Duch drużyny Legia Ladies. „Nie wyobrażam sobie tygodnia bez przyjścia do tej szatni”

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
1602963529_jsk_0816.jpg
Fot. Jan Szurek / legia.net

Co może wyjść z połączenia damskiej szatni, w której mamy mieszankę ponad 30 osobowości, skrajnie różne charaktery, a niektóre zawodniczki dzieli nawet 15 lat różnicy? Otóż tańce, śpiewy, wzajemna chęć zrozumienia i łamania barier, prawdziwe przyjaźnie oraz ambitny zespół z każdym meczem coraz bardziej wierzący w swoje możliwości. Przy Łazienkowskiej od ponad roku funkcjonuje seniorska drużyna Legia Ladies, a jej zawodniczki opowiedziały nam, jak wygląda żeńska piłka nożna na półprofesjonalnym poziomie i jak bardzo wciągająca jest to przygoda.

DOMINIK PIECHOTA: Zacznijmy od waszych historii. Jak trafiłyście do Legia Ladies i jak was przyjęła? Wyobrażam sobie, że 15 lat różnicy między zawodniczkami w szatni da się odczuć, zresztą jak w każdej innej pracy.

MICHALINA KOZA: Moja historia z Legią jest długa i trochę szarpana. W 2017 roku grałam jeszcze z chłopakami, ale trener rzucił informację, że ma powstać damska drużyna. Gdy powstała szkółka dla dziewczyn, zaczęłam kopać z nimi i tam już poznałam się z pierwszymi dziewczynami z naszej szatni jak z Marysią Komalą czy Basią Staszewską, moimi obecnymi przyjaciółkami. Potem miałam przerwę z Legią, ale mój poprzedni klub się rozpadł, trener mnie znał, więc zadzwonił do moich rodziców, aby spróbować ponownie. Grałam rok w juniorkach, a później przyszedł przeskok do seniorek. Przyznam, że przez pierwsze dwa treningi była jakaś bariera, ale potem już poszło. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez dziewczyn. Nawet jak aktualnie leczę kontuzję i nie trenuję z nimi, to cały czas utrzymujemy kontakt.

AMELIA PRZYBYLSKA: Na pierwszy trening drużyny seniorskiej przyszłam w sierpniu zeszłego roku. Wcześniej też grałam w młodszych sekcjach Legii, ale przez dojazdy to nie było takie regularne. W wakacje okazało się, że powstaje drużyna seniorska. Niby znałam młodsze dziewczyny, które już ze mną grały, ale czułam coś nowego, bo to jednak dorosła drużyna. Szatnia z bardzo różnymi osobowościami, różne przedziały wiekowe, coś nowego. Wiele zmienił pierwszy sparing, a później każdy kolejny mecz był dużym krokiem dla drużyny. Od września już czułyśmy, że stajemy się zespołem.

MARTA CHMIELEWSKA: I teraz przez was dziewczyny poczułam się staro… Ja miałam 7 lat przerwy od piłki nożnej, ale w końcu poczułam chęć powrotu. Jak trafiłam do Legii, to generalnie do nikogo się nie odzywałam. Zawsze trochę czasu zajmuje mi wejście do nowej grupy, więc przez półtora miesiąca byłam cieniem w szatni. Czasem z kimś pogadałam, ale jeszcze nie żyłam tak tym zespołem. Każdemu na początku musiało być ciężko, część niby się znała, część była zupełnie nowa, ale to jednak tworzenie zupełnie nowej grupy. Potrzeba było chwili, aby to zgrać. W drodze na jeden z meczów poznałam się bliżej z naszą kapitanką Magdą Zduńczyk. Ona jest bardzo otwarta, zbliżyłyśmy się, ja poczułam się pewniej. Raz mieliśmy dyskusję z trenerami, wtedy odezwałam się na tle całej drużyny i zapanowało zdziwienie: to ona w ogóle mówi? Wtedy mocniej zaczęłam się otwierać na wszystkich, inni też zobaczyli, że potrafię wstawić się za młodszymi, bo akurat stanęłam w obronie młodszych dziewczyn, które nie dostawały tak wielu szans gry. Po tej sytuacji trener wyznaczył mnie wicekapitanem. Teraz tak naprawdę nie wyobrażam sobie tygodnia bez Legii i bez przyjścia do tej szatni. To była krótka droga od niemowy do osoby, która zbyt wiele mówi w tej szatni.

0Q8A0474.jpeg
Fot. Mateusz Kostrzewa

Życie tej grupy wychodzi poza kilka treningów w tygodniu?

MICHALINA KOZA: Zdecydowanie. Ja akurat mieszkam dość daleko, więc może nie jest to codzienny kontakt, ale śmiało mogę powiedzieć, że mam tutaj jedyne przyjaciółki, jakie posiadam. A to już bardzo wiele dla mnie znaczy. 

MARTA CHMIELEWSKA: Też z 3-4 dziewczynami trzymam się bardzo blisko. Jak tylko jest okazja, organizujemy wyjścia drużynowe. Na przykład wspólnie idziemy na basen, a później coś zjeść, żeby to funkcjonowało jak w normalnej, zgranej szatni. Treningi, boisko, mecze to jedno, ale spędzanie czasu poza klubem i poznawanie się też jest ważne. Bo kiedy wszystko gra w szatni, to później efekty widać na boisku. I chyba po naszej grze widać, jak wielką radochę nam to daje. Głównie dlatego, że się lubimy.

MICHALINA KOZA: Czuję, że jesteśmy bardzo zżyte i to jest bliższy kontakt niż w innych szatniach. Nie czuć tej różnicy wieku.

MARTA CHMIELEWSKA: Zawsze jest czas na docieranie się. Jak przychodzi ktoś nowy, to chwilę to zajmuje, aby się poznać, ale jesteśmy zespołem z bardzo otwartym podejściem do nowych twarzy. Tak jak powiedziały Miśka i Amelka, na początku były starsze i młodsze grupy, ale ja już czasami zapominam o tej różnicy wieku. Nikt się nie odcina, bo jest dorosły. Nie jest ważne, czy masz 17 lat, czy 30 lat, bo potrafimy znaleźć wspólny język. 

AMELIA PRZYBYLSKA: W pewnym momencie trzeba było trochę dojrzeć i dojść do tego, że musimy ze sobą porozmawiać, a to bardzo otwiera. Magda została kapitanem, więc siłą rzeczy trudno było z nią nie porozmawiać. A to też pomogło, bo stała się takim łącznikiem na początku. Wiadomo, że przy tylu osobach tworzą się grupki, ale jak wchodzisz do szatni, to nie czujesz żadnych barier ani różnicy wieku. Wszyscy się rozumieją.

MICHALINA KOZA: To też dość naturalne, że wspólne tematy i zainteresowania łączą. Z nimi łatwiej i szybciej można się dogadać. Ale jak już jedno wspólne się znajdzie, to rozmowa się nie kończy. Mam wrażenie, że mocno wymieniamy się doświadczeniami i pomagamy sobie.

AMELIA PRZYBYLSKA: Na przykład w szkole, bo my cały czas się uczymy. Muszę przyznać, że starsze zawodniczki w szatni są bardzo mądre, więc warto z tego korzystać. Czasem można zapytać o jakąś pomoc przy pracy domowej.

MARTA CHMIELEWSKA: Oj tak, jest śmiesznie. Tym bardziej, że ja studiowałam nauczanie języków obcych, jestem z zawodu nauczycielką, więc Amelka kiedyś się dopytywała, czy nie przygotuję jej do matury. Jest naprawdę zabawnie.

Legia-Ladies[12].png

MICHALINA KOZA: Teraz serio nie czuć tej różnicy wieku, bo to się zaciera.

MARTA CHMIELEWSKA: My też o tym myślałyśmy. Dajmy na to Klaudia Bodecka studiuje psychologię i organizuje nam warsztaty, dzięki którym mamy szansę, aby się lepiej poznać. I bardzo często osoba starsza łączy się w parę z młodszą, aby dowiadywały się o sobie jeszcze więcej. To też istotne, że nie odcinamy się, tylko specjalnie szukamy tego kontaktu z różnych generacji.

Co w tej szatni było największym zderzeniem światów?

AMELIA PRZYBYLSKA: Ja wcześniej do sierpnia 2020 roku trenowałam z chłopakami, więc to zderzenie było całkiem widoczne. Inne charaktery, inne podejście. Na pewno szatnia dziewczyn jest głośniejsza i żywsza. 

MICHALINA KOZA: Trochę barwniejsza. Z chłopakami też było w porządku, traktowali mnie jak kumpla i nie miałam na co narzekać, ale tu jednak widać większe zrozumienie.

MARTA CHMIELEWSKA: Pamiętam, że na trzecim treningu, gdy jeszcze z nikim nie gadałam, siadłam obok Martyny Syperek, której nie znałam. Siedzimy w ciszy, przebieramy się i nagle ona patrzy na mnie: a ty z której klasy liceum jesteś? Dziewczyno, ja już po studiach. To piękny komplement, ale nie spodziewałam się aż takich rzeczy na początku. Dawała mi 2 klasę liceum.

AMELIA PRZYBYLSKA: Bałyśmy się, że to jednak będzie przeskok. My po 15 lat, one po 25-30. 

MARTA CHMIELEWSKA: Amelka, to wcale nie jest tak dużo. Tu większość się czuje na 18. 

AMELIA PRZYBYLSKA: A to prawda. Zbliżał nas czas, ale ja też czułam, że każda bramka podczas sparingów dawała wielki postęp. To takie uczucie, kiedy jednak dzielisz wspólne radości, wszystko zaczyna się zawiązywać, więc idziesz krok dalej. Później rozmawiasz o tej bramce, opowiadasz o niej i już czujesz jakąś więź. Każdy trening i mecz dawał postępy.

0Q8A0687.jpg
Fot. Mateusz Kostrzewa

O kim myślicie w drodze na trening z uśmiechem? Co się będzie działo w szatni i kto będzie napędzał atmosferę?

MARTA CHMIELEWSKA: Na przykład Amelka puszcza muzykę, której ja nie rozumiem.

MICHALINA KOZA: Marta, bez wątpienia.

MARTA CHMIELEWSKA: Ja się przecież nie odzywam. Jestem cicha i spokojna, ale jak tu przychodzę to pokazuję inną twarz Marty z szatni. Co zrobię, lubię żartować. Na pewno też słychać Klaudię Bodecką i widać wraz z jej układami tanecznymi. Każdy ma w sobie to coś, co daje pełen obraz. Na przykład Olga Grodkowska: ona jest cicho, cicho, ale jak odpali jakiś żart, to można zamykać imprezę.

MICHALINA KOZA: Sarkazm wybitny. 

MARTA CHMIELEWSKA: Kocham jej żarty. Każdy dokłada do tego swoją cegiełkę, a że ja jestem głośna… Amelka tak samo. Tańczy, żartuje, puszcza muzykę, chociaż nie zawsze ją rozumiem.

Co tam jest grane?

AMELIA PRZYBYLSKA: Wszystko. I do tańca, i na każdą okazję. Wjedzie disco polo, czasem klubowe rzeczy, też coś spokojniejszego albo starsze hity.

MARTA CHMIELEWSKA: Mamy swoją playlistę, gdzie każdy wkleja piosenki, aby były dopasowane do każdego gustu. Ale Amelka nie podąża za nią i puszcza swoje hity.

AMELIA PRZYBYLSKA: Jak nie ma muzyki, nikt nie przyniesie głośnika, to nie mogę zostawić tak tej sprawy. Ja pamiętam o głośniku, więc zawsze lepiej coś puścić, niż siedzieć w ciszy.

MICHALINA KOZA: Albo i nie. Ale ja już się chyba przyzwyczaiłam.


MARTA CHMIELEWSKA: Miśka jest największą przeciwniczką tych wyborów. Jest kolorowo w tej szatni. Pobujamy się, pośmiejemy, potańczymy. Na pewno to siedzi w głowie, jak już wchodzisz do szatni. Zawsze ktoś tańczy, zawsze.

AMELIA PRZYBYLSKA: I przed każdym meczem jest głośna muzyka. A jak nie ma, to przepraszam, ale zapomniałam głośnika.

Co jeszcze jest takim charakterystycznym elementem waszej szatni?

MICHALINA KOZA: Dla mnie ciekawe jest to, że jak przychodzimy przed treningiem, to praktycznie witamy się z każdą osobą. A jest nas ponad 30. W poprzednich drużynach czegoś takiego nie widziałam. W sumie nigdzie. Zawsze było „cześć” rzucone gdzieś w przestrzeń, do wszystkich, tak w ciemno. A tu jednak uścisk z każdym i takie bardziej czułe powitanie.

AMELIA PRZYBYLSKA: Jak nie misiek, to piątka albo żółwik, ale rzeczywiście od zawsze było cieplejsze powitanie.

MARTA CHMIELEWSKA: Jak jest 35 osób, to jest co robić, dlatego lepiej pojawić się na samym początku i mieć spokój, że inni do ciebie podchodzą.

AMELIA PRZYBYLSKA: Jak ktoś wychodzi i rzuca „cześć” na odchodne, to wiesz, że naprawdę mega spieszy się do domu i wszyscy o tym wiedzą. Ale to wyjątkowe sytuacje.

ern-91801600672286.jpg
Fot. Mateusz Kostrzewa

35 osób to niezła mieszanka wybuchowa. Pewnie trudno nad tym zapanować.

MARTA CHMIELEWSKA: Najgorzej jest wyjść na trening. Mamy kilka gwiazd od spóźniania się. Ada Markiewicz jest ewenementem, bo zawsze przychodzi pół godziny przed treningiem i zawsze wychodzi za późno, bo trochę zajmuje jej ogarnięcie się. Żeby nad tym zapanować, trener prosi nas, abyśmy wychodziły na boisko wszystkie razem. Jak na grupę przystało.

AMELIA PRZYBYLSKA: Inaczej jest w wakacje, inaczej ze szkołą, bo jednak wracasz prosto z zajęć. Pewnie też nie każdy ma dobry dojazd, stąd czasem biorą się spóźnienia.

MARTA CHMIELEWSKA: Już nie musisz się tłumaczyć. Zasada jest taka, że spóźnione osoby zbierają sprzęt po treningu, więc jest uczciwie. To też nowa zasada. 

MICHALINA KOZA: Dobrze, że nie najmłodsze.

MARTA CHMIELEWSKA: Byłam za tą zasadą, ale później weszło koło fortuny, gdy wszyscy byli na czas. Jest taka aplikacja, wpisuje się wszystkie imiona i nazwiska, puszczasz kilka razy koło fortuny i losuje osoby, które będą nosiły sprzęt. Dzięki temu trafiają mi się dyżury. Niby sprawiedliwość, ale coś czuję, że moje nazwisko wpisują tam kilka razy, bo za często na mnie trafia. 

AMELIA PRZYBYLSKA: Ale przed wyjściem też czekamy na siebie i wychodzimy grupami. Zawsze też staniemy przed budynkiem klubowym i poczekamy na te przebierające się wolniej.

Jakby pogrzebać w pamięci, jakie były wasze ulubiony momenty w Legii?

AMELIA PRZYBYLSKA: Wygrane derby z Polonią i pierwszy gol Marty. Zdecydowanie. 

MARTA CHMIELEWSKA: Ja nie zdobywam bramek, więc to było święto.

AMELIA PRZYBYLSKA: A ja zwykle nie podaję, więc to też było święto.

MARTA CHMIELEWSKA: Ona jest typowym napastnikiem, widzącym przed sobą tylko piłkę i bramkę. Remisowałyśmy wtedy 0:0, to już była druga połowa, Amelia dostała piłkę na skrzydle, więc mówię – nie biegnę, bo przecież i tak mi nie poda, tylko zmarnuję siły. Klaudia Grodzka krzyknęła, żebym się podłączyła, więc dobra, ruszyłam. I ku mojemu zaskoczeniu dostaję piłkę. Jak nie ona. I jeszcze celnie. Przyjęła prawą nogą, strzeliłam lewą, niesamowity moment.

AMELIA PRZYBYLSKA: Ten gol był szokiem dla wszystkich. Ja podałam, ty strzeliłaś gola, jeszcze w derbach.

ern-90231600672273.jpg
Fot. Mateusz Kostrzewa

MARTA CHMIELEWSKA: Dziewczyny śmiały się, że po czymś takim już nigdy nie muszę strzelać. To było duże wydarzenie i niezwykle ważne – cały ten mecz z Polonią popchnął nas do przodu.

MICHALINA KOZA: Przekleństwem nas, środkowych pomocników, jest to, że nie strzelamy za wiele bramek. Super, że Marcie się udało z Polonią. Zwykle rozgrywamy, podajemy, mamy swoją rolę.

MARTA CHMIELEWSKA: Duży wybuch radości. Nawet mamy takie zdjęcie, kiedy nasza bramkarka przybiegła się cieszyć i wskoczyła na nas. To pokazuje, że patrzymy w jednym kierunku i każdy cieszy się z sukcesów innych.

MICHALINA KOZA: Miałyśmy jeszcze taki mecz na samym początku. Później z pamiętnym zdjęciem w szatni, w czerwonych strojach, pamiętacie? Jedna z pierwszych wygranych. I taki efekt wow, udaje nam się, to ma ręce i nogi. Krzyczałyśmy w szatni, była wielka radość, duży zastrzyk motywacji i wiary.

AMELIA PRZYBYLSKA: To chyba był drugi mecz ligowy seniorski, wygrałyśmy na Legii. Byłyśmy nową drużyną i to dało nam do zrozumienia, że wiele umiemy i stać nas na bardzo wiele, więc wygrana nas wzmocniła. Jak zaczynałyśmy sparingi i prawie wszystkie kończyły się wygraną, to też było budujące. Coś tam się tworzyło. Pierwszy raz widzimy się na oczy i pokonujemy zespoły, które grają ze sobą bardzo długo. To też były ważne momenty. Takie mocne uderzenie, że drzemie w nas spory potencjał.

Co jeszcze pamiętacie z takich fundamentalnych momentów po tym ponad roku razem?

MARTA CHMIELEWSKA: Nie szukałabym tylko tych radosnych. Bo tak naprawdę budowały nas też ciężkie momenty. Większość meczów to zwycięstwa, ale nie oszukujmy się, że kiedy podwijała nam się noga – jakieś remisy czy porażki, przez które straciłyśmy awans do ligi– to też budowało nas jako drużynę. Mimo że przegrywamy, jesteśmy w tym razem. Bez oskarżania się czy szukania winnych. Bez wypominania, że ktoś zmarnował trzy setki. Ciężkie momenty nas łączą.

AMELIA PRZYBYLSKA: Podobał mi się jeszcze obóz dochodzeniowy. Zamknięcie na Legii na kilka dni. Prawie tu mieszkałyśmy, więc dużo się działo. Wtedy poznajesz siebie najlepiej. Tak samo wigilia klubowa, to też nas mega zbliżyło.

MARTA CHMIELEWSKA: Jak Legia gra w Lidze Europy czy po naszym derbowym meczu grała z Rakowem, to też sporą częścią zespołu poszłyśmy razem na stadion i oglądałyśmy spotkanie. Dużo jest takich wspomnień. My we trójkę miałyśmy też okazję wziąć udział w promocji koszulek meczowych. Wtedy to szczególnie spędziłyśmy razem sporo czasu przez 3 dni.

AMELIA PRZYBYLSKA: Porozmawiałyśmy na każdy temat. Modeling, makijaż, włosy.

MARTA CHMIELEWSKA: Amelię wtedy pierwszy raz ktoś pomalował przed sesją zdjęciową. Pamiętam, że byłaś zachwycona i śmiałaś się przez trzy dni, że nie będziesz zmywać tego makijażu.

AMELIA PRZYBYLSKA: Weszłam do szatni z tekstem: Boże, zobaczcie, jak ja wyglądam. Tak było. Sporo tych śmiesznych momentów.

MICHALINA KOZA: Ja lubię ten, jak byłyśmy razem na basenie, a później na wspólnym posiłku w Hali Gwardii. Wszystkie przy jednym stole i tylko pytania: mogę spróbować, mogę spróbować?


MARTA CHMIELEWSKA: Jak jest okazja, to staramy się coś razem organizować. Byłyśmy też na finale Ligi Mistrzów w Multikinie, ale potem zremisowałyśmy czy przegrałyśmy spotkanie, więc trener mówił nam, że nigdy więcej takich późnych wyjść przed meczem. Przez cały sezon przegrałyśmy tylko dwa spotkania i to było jedno z nich.

MICHALINA KOZA: Dobrze się dogadujemy. Tu nie ma wątpliwości.

Ale to też musi być trudne, że przy tak szerokiej drużynie i tylu dziewczynach połowa czasem nie łapie się do kadry meczowej.

AMELIA PRZYBYLSKA: To ważny temat i dlatego mocno walczymy o wejście do wyższej ligi, bo wtedy będzie szansa, aby mieć też kolejny zespół w lidze i nie czekać na szansę na wejście do składu.

ern-92151600672294.jpg
Fot. Mateusz Kostrzewa

MARTA CHMIELEWSKA: To jest trudny wątek, bo rywalizacja jest bardzo duża, ale nie ma między nami aż tak dużych różnic w umiejętnościach. Współczuję trenerowi, że musi podejmować takie decyzje co tydzień i szukać 18 nazwisk. Ktoś, kto grał cały sezon w pierwszym składzie, teraz czasem nie łapie się do osiemnastki. Zdarza się, że ktoś podchodzi do tego personalnie, więc rzeczywiście trzeba być z tym ostrożnym.

MICHALINA KOZA: Konkurencja jest wielka, ale na szczęście nie przekłada się na nasze relacje. Bardzo się w tym wspieramy i nie ma to przełożenia na późniejsze podejście między nami.

Kto najbardziej się rozwinął i przeszedł największą przemianę przez ten rok?

AMELIA PRZYBYLSKA: Mi nie może wyjść z głowy Marta i ten strzał z Polonią.

MARTA CHMIELEWSKA: Ja też, ale miałam 7-letnią przerwę, więc musiałam po prostu przypomnieć sobie piłkę. Dla mnie Zosia Błoch, która jest jedną z młodszych zawodniczek, ale zaczynała na bramce, a teraz jest w środku pomocy…

Usłyszałem o niej kiedyś taki zwrot: Sergio Busquets w spódnicy.

MARTA CHMIELEWSKA: Moim zdaniem jeszcze kilka lat i możemy o niej usłyszeć, jeśli będzie się tak rozwijać. Na pewno też Klaudia Bodecka, która na początku zeszłego sezonu grała 10-15 minut, a teraz całe spotkanie i stała się mocnym ogniwem zespołu. Kiedy zaczynała na prawej obronie, trochę się bałam. Byłam niepewna, a teraz wiem, że nic złego się tam nie wydarzy.

AMELIA PRZYBYLSKA: Miałyśmy spotkania z trenerami na temat tajników gry na danych pozycjach i to każdej wiele dało. Pokazywali nam, czego od nas oczekują, co powinniśmy grać. Ja na przykład przyszłam do Legii ze swoim doświadczeniem z grania u chłopców, bardzo chaotycznym i dopiero zaczęłam się rozwijać, wiedząc bardziej o co chodzi. Tutaj uważam, że każda z nas pod tym względem mocno się rozwinęła.

MARTA CHMIELEWSKA: Każda z nas jest na innym etapie, widzimy ogólny rozwój po całej drużynie. Na ten krótki czas, czyli rok z kawałkiem, naprawdę jesteśmy solidną ekipą, która może mierzyć wysoko, jeśli jeszcze trochę ze sobą pogra i to ugruntuje.

Ale największy sukces po tym czasie to…

MICHALINA KOZA: Zbudowanie takiej grupy, takiego zrozumienia i tak dobrej atmosfery.

MARTA CHMIELEWSKA: Idziemy w dobrym kierunku.

AMELIA PRZYBYLSKA: I to też pokazują kolejne mecze Legia Ladies. Zaraz finał Mazowieckiego Pucharu Polski. Musimy myśleć bardzo ambitnie.

Chcecie dołączyć do kobiecych drużyn Legii Warszawa? Zapraszamy do zapisów: www.LegiaSoccerSchools.pl

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.