.

Ten ostatni, choć grał już w Tokio, to w Polsce włączył reprezentacyjny piąty bieg. Po przyjmującym Trentino zupełnie nie widać było tremy. Nie grał jak młokos, ale jak sportowiec obyty z wielkimi imprezami. Turniej skończył jako drugi pod względem zaserwowanych asów (18). Paradoksalnie, spośród najlepszych czterech ekip turnieju, Włosi jako cały zespół zdobyli w ten sposób najmniej punktów, aczkolwiek zepsuli najmniej serwisów (107). Ostatnia statystyka może dziwić, gdyż w trakcie imprezy laury za dobre i pewne serwy zbierali najczęściej Słoweńcy. Italia nie miała sobie równych także w skuteczności ataku oraz w średniej bloków na set. Wynik 3,41 jest o ponad 0,4 lepszy względem drugich Polaków.

Ale nie byłoby tego wszystkiego bez pomocnej dłoni podanej młodych przez „Fefe”. Yuri Romano, ogłoszony mianem włoskiego „jokera”, ostatni sezon spędził w… drugiej lidze włoskiej. Nie mówimy tu o kadrze, której wyszedł jeden turniej, tylko o Italii – kraju słynnej „generazione di fenomeni”, która przez lata kolekcjonowała wszystkie medale największych imprez. Czy ktoś wyobraża sobie dziś zawodnika z polskiej I ligi w seniorskiej, pierwszej kadrze? Raczej nie.

– Poza zwycięstwem, wszystko jest częścią drogi do zbudowania czegoś wielkiego. Jesteśmy dopiero na początku, dzieci muszą się rozwijać – mówił po powrocie do kraju o swoich zawodnikach 59-latek włoskiemu Sky Sport.

HANDICAP

Od szkoleniowca nie oczekiwano wyniku „na już”. EuroVolley miał być poligonem doświadczalnym dla młodych. Michieletto po finale wspominał, że dopiero w ostatnich dwóch starciach czuć było lekki bagaż oczekiwań. Wcześniej liczyło się pokazanie z jak najlepszej strony.

Triumf z jednej strony sprawia, że na De Giorgiego patrzyć się będzie z wysokimi oczekiwaniami. Skoro udało mu się z tak młodym składem, zaledwie kilkadziesiąt dni po objęciu stanowiska, to dlaczego ma nie zdobyć mistrzostwa świata za rok? To tylko jeden z przypuszczalnych toków myślenia. Kij ma jednak dwa końce. Po finale w Katowicach ma już ograną młodzież. Turniej stanowił przyśpieszoną lekcję siatkarskiej dorosłości.

Złoto znów czyni „Fefe” wielkim szkoleniowcem. Dla niektórych jest nim od kilkunastu lat. Dla innych, szczególnie polskich sympatyków siatkówki, lata 2017-2018 sprawiły, że De Giorgi jeszcze długo będzie postrzegany w kategoriach nieudacznika, który koncertowo zawalił wielką imprezę oraz jako hipokryta, który oczekiwał od zawodników maksimum zaangażowania, a przy dobrej ofercie z ojczyzny szybkim pędem zwiał z naszego kraju. Dzisiejszy sukces sprawia, że Włoch nie musi wracać do przeszłości. Dzięki udanemu eksperymentowi z młodzieżą, zarówno przyszłość jego, jak i „Azurrich” przybiera optymistyczne barwy.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.