Egzorcyzmy Marcelo Bielsy. Mordercza piłka gotowa na Premier League. Niech to już grają!

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
bielsaglowne1226350974.jpg
Nick Potts/PA Images via Getty Images

Był już w klasztorze i na kozetce, w bazie wojskowej, a teraz z przytupem ląduje w Premier League. Futbol w końcu przychylił nieba Marcelo Bielsie, specjaliście od katastrof, który całe życie powtarza, że sukces to chwila. Naturalnym środowiskiem trenera jest porażka.

Czekali szesnaście lat: w chaosie i w błocie po kolana. Z piętnastoma trenerami, pięcioma właścicielami, w tym jednym, Kenem Batesem, który wyzywał kibiców od kretynów. Hasło „Zrobić Leeds” ma nawet miejsce w angielskim słowniku. Oznacza prowadzić klub tak nieudolnie, że nadzieja gaśnie. Jak wtedy, gdy dekadę temu drużyna tułała się w trzeciej lidze, a z Pucharu Anglii odpadła na boisku amatorskiego Histon. Z tamtej perspektywy, gdzieś między blaszanymi trybunami i kartonami Pizza Hut pod autokarem, awans do Premier League wyglądał jak lot na Marsa. Pozostawał jedynie śmiech.

Marcelo Bielsa dobrze zna tę historię. Dalej z posturą szalonego naukowca i wzrokiem wbitym w ziemię peszy się, gdy kibice śpiewają, że dokonał niemożliwego. Leeds, miasto rozkochane w piłce, wychodzi z piwnicy. Ma wszystko, co trzeba: najoryginalniejszego trenera w lidze, piłkę zwaną „Murderball” i okrzyki „Vamos” na trybunach. Ma też bohatera drugiego planu, dyrektora sportowego Victora Ortę, który w maju 2018 roku jadąc samochodem z właścicielem Andreą Radrizzanim, wypalił: „A może Bielsa?”.

PICASSO NA KOZETCE

Ludzie z okolic Elland Road mówią, że to klasyczne „wariat dzwoni do wariata”. Orta już pierwszego dnia po zatrudnieniu Bielsy dostał wiadomość na WhatsAppie od prezesa innego klubu: „Daję wam trzy tygodnie”. Nim się obejrzeli, zrobiły się z tego dwa lata. Argentyńczyk idzie na rekord: w ostatnich klubach (Lille i Lazio) pracował kolejno pięć miesięcy i… dwa dni. Już teraz stawiany jest obok legendarnego Howarda Wilkinsona, trenera od awansu i mistrzostwa Anglii z Leeds na początku lat 90. Nie chodzi nawet o wyniki. Bielsa wywrócił do góry nogami kulturę klubu. Jak to mówił Wilkinson na swojej pierwszej konferencji prasowej: „Rolls-Royce w składzie złomu to wciąż Rolls-Royce”.

Leeds miało kiedyś Erica Cantonę i Gordona Strachana, był tu Robbie Keane, albo Harry Kewell, a dziś jest Mateusz Klich i Pablo Hernandez. To nie są jeszcze lata świetności jak za Davida O’Leary’ego, gdy klub grał w półfinale Ligi Mistrzów, ale takiego zastrzyku wiary nie było tu od dwóch dekad.

Victor Orta zna tajemnice Leeds od czerwca 2017 roku. Piłkę poznawał jako dziennikarz „Radia Marca”, a potem pracował w Sevilli u boku Monchiego. To od niego usłyszał zdanie: „Nigdy nie udzielaj rad trenerowi, chyba że cię o to poprosi”. W Thorp Arch, ośrodku treningowym Leeds, jest raz na dwa tygodnie. Nie ma tam nawet biura. Lubi powtarzać, że Bielsy trzeba się nauczyć. Trzymać bezpieczny dystans. I nie dawać mu lampy, gdy prosi o sofę, jak to kiedyś ładnie ujął Rafa Benitez.

Bielsa nie jest normalny. Wie to każdy, kto umie dodać dwa do dwóch. Francuski magazyn „So Foot” napisał o nim kiedyś: Picasso piłki — artysta, ale spokojnie można byłoby go zamknąć w psychiatryku. Kiedyś trenując Newells Old Boys po porażce przez 48 godzin nie wyszedł z pokoju hotelowego. Nikt nie wiedział, jak zareagować. Innym razem w Chile, Mark Gonzalez przez przypadek pomylił pokoje. Zobaczył Bielsę na kozetce, leżał nagi jak na stole operacyjnym, tak mocno przeżywał klęskę.

TELEFON DO REŻYSERA

Przez lata mówiono o nim: trenerski guru, tylko bez sukcesów. Pep Guardiola usłyszał kiedyś w Romie od Gabriela Batistuty: „Koniecznie musisz go poznać”. To wtedy powstawały legendy o pielgrzymkach na ranczo „El Loco” niedaleko Rosario i ewangelii futbolu, którą przyjęli Diego Simeone, Jorge Sampaoli i Mauricio Pochettino. Wszyscy wielcy oddają hołd Bielsie, chociaż do dziś żaden klub z topu po niego nie sięgnął. W Argentynie pamięta mu się porażkę w grupie na mundialu w 2002 roku. Przeżył ją tak mocno, że na trzy miesiące zamieszkał w klasztorze. Bez telewizora i telefonu, z kilkoma książkami, dzieląc codzienne rytuały z grupą zakonników i zakonnic. Opowiadał potem, że pierwszy raz w życiu poczuł się szczęśliwy, z jednym zastrzeżeniem: „Zauważyłem, że zaczynam rozmawiać ze sobą. Dlatego wyszedłem”.

Ludzie lubią mówić, że nic w życiu nie wygrał, ale to nieprawda. Z Newell's Old Boys ma dwa mistrzostwa i własną ulicę w Rosario. Argentynie dał złoty medal Igrzysk Olimpijskich. W Bilbao porywał tłumy i był w finale Ligi Europy, a z Chile po ośmiu latach posuchy awansował na mundial. Do dziś powstają teksty o tym, jak zmienił kulturę futbolu w kraju „La Roja”. Był nawet specjalny ruch kibiców namawiający, by został. Ale cztery lata to był dla niego maks, później już nigdzie tyle nie pracował, wykrzykując w kolejnych klubach o kłamstwach i zakulisowych gierkach. Gdy coś mu nie pasowało, zamykał drzwi i wychodził. Zawsze gra solo i po swojemu. Nawet na imprezę z okazji stulecia Leeds przyszedł w dresie.

Od kiedy pamięta, ma osobny, specyficzny świat. Niewiele osób do niego dopuszcza. Wyjątkiem jest rodzina, może jeszcze reżyserzy filmowi, do których dzwoni i prosi o spotkania. Jego pasję do kina szeroko opisywali Francuzi w czasach Marsylii. Reżyserką jest zresztą jego córka. To jedyny świat, który pozwala mu od piłki odetchnąć. A to już coś.

Nie rozmawia o tym z dziennikarzami, bo nie rozmawia z nimi w ogóle. Na amen zraził się w 2008 roku, gdy podczas treningu w Chile wypadła mu sztuczna szczęka, a jeden z fotoreporterów cyknął zdjęcie i puścił je w świat. „Tak was obchodzi trening?” - wściekał się. Potem coraz mocniej odgradzał się murem. W Marsylii patrzyli na niego jak na szaleńca, gdy na pytanie o pokazywanie treningów, pierwsze dziesięć minut opowiadał o zębach. Dopiero szefostwo wytłumaczyło mu, że telewizja płaci i telewizja wymaga.

Wpuścił kamery, ale wywiadów nie udzielał nadal. Słynie z długich konferencji, gdzie niczym filozof godzinami rozprawia nad materią. W lutym zdarzyła mu się pogadanka na 59 minut, podczas której dziennikarze zdążyli zadać tylko pięć pytań. W połowie zrugał tłumacza, bo nie do końca oddał jego myśli. Detale mają być wszędzie i zawsze.

BUDOWA FORTECY

To jest nieustanna nauka. W Leeds pierwsze zdziwienie pojawiło się przed sparingiem z czwartoligowym Forest Green Rovers. Argentyńczyk zażądał nagrań z trzech poprzednich meczów rywala, a trener Mark Cooper zdębiał: „Po co mamy nagrywać swoje mecze? Po co ktoś chce je oglądać?”. Zaraz potem było słynne sprzątanie śmieci wokół boiska treningowego. Oderwane od ziemi głowy zawodników zrozumiały, że praca to nie tylko kopanie piłki i że normalny kibic na bilet Leeds musi harować trzy godziny. Tyle trwało wspólne sprzątanie.

Od tego momentu zmieniło się wszystko. Dieta, limity wagowe, nawet wystrój ośrodka Thorp Arch. Bielsa oddzielił pierwszy zespół od młodzieży. Kazał wybudować bieżnię, a nawet poszerzyć parking, bo poranny chaos przy samochodach powodował zły początek dnia. Piłkarze dostali miejsca do spania i basen, który poprzedni właściciel zamknął w 2014 roku, bo generował niepotrzebne koszty.

To były pierwsze kroki ku normalności. Orta mówi, że klub ma dziś sześciu pełnoetatowych skautów plus dwunastu freelancerów. Legenda głosi, że Bielsa dodatkowo z własnej kieszeni opłaca kilku „swoich”, a to powoduje, że w weekend ludzie Leeds mogą obskoczyć 50 meczów. To nie jest skład węgla i papy, to piłkarskie TGV, które będzie już tylko przyspieszać. Bielsa jest tak uzależniony od analiz, że zapytany, co robił w trakcie lockdownu, odparł, że obejrzał 19 godzin nagrań Alfiego McCalmonta, 20-letniego pomocnika z akademii. Phil Hay z „The Athletic” śmiał się niedawno, gdy w klubie znaleziono stary raport Argentyńczyka na temat trzeciego bramkarza drużyny z dołu tabeli The Championship. Zajmował osiem stron. Facet w sezonie nie zagrał ani minuty.

KLICH, ŻOŁNIERZ BIELSY

Czasem aż nie chce się w to wierzyć. Bielsa jest jak Balotelli, o którym wszyscy mówią rzeczy z kosmosu, a na końcu okazuje się, że są prawdą. W Argentynie przyniósł kiedyś na wesele piłkarza kasetę z jego akcjami, tak żeby sobie obejrzał w wolnym czasie. Old Boys skoszarował w bazie wojskowej, mówiąc: „Jest tu tylko jeden telefon, ale do nagłych przypadków. Ja nie dzwonię nawet do żony, która na dniach rodzi”. Po tym zdaniu piłkarze zamilkli. Telefon pozostał nietknięty.

U Bielsy trzeba być żołnierzem: uwierzyć, dostosować się, a potem pójść za nim. Benjamin Mendy, jeszcze przed transferem do Manchesteru City mówił, że to trener, który przywrócił mu wiarę. Laurkę wystawiali Nicolas Pepe w Lille albo Dimitri Payet w Marsylii. Nawet „Big Mac pour Gignac” zrzucił oponę i zaczął strzelać. 92 mecze z rzędu Mateusza Klicha u Bielsy nie są przypadkiem. Argentyńczyk zobaczył talent, wbił do głowy dyscyplinę, a potem ściągnął windę, by razem pojechać w górę.

To jest futbol, który każe piłkarzom zasuwać, jakby jutra nie było. W Leeds często pada słowo „Murderball”. Gdy zbliża się środa, wszyscy wiedzą, że nie będzie zmiłuj. To wtedy lecą iskry. Bielsa zarządza pięciominutowe bloki: grę na wysokiej intensywności, w której, jeśli piłka wychodzi na aut, momentalnie ktoś ze sztabu wrzuca drugą.

- Co ty robisz? - spytał Bielsa, gdy jeden z zawodników po treningu wyszedł poćwiczyć rzuty wolne. - Chcę robić więcej. - Jeśli jesteś w stanie robić więcej, to znaczy, że nie dałeś z siebie maksa — spuentował Argentyńczyk, jeszcze raz pokazując, że nie znosi, gdy ktoś wychodzi poza jego ramy.

Najchętniej zamieniłby graczy w roboty. Już lata temu mówił, że wtedy wygrywałby zawsze. Piłka to jednak ciągle dyscyplina homo sapiens, więc i wyniki bywają różne. Jak w końcówce zeszłego sezonu, gdy Leeds przegrało playoffy z Derby County i mając na karku kamery Amazona, zostało z niczym. Droga musiała rozpocząć się od nowa.

LOT DO SŁOŃCA

Bielsa nie szukał wtedy wymówek: nie mówił, że piłka, albo pogoda zła, a trawa za szybka. Na spotkaniu z Radrizzanim miał to wszystko policzone i spisane. Pokazał mu prezentacje z trzema priorytetami. „Musimy lepiej kończyć sytuacje, musimy zrobić coś z kontuzjami i lepiej zarządzać wypożyczeniami” - opowiadał. W klubie nikt nie miał pewności, czy zostanie na drugi sezon. Ostatniego dnia sezonu opuszczał klub w milczeniu i ze spuszczoną głową. Potrzebował kilku dni, by dojść do siebie. Zaraz potem przedłużył kontrakt i ponownie krzyknął „Vamos”.

Szacunek do pracy wyniósł z domu. Dziadek — prawnik, ojciec — prawnik, brat — ambasador Argentyny w Chile, siostra — architektka, a on w dresie i na trawie. Ale też pochłonięty bez końca. Gastón Gaudio, triumfator French Open z 2004 roku powiedział kiedyś: „Gadałem z Marcelo o pojęciu szczęścia. Powiedział, że jedyną receptą, jaką zna, to służyć innym ludziom. Dawać siebie”. Bielsa od dwóch dekad opowiada o piłce jako remedium na troski, prezencie dla biednych i bogatych. Zawsze chce grać pięknie, szuka doskonałości, choć jak powiedział mu kiedyś Maradona „ciepłą wodę już wymyślono”.

To kolejna bajka o Ikarze lecącym do słońca. Ale za to właśnie pokochało go robotnicze Yorkshire. Za bezpretensjonalność, skromność i postawę, że w życiu nie ma nic za darmo. Że róbmy coś pięknie, albo nie róbmy tego wcale. Cztery miesiące po podpisaniu umowy z Leeds powiedział dziennikarzom: „Nie wiem, jak wygląda miasto, bo jeszcze tam nie byłem”. Zamieszkał we wsi Wetherby. Dziennikarze tabloidów już to rozgryźli: w której piekarni robi zakupy, że jada we włoskiej knajpce, a zebrania sztabu trenerskiego urządza w Costa Coffee. Zaraz przy rzece Wharfe.

Ta społeczność autentycznie go pokochała. Widać to nawet po filmikach, które od kilku dni fruwają po internecie. Postawa mruka nie wynika z jego niechęci do otoczenia, on po prostu taki jest. Włada angielskim lepiej niż sugerują to dziennikarze. Angażuje się w loterie dla kibiców. Coraz częściej patrzy im w oczy, bo na to najczęściej zwraca mu uwagę żona. Nigdy nie szukał bliższej więzi z piłkarzami. „Im mniej o mnie wiedzą, tym lepiej. Przestaliby mnie lubić”, mówi.

Ostatnio jeden z dziennikarzy zobaczył go, gdy szedł wiejską drogą do bazy treningowej Thorp Arch. Miał do przejścia pięć kilometrów, ale na pytanie o podwózkę, odparł: „Dziękuje, chcę zaczerpnąć świeżego powietrza”. Nie lubi zawracać głowy innym. Nie lubi być w centrum. Sukcesu Leeds najchętniej w ogóle by nie świętował, tylko od razu zajął się analizą przyszłego sezonu. To będzie dopiero historia: zobaczyć trenera, który nie cierpi fleszy w lidze, która na fleszach wyrosła. No i starcie z Pepem Guardiolą. Niech to już grają.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.