Europa, czyli gdzie różnicę robią dryblerzy. Legia wreszcie wozi, a nie jest wożona

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Pilka nozna. Liga Mistrzow. Legia Warszawa - FK Bodo/Glimt. 14.07.2021
FOT. MARCIN SZYMCZYK/ 400mm.pl

Legia w europejskich pucharach wyeliminowała jak dotąd najlepszy zespół w erze Dariusza Mioduskiego. Nic dziwnego, że po meczu z Bodo/Glimt (2:0) Czesław Michniewicz przypomniał, że akurat on ma doświadczenie w takich grach. I od razu zaznaczył: tu nie będzie miejsca na fajerwerki, najważniejszy jest spokój, plan taktyczny pod konkretnego rywala i wystrzeganie się głupich, emocjonalnych błędów. A jednak 5:2 w dwumeczu wygląda atrakcyjnie. Poprzednie lata przyzwyczaiły, że indywidualności zwykle grały i zaskakiwały po stronie przeciwników, lecz tym razem największą różnicę w dwumeczu zrobił Luquinhas, chłopak mający za sobą konkretną transformację.

Jak istotny i układający grę jest pierwszy gol, pokazał rewanż przy Łazienkowskiej (2:0). Legia nie planowała zejść tak głęboko do defensywy w pierwszej połowie. Chciała Norwegów zaskoczyć na samym początku, wykorzystując atut wygłodniałej publiki wracającej na stadion. Sam ryk przy wejściu na rozgrzewkę robił wrażenie, a zatłoczone trybuny przypomniały, jak bardzo Ł3 tęskniło za takimi spotkaniami. Piłkarze Bodo/Glimt nawet ćwiczyli przy sztucznych dźwiękach trybun, aby oswoić się z tym zapomnianym klimatem.

Mistrzowie Polski planowali zaatakować, jednak początkowo musieli się dostosować do obrazu gry i pobiegać za piłką. Wyglądało to jednak na przesuwanie kontrolowane. Futbolówki nie odbierali, bo Norwegowie grali głównie wszerz i daleko od bramki, nie zdobywając metrów i nie oferując konkretów pod bramką. Upatrzyli sobie słabe punkty np. w Mateuszu Wietesce i próbowali wyciągać go ze strefy oraz grać na ścianę z Erikiem Botheimem. To nie poskutkowało, bo miał asekurację, a obok było gęsto. Próbowali też szybkich przerzutów Patricka Berga, lecz nim zajął się przeszkadzający Mahir Emreli. Goście dośrodkowań szukali raczej po lewej stronie legionistów, bo obok zbudowanego Euro i pewnego siebie Juranovicia nie mogli się przebić. Dwa razy takie wrzutki między obrońców a bramkarza przeszły – i wtedy Norwegowie mogli narobić bałaganu. To jedyne takie momenty, kiedy pojawiły się nerwy.

O tym opowiadał Czesław Michniewicz: czasem takie babole psują całe przygody w europejskich pucharach, bo niszczą plan i wytrącają z równowagi, dając rywalowi wiatr w żagle. Nie trzeba grać cudownej piłki, aby dostać prezent. Dlatego najważniejszym założeniem było utrzymywanie kontroli nad spotkaniem i unikanie niepotrzebnych nerwów. Cierpliwość oraz szukanie dopiero konkretnych sytuacji. Nie udało się od razu, ale ani przez chwilę ten awans nie był zagrożony, co przy takim przeciwniku jest sporą laurką. To już nie to samo Bodo/Glimt sprawiające problemy Milanowi, najlepsi atakujący odeszli, a czołowi skrzydłowi niedostępni, ale nadal to ciekawa marka. Przynajmniej takiej jeszcze Legia w erze Dariusza Mioduskiego nie pożegnała w pucharach, bo na tej liście dotąd miała Atromitos, Cork City czy Linfield.

Zawsze kiedy Legia żegnała się z pucharami, miała jakiegoś prześladowcę. Czasem był to Patrick Andrade, innym razem Alfredo Morelos, Dominik Stolz albo jednocześnie Junior Kabananga i Patrick Twumasi. Dynamiczni, przebojowi gracze zostawali w zbiorowej pamięci, a tym razem straszącym stał się Luquinhas. Za ten dwumecz należy go wyróżnić. To Brazylijczyk otworzył wynik spotkania w Norwegii i był motorem napędowym na sztucznej murawie, to on – zachowując wszelkie proporcje – zainspirował się Messim przy Ł3, gdy błyskawicznie zmienił kierunek biegu i wkręcił rywala w ziemię przy trafieniu na 1:0. Dwukrotnie otworzył rezultat gry, ale nie byłoby tego bez tej przebojowości: nisko osadzonego środka ciężkości, brylantowej techniki, umiejętności, a ponad wszystko gry jeden na jeden. Nie tylko Legia analizuje: rywal spodziewał się klasycznego zejścia do prawej nogi i został w blokach startowych.

Przy trafieniu na 2:0 głównie rozmawia się o wracającym i strzelającym w pucharach Pekharcie, o dobrze wprowadzającym się i uczącym gry na wahadle Mattiasie Johanssonie, ale to znów była akcja Luquinhasa. 24-latek wypuścił Szweda na wolne pole, jednak wcześniej wymienił z nim piłkę i zatrzymał się. Oglądamy rozkwit chłopaka z Ceilandii, bo wyróżniał się także zaangażowaniem w defensywę i znacząco poprawił skuteczność. Służy mu nie tylko ojcostwo, a po prostu czas spędzony w Legii. Początkowo zostawał po treningach, aby ćwiczyć podstawowe strzały. Nauka u niego procentuje. Dziś mistrzowie Polski mają perełkę, gracza zmieniającego grę, szukającego nietypowych zagrań w poukładanym świecie. I na takich w lidze trzeba chuchać i dmuchać, chronić ich zdrowie, aby nie wybić dryblerów z nowoczesnej piłki. Tacy gracze jak Luquinhas, chociaż cisi i ułożeni, dodają kolorytu polskiej piłce. W zeszłym sezonie to na jego nogi najczęściej trwało polowanie w ekstraklasie.

Na tym etapie, gdy drużyny na zbliżonym poziomie kalkulują i myślą głównie o grze na zero z tyłu, potrzeba wychodzenia poza schemat. Często decydują albo indywidualne pomyłki, albo właśnie wiatraki pokroju Luquinhasa. Jego pierwsza bramka padła po pięknej sekwencji: rozegraniu od tyłu, zapraszania rywala na własną połowę już od Artura Boruca, przyspieszenie Mladenovicia i zamianie kierunku biegu Emreliego oraz Luquinhasa. Nie było tam przypadku, bo próbowali tego dwukrotnie w odwrotnej konfiguracji. Idealny był moment zgrania, co pokazuje, że z Mahira stołeczny klub też powinien mieć sporo pożytku. Jest napastnikiem wybieganym, pomysłowym, biorącym grę na siebie. Rzucił Pekhartowi poważne wyzwanie, chociaż wiele wskazuje, że wylądują w niektórych spotkaniach w duecie w systemie 3-5-2.

Czesław Michniewicz, znający realia takich rywalizacji z młodzieżówki do lat 21, pamięta, że najważniejszy jest porządek. Dlatego tak często przypominał piłkarzom o cierpliwości oraz spokoju, kiedy wkradała się dekoncentracja. Legia może być jednak zadowolona, bo pierwszy krok w pucharach postawiła totalnie na swoich zasadach – od początku do końca, bez chwili zwątpienia. I tak będzie dalej: nawet z teoretycznie słabszą estońską Florą Tallin. Najważniejsze to się nie odkrywać, nie dać zwariować, trzymać rękę na pulsie. Tym bardziej w realiach, gdy zasada goli na wyjeździe już nie obowiązuje, za to na pewno legioniści zyskują meczami u siebie. Przynajmniej przy takiej publice jak z Bodo/Glimt.

Legia dobrze czuje swoje momenty w grze: jako że Norwegowie w lidze zupełnie nie są zmuszeni do obrony i podchodzą wysoko, Polacy punktowali ich po przejęciu piłki. Mając zdecydowaną przewagę szybkościową, legioniści korzystali z wolnych korytarzy. Brylowało trio Kapustka-Luquinhas-Emreli, którego współpraca też zapowiada wiele dobrego. Wiele tam jakości indywidualnej, na czym korzystał zespół Michniewicza. Rewanż miał jednak wielu bohaterów stojących za drużynowym sukcesem: przekonującego do siebie Hołownię, centrum dowodzenia Andre Martinsa czy prezentującego międzynarodowy poziom Juranovicia.

Zaskakująco pewny był pierwszy krok Legii, naszego jedynego reprezentanta z nadziejami na fazę grupową, w pucharach. Zadziałało połączenie rozczytania przeciwnika, dojrzałego zarządzania dwumeczem i skuteczności pod bramką, bo Norwegowie też mieli swoje okazje. Jak uczula Michniewicz: teraz nałatwiej wpaść w pułapkę, myśląc że z Estończykami będzie łatwiej. Bodo/Glimt wywoływało respekt, Flora tak mocno nie działa na wyobraźnię, więc w takich sytuacjach niespodzianki lubią wisieć w powietrzu.

Największym wyzwaniem zaraz nie będzie stworzenie silnej jedenastki, tylko wytrzymanie początku sezonu na właściwej intensywności. Lada chwila rusza ekstraklasa, w sobotę mistrzowie mają Superpuchar z Rakowem, a grać trzeba już non stop. Budujące jest to, że na wielu pozycjach zaczynają się pojawiać możliwości oraz dylematy. Widzimy, że Mateusz Hołownia dźwignął poziom pucharów i będzie rywalizował z Joelem Abu Hanną, natomiast Josip Juranović wcale nie pali się do wyjazdu, a jego zmiennicy uczący się tej pozycji Mattias Johansson oraz Kacper Skibicki coś prezentują. Widzimy także, że Legię znów napędzają wahadła, a w ataku rośnie rywalizacja Pekharta, Emreliego i Rafy Lopesa w roli jokera.

Na razie zobaczyliśmy potrzebną mieszankę mądrości taktycznej, indywidualnej jakości, dobrej wiedzy taktycznej oraz realizowanego planu na grę. Przejście Flory Tallin będzie oznaczało wykonanie planu minimum, czyli fazę grupową Ligi Konferencji. Teoretycznie czas powinien sprzyjać Legii wraz z oswajaniem się z drużyną nowych nabytków, ale musielibyśmy mieć naprawdę krótką pamięć, aby nabrać pewności co do polskiej drużyny w pucharach po jednym dwumeczu. Atutem Michniewicz, obawą przeszłość, dlatego nie ma co wychylać głowy poza Estonię.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.