Ukochany syn wyfrunął z gniazda. Eddie Howe - menedżer, który stał się za duży dla Bournemouth

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Everton FC v AFC Bournemouth  - Premier League
Fot. Robin Jones - AFC Bournemouth via Getty Images

W przygodzie Eddiego Howe'a z Bournemouth było prawie wszystko. Zabrakło jedynie happy endu. Romantyczna opowieść o człowieku, który przeszedł w klubie całą drogą od juniora do menedżera właśnie się zakończyła.

Była sobota, 25 kwietnia 2009 roku. Dla Bournemouth dobiegał końca trudny sezon, którego zaczynali po odebraniu siedemnastu punktów. Klub ukarano w ten sposób za problemy administracyjne i przez większość rozgrywek miał gigantyczne trudności. Gdy z końcem 2008 roku, równo na półmetku sezonu, żegnał się z Jimmym Quinnem, był zaledwie siedem punktów na plusie. Do bezpiecznej strefy brakowało ich prawie dwa razy tyle. Wydawało się, że drużyna zmierza poza ramy profesjonalnego futbolu w Anglii.

ULUBIENIEC BOURNEMOUTH

Władze Bournemouth podjęły wtedy ryzykowną decyzję, która z perspektywy czasu okazała się najlepszą w historii klubu. Quinna zastąpił Eddie Howe - zaledwie 31-latek, który jeszcze półtora roku wcześniej był piłkarzem klubu. Karierę zakończył przez chroniczne problemy z kolanem i szybko zajął się prowadzeniem juniorów.

Niewielu mogło oczekiwać, że ten trenerski młokos w ogóle uratuje Wisienki, nie mówiąc już o tym, co stało się później. Howe jednak momentalnie poprawił wyniki. Ni stąd, ni zowąd Bournemouth zaczęło wygrywać. Zespół pod wodzą Howe'a pokonał m.in. Exeter i Wycombe - drużyny, które wywalczyły awans - i we wspomnianą kwietniową sobotę, na dwie kolejki przed końcem sezonu, miał wszystko w swoich rękach. 25 kwietnia wystarczyło pokonać Grimsby Town, by zapewnić sobie utrzymanie w League Two.

Ci, którzy pamiętają tamten dzień, mówią o wielkich nerwach i ekscytacji. W materiale dla klubowego kanału onieśmielony Howe opowiadał o tym, jak dużą sprawą dla całego miasta byłoby pozostanie na zawodowym poziomie. Jemu nikt tego nie musiał tłumaczyć. W końcu karierę w Bournemouth zaczynał jeszcze jako 15-latek, a trzy lata później, w grudniu 1995 roku, zadebiutował w seniorskim zespole. Od najmłodszych lat wychowywał się w okolicy i treningi w AFCB były naturalnym krokiem dla chłopaka, który chciał grać w piłkę.

Od zawsze uchodził za pracusia. Już jako mały chłopiec pomagał matce Anne, która wychowywała samotnie piątkę dzieci i nieraz pracowała na trzy zmiany. Eddie pomagał jej w sklepie, ale wcześniej wstawał już o 4 nad ranem, by rozwozić gazety. Wracał do domu bardzo zmęczony, a później dochodziły do tego jeszcze zajęcia w klubie. - Nigdy nie bałem się dodatkowych obowiązków. Wiedziałem, że to dla dobra rodziny. Musiałem wspierać mamę. Jej praca wpływała na wszystkich w domu. Taka harówka mnie zainspirowała. Pokazała, że wysiłek i zaangażowanie są nieraz potrzebne tylko po to, by mieć co położyć na stół. Nabrałem wtedy do pracy wielkiego szacunku - opowiadał po latach w rozmowie z "Daily Mail".

Takie podejście przełożył na futbol. Nie był najbardziej utalentowany, ale nadrabiał ambicją.

GettyImages-829330892-1024x779.jpg
Fot. Phil Noble - PA Images via Getty Images

Pod koniec lat 90. Howe'a uznawano za zdolnego obrońcę. Najlepszym rokiem w jego karierze był 1998. Wówczas jako 20-latek wygrał z Wisienkami uroczo nazywane trofeum Auto Windscreens Shield, czyli EFL Trophy, znane jeszcze do niedawna jako Johnstone's Paint Trophy - puchar dla zespołów z trzeciej i czwartej ligi. W finale został uznany MVP meczu i wyróżniał się do tego stopnia, że latem pojechał z angielską młodzieżówką na turniej do francuskiego Toulonu. W kadrze spotkał się m.in. z Frankiem Lampardem, Emilem Heskeyem, Jamiem Carragherem czy Kieronem Dyerem. Howe wystąpił w dwóch meczach fazy grupowej, Anglicy zdobyli tylko cztery punkty i odpadli, a obrońca Bournemouth już więcej nie zagrał w reprezentacji swojego kraju na żadnym poziomie wiekowym.

Zamiast tego pozostał solidnym ligowcem z poziomu trzeciego szczebla. Łącznie spędził jako zawodnik na Dean Court trzynaście lat. Odszedł w międzyczasie tylko na dwa. W 2002 roku po spadku Bournemouth do czwartej ligi Harry Redknapp chciał go w Portsmouth, ale tam szybko odniesiona poważna kontuzja kolana przerwała Howe'owi rozwój. The Pompey rok później świętowali awans do Premier League, ale on się leczył. Ostatecznie nigdy nie zadebiutował w elicie jako piłkarz i stracił mnóstwo czasu.

Kibice Wisienek tak bardzo go cenili, że w 2004 roku zrobili zrzutkę, by klub wykupił go z powrotem. Akcja "Eddieshare" przyniosła sukces. Potrzebne było 21 tysięcy funtów i w kilka dni udało się uzbierać taką kwotę. Howe wrócił więc jeszcze na trzy sezony, ale grał już rzadko. W sumie jednak uzbierał w barwach Bournemouth 270 występów. Później trenował grupy młodzieżowe, a gdy Quinn opuszczał stanowisko menedżera, musiał wskoczyć na głęboką wodę. Aby ułatwić sobie start mianował na asystenta Jasona Tindalla. Obaj grali wspólnie przez wiele lat na środku obrony Wisienek i są świetnymi kumplami poza boiskiem. Jak miało się okazać, stali się nierozłącznym duetem trenerskim.

WIELKA UCIECZKA

Starcie z Grimsby Town nie zaczęło się dobrze. Nerwy udzielały się wszystkim i do przerwy Bournemouth przegrywało 0:1. Na drugą połowę wyszedł jednak inny zespół. Piłkarze Wisienek wyrównali dwie minuty po zmianie stron za sprawą Liama Feeneya. To natchnęło ich do dalszych ataków. Niesieni dopingiem z trybun atakowali, aż w końcu w 80. minucie Steve Fletcher przyjął piłkę w polu karnym, obrócił się w kierunku bramki i mocno uderzył, a piłka przełamała ręce bramkarza Grimsby Wayne'a Hendersona i wpadła do siatki. 36-letni Anglik oszalał z radości, a wraz z nim wszyscy na Dean Court. Po końcowym gwizdku murawę zalali kibice, którzy opuścili z trybuny. Bournemouth właśnie utrzymało się na szczeblu centralnym, choć jeszcze cztery miesiące wcześniej nikt nie postawiłby na to złamanego pensa.

Howe zyskał wtedy przydomek "Eddie Howdini". Ale czarować dopiero zaczynał. Następny sezon był podtrzymaniem wysokiej formy. Bournemouth było w tabeli League Two poniżej pozycji dających bezpośredni awans zaledwie przez trzy kolejki. Rok po tym, jak groził im spadek do piątej ligi i perspektywa bankructwa, Wisienki były w trzeciej lidze. A wszystko to za sprawą "ich własnego" Eddiego, chłopaka z sąsiedztwa, który najpierw oddał im na boisku zdrowie i serce, a później uratował od niebytu jako menedżer.

ODEJŚCIE I SZYBKI POWRÓT

O tym, że na Dean Court pojawił się nieźle prosperujący szkoleniowiec szybko zrobiło się głośno. W League One Bournemouth zaczęło znakomicie i długo zajmowało miejsce, które dawałoby awans. To sprawiło, że wokół Howe'a zaczęli węszyć inni. Trener zapowiadał, że zostanie, ale oferta Burnley - podnoszącego się wówczas po spadku z Premier League - okazała się zbyt kusząca. Po 100 meczach w roli menedżera Anglik odszedł na Turf Moor. Ze sobą zabrał jednego z najlepszych strzelców drużyny - Danny'ego Ingsa.

Tam jednak długo miejsca nie zagrzał i w listopadzie 2012 roku, tłumacząc się przyczynami osobistymi, wrócił do Bournemouth. Paradoksalnie to jeden z ciekawszych momentów w angielskim futbolu w ostatniej dekadzie. W Burnley kilkanaście dni później zastąpił go bowiem Sean Dyche. Obaj byli od tamtego momentu najdłużej nieprzerwanie pracującymi menedżerami w swoich klubach. Teraz Dyche dzierży to miano samodzielnie.

Howe po powrocie tłumaczył, że chciał znów być w rodzinnych stronach. W końcu wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Bournemouth zawsze było mu najbliższe i wraz z Tindallem wrócili na południe. Kibice witali ich radośnie. Pod ich nieobecność klub miał trzech różnych menedżerów, ale na szczęście nie spadł. Howe zastał jednak inne realia. Na Dean Court pojawił się nowy inwestor - Rosjanin Maxim Demin kupił 50 procent akcji klubu i zapowiedział, że zwiększy wydatki na transfery. Ledwo dwa i pół roku od widma finansowej katastrofy, Bournemouth było klubem z ambicjami.

SZYBKA WINDA W GÓRĘ

To wtedy zaczęła się budowę składu, który zaczął się wspinać coraz wyżej. Kilku piłkarzy, jacy pojawili się wtedy w klubie, zostało w nim aż do teraz. Howe po powrocie zastał Steve'a Cooka, Charliego Danielsa i Simona Francisa. Z Harrym Arterem i Markiem Pughem pracował już wcześniej. Zimą doszli jeszcze Matt Ritchie i Ryan Fraser. Jednocześnie Fletcher - bohater meczu z Grimsby z 2009 roku - zakończył karierę piłkarską i rozpoczął pracę jako skaut The Cherries. Demin wszedł z dużymi jak na trzeci poziom pieniędzmi, ale chciał zachować rodzinny charakter klubu.

Z takim składem i nowym-starym menedżerem Bournemouth udało się awansować do Championship. Wcześniej występy na tak wysokim szczeblu kibice oglądali jedynie w końcówce lat 80., kiedy klub prowadził Harry Redknapp, a jego nastoletni syn Jamie uchodził za jeden z największych talentów w Anglii. Howe pisał więc historię na nowo. Mimo że był od niektórych piłkarzy w szatni niewiele starszy, miał duży posłuch. - Czasami brakuje mi tych czasów. Wszystko było prostsze. Koncentrowaliśmy się tylko na sobie. Nie było analizowania tego, jak porażka wpłynie na moją pozycję i mniej indywidualnych interesów w szatni. Liczyły się charakter i współpraca - wspominał niedawno Anglik.

Awans sprawił, że Demin jeszcze bardziej poszerzył wpływy w klubie. Celem było utrzymanie się na drugim poziomie, ale już sezon 2013/14 pokazał, że trzeba będzie zweryfikować plany na bardziej ambitne. Wisienki zajęły dziesiąte miejsce i miały jeden z najlepszych ataków w lidze. Apetyt rósł w miarę jedzenia. W kolejnym wygrały już Championship - w dużej mierze dzięki transferom Calluma Wilsona oraz Artura Boruca. Bournemouth zdobyło aż 98 punktów i grało najbardziej atrakcyjną piłkę w lidze. Howe zaczynał pracę na krawędzi zawodowego futbolu, a pięć lat później wprowadzał klub do elity, czyli tam, gdzie nigdy wcześniej nie był. Nic dziwnego, że w sezonie 2014/15 uznano go najlepszym menedżerem w Anglii.

BAJKA DOBIEGŁA KOŃCA

Pobyt w Premier League miał swoje blaski i cienie. Bournemouth nie pasowało do krezusów, ale potrafiło się między nimi odnaleźć. Z drugiej strony zdarzały im się serie, w czasie których przegrywali i zsuwali się blisko strefy spadkowej. Nigdy jednak nie było tematu zmiany menedżera. Szczególnie, że wzloty potrafiły być wysokie. Przez pięć lat Wisienki choć raz pokonały wszystkie zespoły z Big Six z wyjątkiem Manchesteru City. Domowe wygrane, jak szalona 4:3 z Liverpoolem, zeszłoroczna 4:0 z Chelsea i dwie z Manchesterem United, czy trzy wyjazdowe triumfy na Stamford Bridge to ich najlepsze momenty. Drużyna wnosiła do ligi koloryt, powiew normalności i kameralności, która powoli wymiera w Premier League. Nic dziwnego, że zyskała sympatię wielu neutralnych widzów ligi angielskiej albo stała się drugim wyborem dla fanów innych ekip.

Dla kibiców z Dean Court Howe stał się kimś takim jak sir Alex Ferguson. A może nawet lepszym, bo był swój. Ci starsi pamiętali go jeszcze z gry na środku obrony w trzeciej lidze. Ci młodsi już tylko jako menedżera, który wprowadził klub wyżej. Wszyscy, niezależnie od wieku, byli jednak zgodni - nigdy wcześniej nie przeżywali takiej radości, jak za jego kadencji.

Dziewiąte miejsce na koniec sezonu 2015/16 to najwyższy finisz w historii klubu. Przekładając to na angielską piramidę ligową, to 80 miejsc wyżej niż w pierwszym sezonie Howe'a po wielkiej uciecze. Ale przez pięć lat były jeszcze lepsze momenty. Na początku sezonu 2018/19 Wisienki przez kilka tygodni plasowały się nawet w pierwszej szóstce. Jeszcze w listopadzie po pokonaniu Manchesteru United zajmowały siódme miejsce, ale wtedy wszystko się posypało. Mimo starań w samej końcówce sezonu Howe'owi nie udało się zatrzymać Kopciuszka z południa Anglii na salonach.

Howe doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele zrobił nie tyle dla Bournemouth, co innych mniejszych klubów, którym marzy się gra w elicie. – Byliśmy wspaniałą wiadomością dla Premier League. Tak mały klub walczący o swoje na najwyższym poziomie to inspiracja dla wielu innych drużyn, które patrzą na nas z niższych lig. I dlatego jestem tak zawiedziony, że to już koniec – mówił po spadku.

ODEJŚCIE SYMBOLU

Howe potrzebował tygodnia do namysłu, po którym uznał, że jego misja na południu Anglii dobiegła końca. W emocjonalnym liście otwartym pożegnał się z kibicami i podziękował za wszystkie piękne lata. Przez ponad dziesięć lat w roli menedżera stał się kimś więcej. Zawsze był blisko fanów, angażował się w lokalnej społeczności i podkreślał swój wyjątkowy związek z miastem oraz klubem. Zarząd pozwolił mu więc podjąć samodzielną decyzję. Howe po prostu zasłużył na to, by zrobić to, co uznał za właściwe.

- Po spędzeniu 25 lat w klubie - zarówno jako piłkarz i menedżer - ta decyzja jest jedną z najtrudniejszych, jakie musiałem kiedykolwiek podjąć - napisał w liście. - Nasza wspólna podróż przez ostatnią dekadę była niesamowita. Jestem niezwykle dumny z tego, co przez ten czas razem osiągnęliśmy. Klubowe motto brzmi "Wspólnie wszystko jest możliwe" i wierzę w to z całych sił. Ten cytat oddaje to, co udało nam się zrobić. Mieliśmy wizję i sen, a dzięki ciężkiej pracy i nieubłaganej chęci ciągłej poprawy udało nam się osiągnąć nasze cele. Zostawiam Bournemouth ze wspomnieniami, które zostaną ze mną na zawsze - dodawał.

W swojej wiadomości podziękował wszystkim z góry na dół, chowając się cień, a stawiając na świeczniku kompetentny zarząd, oddanych fanów i dziesiątki piłkarzy, dzięki którym zostawił klub murowany, mimo że zastał drewniany i na skraju ruiny.

- Pracowałem już w karierze dla Rafy Beniteza, Antonio Conte czy Jose Mourinho, ale Eddie w niczym im nie ustępuje. Zawsze szuka czegoś, co można poprawić. Chorobliwie wręcz wszystko analizuje. Nawet po dobrych meczach zwracał mi uwagę na detale, które wciąż mogę poprawić. Imponuje pracowitością, pasją i miłością do futbolu - mówił Nathan Ake w "The Times".

PRZERÓSŁ KLUB

Momentalnie po decyzji Howe'a rozpoczęła się lawina spekulacji co do następnego kierunku 42-latka. Ten uznał jednak, że najpierw należy mu się odpoczynek. Przerwy nie miał od ponad jedenastu lat, kiedy podejmował się nierealnej na pierwszy rzut oka misji ratunkowej w ukochanym klubie.

GettyImages-1259109894-1024x683.jpg
Fot Robin Jones - AFC Bournemouth via Getty Images

Pośpiech nie jest wskazany. Przygotowania do nowego sezonu są skrócone, co nie sprzyja zmianom menedżera. Okazja zresztą i tak przyjdzie sama. Jeszcze kilka lat temu wymieniano Howe'a w kontekście takich klubów z Big Six albo nawet stanowiska selekcjonera reprezentacji Anglii, ale dziś wydaje się, że stanie się celem drużyn z klasy średniej Premier League. Można być pewnym, że jeżeli takie kluby jak Newcastle, West Ham czy Crystal Palace zwolnią menedżera, Howe od razu będzie łączony ze stanowiskiem.

Na razie jednak zasłużył na przerwę, choć można być pewnym, że w tym czasie nie będzie leżał do góry brzuchem. Jako miłośnik analizy, zaczynający każdy dzień od pobudki o 6:00, na pewno przyjrzy się ostatnim latom na Dean Court, wyciągnie wnioski i zrobi wszystko, by być gotowym na nowe wyzwanie.

Będzie miał do czego wracać. W Bournemouth widział wszystko. Przeżył wielką radość, ale i smutek - ten największy niedawno, gdy klub żegnał się z Premier League. To historia bez happy endu, ale w wielu klubach tego pokroju takich nie ma.

Howe w pewnym momencie stał się większy niż zespół, który prowadził i pożegnanie z elitą uświadomiło mu, że w tym miejscu na ziemi zrobił wszystko, co się dało. W pewien sposób po prostu się wypalił i to najwyższy czas, by ukochany syn opuścił Bournemouth. Bo mimo że drużyna spadła z Premier League, to Howe zasługuje na miejsce w niej. Każdy kibic Wisienek chciałby zobaczyć, jak to on przywraca klub do elity, ale tak się nie stanie. Nikt jednak nie powinien mieć do niego o to żadnych pretensji.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.