Piłkarska Superliga jak NBA? Przykładów nie trzeba szukać tak daleko. Mamy europejski odpowiednik

Zobacz również:Najlepiej, gdyby Superliga utopiła się sama. Niestety to my napędzamy ten cyrk (KOMENTARZ)
Euroliga: BC Khimki 76 - 78 Panathinaikos
Fot. Alexander Shcherbak/TASS via Getty Images

Ogłoszenie Superligi wywróciło świat piłki nożnej do góry nogami. W trakcie niezwykle gorącej i emocjonalnej dyskusji fanów i dziennikarzy często przewijają się porównania do lig amerykańskich, jednak nie musimy sięgać aż tak daleko, by znaleźć odpowiednią analogię. Koszykarska Euroliga już przez tę historię przechodziła. I morał nie jest taki, jakiego chcieliby piłkarscy kibice.

Porównanie do NBA czy NFL wydaje się bardzo proste – zamknięta liga, brak spadków i awansów, a ligi mimo to się rozwijają, zarabiając coraz więcej pieniędzy. Jednak przełożenie tego jeden do jednego nie jest takie proste. W piłkarskiej Superlidze nie byłoby draftu, całego systemu, jakiego zapleczem jest sport szkolny i akademicki, nie mówimy też o zamknięciu się w obrębie jednego kraju (no dobrze, dwóch, choć poza NHL nie ma szału z liczbą kanadyjskich drużyn), nie ma pełnych struktur zbudowanych z myślą o tej jednej, największej lidze, a fani drużyn z całej Europy są urodzeni w zupełnie innym podejściu do sportu.

Potrzeba tutaj innego przykładu i takim jest koszykarska Euroliga, która niedawno przeszła podobną drogę, jaką zaraz może pójść piłkarska Superliga.

POKOJOWE PRZEJĘCIE WŁADZY

Kontynent się zgadza, podejście do rozwoju klubów i zawodników też. Historia? Jak najbardziej, a wszystko zaczęło się już na przełomie wieków. Najlepsze ligi Europy już od dłuższego czasu (konkretnie od 1991) tworzyły unię (ULEB), niejako tylko czekając aż FIBA, czyli międzynarodowa federacja, da im powód i dobry moment na „bunt”.

Stało się to pod koniec XX wieku, kiedy FIBA podpisała nową, niekorzystną dla klubów umowę telewizyjną. ULEB miał już wtedy w swoich szeregach ligę hiszpańską, francuską, włoską, grecką i kilka innych. W skrócie – największych potentatów, którzy wyszli z propozycją swoich europejskich rozgrywek dla historycznie i aktualnie największych marek, które nazwali Euroligą. FIBA używała tej nazwy od 1996 roku, jednak… zapomniała jej zastrzec. Wyobrażacie sobie sytuację, w której kluby Superligi tworzą swoje rozgrywki i nazywają je Ligą Mistrzów, bo UEFA zapomniała zgłosić nazwę lata temu?

Ten i kilka innych drobiazgów wskazywały na to, że FIBA jest – delikatnie mówiąc – na straconej pozycji. Nie zamierzała jednak poddać się bez walki i w sezonie 2000/01 mieliśmy dwóch mistrzów Europy – Euroligę wygrała drużyna Kinder Bolonia, a… „Suproligę” (przyznacie, to nie miało prawa wypalić) Maccabi Tel Awiw.

Po sezonie wszyscy analitycznie spojrzeli na to, co się wydarzyło. W nowej, ogranej marketingowo (m.in. dzięki błędowi FIBA) Eurolidze były m.in. Real Madryt, Barcelona czy grecki Olympiakos, a w dodatku każda z kilkunastu drużyn z gwarantowanym udziałem i zachętą w postaci „dzikich kart” dla mistrzów krajów, niemających swojego reprezentanta. Czyli mniej więcej coś w rodzaju tego, co chcą nam aktualnie zaproponować kluby piłkarskiej Superligi.

W lidze FIBA… w sumie nic nie zachęcało, szczególnie że do nowej Euroligi coraz chętniej zaczęły się przyłączać nowe kraje (m.in. Polska) i drużyny, a sama federacja nic z tym nie robiła. Wszystko skończyło się porozumieniem – nowy twór zajmie się europejskimi rozgrywkami, a FIBA „swoją robotą”, czyli rozgrywkami reprezentacyjnymi i ewentualnie pomniejszymi turniejami międzynarodowymi.

ZAOGNIENIE KONFLIKTU

Taki stan rzeczy trwał bardzo długo, mniej więcej do 2015 roku. Euroleague Basketball (tak nazywa się firma organizująca rozgrywki) w międzyczasie stworzyła też EuroCup, czyli – przekładając na termin piłkarski – Ligę Europy. Tak się to wszystko kręciło, dopóki FIBA nie przypomniała sobie o starych zaszłościach, kiedy Euroliga zaczęła się coraz bardziej zamykać na mniej bogate i zasłużone historycznie kluby.

Międzynarodowa federacja zaczęła kusić 8 z 11 stałych klubów Euroligi dołączeniem do nowopowstałej Ligi Mistrzów. Tam też mieliby mieć zagwarantowane miejsce i inne przywileje, jednak wszystkie osiem drużyn odrzuciło propozycję w zasadzie od razu. FIBA stworzyła więc rozgrywki bez nich i na własnych zasadach, przywiązując wagę do „teraźniejszych wyników sportowych”. Biorąc pod uwagę, że federacja chwilę wcześniej była w stanie obiecać niektórym drużynom wszystko, włącznie z dożywotnim miejscem w lidze – wyglądało to niezbyt poważnie.

Dodatkowo FIBA zagroziła kilkunastu topowym związkom (w tym Polsce) wykluczenie ze zbliżających się mistrzostw Europy, jeśli nie przestaną popierać Euroligi. W ramach blefu rozmawiano nawet z Niemcami, mającymi przejąć rolę gospodarza od być może zawieszonych Włoch. Ostatecznie FIBA nikogo nie zawiesiła, ani nie wyciągnęła żadnych konsekwencji.

IMPAS

Wyszedł z tego jeden wielki chaos. Aktualnie w rozgrywkach Euroligi gra 18 drużyn – 11 ze stałą licencją (Real, Barcelona, Olympiakos, Panathinaikos, Maccabi Tel Awiw, Żalgiris Kowno, Olimpia Mediolan, Fenerbahce, Anadolu Efes, CSKA Moskwa i TD Systems Baskonia), dwie z tymczasową licencją na dwa lata, zwycięzca EuroCup z roku poprzedniego oraz zwycięzcy czterech lig – hiszpańskiej, niemieckiej, ligi ABA (wspólna liga krajów byłej Jugosławii) i ligi VTB (wspólna liga krajów Europy Wschodniej, w tym Polski).

W tym samym czasie trwają też „fibowska” Liga Mistrzów jako odpowiednik Euroligi oraz FIBA Europe Cup jako odpowiednik EuroCupu. Jakby tego było mało, niektóre z lig grają we wszystkich tych rozgrywkach jednocześnie.

Weźmy np. Polskę. Aktualny mistrz naszego kraju, Zastal Zielona Góra, zagrał w lidze VTB, będącej niejako bardzo trudnym etapem kwalifikacji do Euroligi (trzeba ją wygrać, tak jak EuroCup, więc można to uznać za kolejne rozgrywki europejskie drugiego szeregu). Wicemistrz, Start Lublin, wystąpił w Lidze Mistrzów FIBA, a trzecia drużyna, Anwil Włocławek, w FIBA Europe Cup. Ta hierarchia bardzo dobrze pokazuje, jak zostały przyjęte nowe rozgrywki stworzone przez międzynarodową federację. Dla europejskiego „średniaka”, jakim jest polska liga, ważniejsza i bardziej prestiżowa jest liga VTB, która jest tylko przedsionkiem największej w Europie Euroligi, a dopiero potem pojawiają się rozgrywki FIBA.

Najlepszej drużyny Ligi Mistrzów raczej nikt nie uznaje, wszyscy wiedzą, że najsilniejsze drużyny są w Eurolidze, ale i tam nie jest do końca kolorowo. Niektóre drużyny (np. greckie) mają problemy wewnętrzne, finansowe i mówi się, że z Euroligi nie wychodzą głównie przez ogromne odszkodowanie. Z kolei FIBA wciąż nie może pogodzić się z prestiżową porażką, a jej rozgrywki do najmocniejszych nie należą. W skrócie – bałagan, i to ogromny.

JAKI MORAŁ DLA FUTBOLU?

Wydawać by się mogło, że dla kibiców piłki nożnej nie ma tu zbyt dobrych wniosków. 20 lat po rozłamie wciąż mamy konflikt pomiędzy obiema stronami, a ta w teorii lepsza, zwycięska i bardziej prestiżowa też ma przez to swoje problemy. Czy którakolwiek ze stron (za lub przeciw Superlidze) wzięłaby taką sytuacją 20 lat od teraz? Prawdopodobnie nie.

Jednak sytuacja nie jest dokładnie taka sama i obie strony mają powody, by myśleć, że wszystko się ułoży. Zwolennicy Superligi stwierdzą (i będą mieli rację), że kluby piłkarskie są dużo bogatsze, dużo bardziej prestiżowe i lepiej rozwinięte marketingowo, więc nie ma opcji, by były jakieś wewnętrzne lub zewnętrzne problemy, np. z oglądalnością. Przeciwnicy z kolei powiedzą (i też będą mieli rację), że UEFA nie powtórzy błędów FIBA, szczególnie tego z nazwą, który pod samym względem marketingowym cofnął federację o lata do tyłu.

To UEFA będzie miała najbardziej znany marketingowo produkt – Ligę Mistrzów. W dodatku ma też w swoich rękach sankcje, o których już się spekuluje. Wyrzucenie „buntowników” z Ligi Mistrzów, z ich własnych lig krajowych, a zawodników – z mistrzostw świata i Europy. FIBA oczywiście też miała to wszystko, jednak w jej przypadku skończyło się wyłącznie na delikatnym i niezbyt poważnym straszeniu. Jeśli UEFA będzie stanowcza w swoich zakazach i sankcjach i nie będzie popełniała głupich błędów, to piłkarska Superliga będzie miała trudniejsze zadanie niż koszykarska Euroliga, mimo większego potencjału.

Jeśli jednak skończy się tylko na straszeniu, to gdzieś już tę historię widzieliśmy.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.