Everton znów aktywuje opcję „reset”. Carlo Ancelotti zostawia drużynę bez koncepcji i kierunku

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Everton v Newcastle United - Premier League
Fot. Paul Greenwood/CameraSport via Getty Images

Kiedy włoski menedżer przychodził do Evertonu, ogłaszany był z fanfarami i miał pokazywać, jak wysoko sięgają ambicje klubu, tymczasem pracował w nim tylko przez półtora roku. Jeszcze we wtorek rano nic tego nie zapowiadało, a wieczorem Real Madryt oficjalnie podał, że ponownie zatrudnił Carlo Ancelottiego. I tylko na Goodison Park zostali na lodzie.

Od kilku dni karuzela na giełdzie trenerskiej kręci się z niezwykłą szybkością, a na niej cały czas przybywa nazwisk. Na Goodison Park nie spodziewali się jednak, że za chwilę sami na niej wylądują. – Choć byłem zadowolony z pracy w Evertonie, to otrzymałem nieoczekiwaną propozycję i uważam, że to w tym momencie właściwy ruch. Wracam do Realu Madryt – napisał Carlo Ancelotti w oficjalnym oświadczeniu i z dnia na dzień, albo nawet z godziny na godzinę, zniknął z klubu. Poprzedni sezon znów był wprawdzie poniżej oczekiwań władz klubu, jednak nic nie wskazywało na zmianę menedżera. Dużo więcej mówiło się po jego zakończeniu o konieczności doinwestowania składu. Teraz jednak zajmie się tym ktoś inny.

POTWIERDZENIE AMBICJI

Ancelotti w Evertonie spędził zaledwie półtora roku i tak naprawdę trudno w jakikolwiek sposób go ocenić. Przychodził po nieudanym eksperymencie z Marco Silvą – Portugalczyk miał być obiecującym menedżerem, który rozwijał się będzie wraz z drużyną, tymczasem zawiódł. Podobnie zresztą jak jego poprzednicy. Od odejścia Davida Moyesa w 2013 roku zespół prowadzili Roberto Martinez, Ronald Koeman, Sam Allardyce i Silva, a ponadto dwukrotnie tymczasowo stery przejmował David Unsworth i raz Duncan Ferguson.

Sprowadzenie Ancelottiego miało dać stabilizację. Wydawało się, że to całkiem rozsądny związek – Włoch po niepowodzeniach na finiszu pracy w Bayernie oraz w Napoli wylądował w klubie, który leży półkę niżej, ale jednocześnie takim, w którym magia jego nazwiska wciąż działa bardzo mocno. Tak wielkiej postaci na ławce trenerskiej Everton nie miał przecież od czasów Howarda Kendalla. Sam klub tymczasem zyskiwał kogoś o gigantycznym doświadczeniu, który uwiarygodni wszystkie słowa o dużych ambicjach i walce o pierwszą szóstkę.

Miało być pięknie, jednak wyszło bardzo przeciętnie i wszystko trwało bardzo krótko. Gdy tylko pojawiła się oferta z Realu, Carletto pożegnał się z Evertonem i obie strony wydały tylko krótkie oświadczenia. Z tej współpracy zostanie mało pozytywnych wrażeń. Twarde fakty są takie, że z Ancelottim Everton zaliczył dwa najgorsze ligowe finisze w ostatnich pięciu latach. Za pierwszy nie do końca odpowiada, bo Silva zostawił drużynę w strefie spadkowej, a Ferguson wyciągnął ją na 16. miejsce, dlatego 12. pozycja na koniec oznaczała poprawę. Pojawił się optymizm, że drużyna może pójść we właściwą stronę, a gdy latem przyszli Allan czy James Rodriguez, to nie brakowało głosów, że tylko obecność menedżera z tak wyrobioną marką jak Ancelotti umożliwiła takie ruchy.

UTRATA KONTROLI

Ocenę zaniża zakończony właśnie sezon. Jeszcze na początku wydawało się, że wszystko zaczyna mieć tu ręce i nogi. Everton wystartował w lidze najlepiej od ponad 60 lat, Ancelotti zgarnął pierwszą nagrodę dla menedżera miesiąca i przez trzy tygodnie zespół był pierwszy w Premier League. Jeszcze do Boxing Day trzymał się wysoko, bo po wygranej tego dnia nad Sheffield United awansował na drugie miejsce, mając trzy punkty straty do prowadzącego Liverpoolu.

Druga połowa sezonu to była jednak w wykonaniu The Toffees katastrofa. W tabeli za sam rok 2021 byliby na 10. miejscu i dokładnie na tym zakończyli cały sezon. W tym czasie przegrali chociażby domowe spotkania z Newcastle (0:2), Fulham (0:2), Burnley (1:2) czy Sheffield United (0:1). Z ostatnich trzynastu spotkań Everton wygrał tylko trzy, a sezon podsumował porażką 0:5 z Manchesterem City. Całe pozytywne wrażenie z początku sezonu uleciało.

Carlo Ancelotti: Everton FC v Southampton FC - Premier League
Fot. Michael Regan/Getty Images

Wymowne były obrazki z ostatniego spotkania, kiedy Richarlison wykrzykiwał coś do obrońców, gdy schodził z boiska podczas zmiany. Ancelotti starał się go wtedy objąć i uspokoić, ale Brazylijczyk kipiał od złości. W każdy inny dzień pewnie nie byłoby wielkiego szumu – to naturalne, że w drużynie są tarcia, kiedy mecz się tak bardzo nie układa. Jeśli jednak mowa o ostatniej kolejce i fatalnym zwieńczeniu sezonu, który wymknął się spod kontroli, to widać tu pewną symbolikę. Szczególnie, że dziennikarze informowali później, że kłótnie trwały jeszcze w szatni.

Zła atmosfera w drużynie i niewłaściwe nastawienie wielu zawodników stały się w pewnym momencie powtarzającym się motywem. Ancelotti po wspomnianych porażkach z Newcastle, Fulham czy Sheffield United krytykował swoich piłkarzy za postawę na boisku i zarzucał im brak zaangażowania. Kapitan drużyny Seamus Coleman i bramkarz Jordan Pickford mówili to samo. Płynął przekaz, że niektórzy przychodzą do tego klubu, żeby było im wygodnie. Dużo o postawie piłkarzy mówi to, że zdobyli tylko siedem punktów z pozycji drużyny przegrywającej.

ZLEPEK BEZ KONCEPCJI

Włoch zawsze uchodził za kogoś, kto dobrze żyje z szatnią, tymczasem tutaj nie było widać chemii. Wielu wprawdzie powtarzało, że to fachowiec najwyższej klasy, który daje im większą szansę na awans do Ligi Mistrzów, jednak po niemal każdej porażce wracał temat tego, że Everton to zlepek jednostek, a nie kolektyw i ciągle powtarzano słowa o słabym zaangażowaniu.

Ancelottiemu można też zarzucić, że przez półtora roku nie wypracował jasnego stylu. Jego zespoły zawsze dobrze się oglądało, grały ofensywną piłkę, a Everton był zawieszony gdzieś w próżni. Nie przeprowadził odpowiedniej przebudowy kadry, wciąż w zespole są zawodnicy, których już nie powinno tu być i nie prosperują, za to do nich doszli tacy, dla których Everton to miękkie lądowanie i okazja do niezłego zarobku. Włoch miał oddzielić ziarna od plew, a tego nie zrobił.

Ancelotti sam twierdził, że The Toffees nie mają odpowiednich piłkarzy do tego, by grać futbol oparty na posiadaniu piłki i krótkich podaniach. Do kontry też niekoniecznie, szczególnie, że do tego trzeba mieć mocną obronę i dobrze zorganizowaną drużynę. Pod względem liczby straconych goli Everton był jednak w środku stawki. Z ofensywą nie było lepiej. The Toffees osiągnęli zaledwie 12. wynik w Premier League pod względem expected goals i ponad 40% sytuacji kończył Dominic Calvert-Lewin, czyli jeden z niewielu wygranych kadencji Ancelottiego.

Everton v Sheffield United - Premier League
Fot. Alex Pantling/Getty Images

Koniec końców ten zespół miał twarz Jamesa – ładnie się zapowiadał, ale skończyło się średnio. Kolumbijczyk dobrze wszedł do Premier League i jesienią wydawało się, że może wnieść Everton na wyższy poziom, później jednak przygasł, a na koniec w ogóle nie grał przez nagły i nie do końca zidentyfikowany uraz. Dzień przed tym, jak jego koledzy grali w ostatniej kolejce z Manchesterem City, James dostał już od Ancelottiego wolną rękę i poleciał do domu. Sezon skończył z sześcioma golami i czterema asystami, ale większość dorobku nabił do połowy października. W sumie rozegrał zaledwie połowę możliwych minut w Premier League i skończyło się tylko na obiecującej zapowiedzi.

CO DALEJ?

Everton po odejściu Ancelottiego znów musi wcisnąć przycisk „reset”. Włoch okazał się menedżerem, który nie pasował do przebudowy drużyny i poza kilkoma momentami – jak np. wygraną na Anfield po raz pierwszy od 1999 roku – jego kadencja nie będzie wspominana z wielkim sentymentem. Na koniec zostawił klub na lodzie, a moment jest naprawdę niefortunny. Lato będzie w tym roku intensywne – zaraz rusza Euro, a później są tylko cztery tygodnie nim zacznie się nowy sezon Premier League. Trudno tu nagle planować wszystko od nowa.

Media od razu wyrzuciły listę trenerów, jakich Everton rozpatruje, jednak z niej wyraźnie widać, że odejście Ancelottiego wszystkich zaskoczyło. Są tam Steven Gerrard, choć jego przyjście trudno sobie wyobrazić, Nuno Espirito Santo, Rafa Benitez, Paulo Fonseca i pojawiają się nazwiska, które już w klubie pracowały – Roberto Martineza i Davida Moyesa, który miał właśnie przedłużać kontrakt z West Hamem.

Moyes to byłby zwrot ku lepszej przeszłości, ale dziś Szkot nie ma podstaw, by wierzyć, że w Evertonie będzie mu lepiej niż. Nie dziwi jednak to, że The Toffees wzdychają do tamtych czasów. W siedmiu ostatnich sezonach Moyesa zawsze byli w górnej ósemce. Od tego czasu mają tyle samo finiszów od miejsca 10. w dół, co powyżej tej pozycji – po cztery.

CZAS, BY INWESTYCJE SIĘ SPŁACIŁY

Jak na duże inwestycje – w ostatnich pięciu latach Everton wydał na transfery prawie o 300 mln funtów więcej niż na nich zarobił – to wyniki bardzo słabe. W Anglii w tym okresie większą kwotę netto przeznaczyły tylko Manchester City oraz Manchester United. Na świecie w tym gronie są jeszcze PSG, Barcelona oraz Inter. Finansowo na Goodison Park chcą grać w lidze z największymi, ale sportowo im do tego daleko.

Wydaje się, że ten klub potrzebuje menedżera, który albo ma coś do udowodnienia, albo na dorobku. Kogoś, kto rozpaliłby w nim ogień. To nie jest miejsce dla sytych kotów, sprowadzenie dużego nazwiska nie odmieniło losów Evertonu. Jeszcze w zeszłym tygodniu Ancelotti wraz z dyrektorem sportowym Marcelem Brandsem omawiał plany transferowe, a już go nie ma. Wiadomo, że Realowi trudno odmówić, ale gdyby Włoch czuł, że wszystko jest poukładane z sensem, to nie wracałby do Madrytu, a jedna przygoda z Królewskimi pewnie by wystarczyła.

Czas na pomyłki się skończył i nie wystarczy już opierać nadziei na dużym nazwisku na ławce i drogich w utrzymaniu piłkarzach. Farhad Moshiri nie szczędzi pieniędzy, ale nie przekłada się to na poprawę pozycji. Zatrudnienie Ancelottiego w grudniu 2019 roku miało być pokazem ambicji The Toffees i utytułowany trener miał spokojnie przebudowywać drużynę, jednak zostawił robotę w połowie. Everton znalazł się więc w dużym rozkroku i potrzebny jest mu menedżer z jasną koncepcją. Tylko czy ten klub w ogóle ma na siebie pomysł?

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.