Dziś klasycznych rozgrywających już nie ma. Emerytury Drew Breesa i Philipa Riversa zwiastują koniec ery w NFL

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
Philip Rivers
Fot. Andy Lyons/Getty Images

Parafrazując klasycznego mema – niby człowiek wiedział, że ten moment nadejdzie, a jednak trochę się łudził. Philip Rivers i Drew Brees kończą kariery, co oznacza, że w NFL coraz szybciej kończy się epoka stojących niczym posągi rozgrywających. Kolejni tego typu gracze odchodzą po latach znakomitego grania, a w ich miejsce przychodzą zastępcy, którzy nie do końca pasują do tego samego stylu.

Futbol amerykański drastycznie zmienia się wraz z upływem czasu – to wie każdy fan NFL i tej dyscypliny. Kiedyś rozgrywający prawie w ogóle nie rzucali, teraz – mogą i potrafią to robić całe mecze. Jeszcze w XX wieku gra była znacznie bardziej brutalna i ryzykowna, teraz dużo bardziej dba o bezpieczeństwo i zdrowie, także długofalowe skutki gry w NFL, u swoich gwiazd. Futbol jest nastawiony na atak, co sprawia, że jeszcze więcej odpowiedzialności jest w rękach rozgrywających. Tylko właśnie – czy aby na pewno w rękach?

NOWA FALA

Nowoczesny rozgrywający musi umieć biegać z piłką. Podawać – jak najbardziej, to wciąż najważniejsza kwestia u każdego z nich, jednak choćby niewielka umiejętność użycia nóg w sytuacji wyższej konieczności jest bardzo potrzebna, co widać co najmniej na kilku futbolowych poziomach.

Patrick Mahomes, Deshaun Watson, Lamar Jackson, Josh Allen, Kyler Murray – to tylko kilka najgłośniejszych nazwisk z ostatnich draftów. Co ich łączy? Mniejsza lub większa łatwość w zdobywaniu jardów nie tylko rzucaniem, ale i bieganiem oraz to, że już w swoich pierwszych latach zostali gwiazdami ligi. Pokazali, że można na bardzo wysokim poziomie robić i jedno, i drugie, bo przez długie lata wielu myślało, że tzw. „dual-threat QB” to wyjątkowe przypadki, np. w postaci Michaela Vicka lub Cama Newtona, których zresztą niektórzy wyżej wymienieni gracze (Watson, Jackson) nazywają swoimi wzorami w kwestii stylu gry. Kiedy jednak te wyjątkowe przypadki pojawiały się coraz częściej, menedżerowie klubów NFL zaczęli zmieniać swoje podejście. W końcu kiedy coraz więcej drużyn ma takie „podwójne zagrożenie” jako swojego lidera, to brak takiego oznacza pozostanie nieco w tyle za rywalami.

NIE BIEGASZ, NIE GRASZ

Wkrótce okazało się, że niezbyt mobilnymi rozgrywającymi są głównie ci, którzy w lidze grają bardzo długie lata. Tom Brady, Drew Brees, Philip Rivers, Ben Roethlisberger, Matt Ryan, a do niedawna jeszcze bracia Manning, Peyton i Eli. Młodszych i niezbyt mobilnych podstawowych zawodników można wyliczyć na palcach jednej ręki, a i tak są to zawodnicy, który już co najmniej pięć lat w lidze mają za sobą (jak Teddy Bridgewater czy Jared Goff).

Jeszcze kilka lat temu umiejętność zdobywania jardów „dołem” była – przy ocenianiu młodych rozgrywających – miłym dodatkiem. Teraz staje się niemal obowiązkiem. Wystarczy spojrzeć na najbliższą klasę draftową. Nie ma tam może biegających rozgrywających pokroju Jacksona, ale każdy z najlepiej ocenianych prospektów potrafi pobiec, jeśli będzie trzeba, a czasem nawet doda coś od siebie. A jeśli nie, ma przy sobie bardzo dużego minusa, tak jak Kyle Trask, u którego brak atletyzmu jest wymieniany jako największa wada. Pięć do dziesięciu lat temu Trask mógłby być niemal pewnym pierwszorundowym wyborem, a teraz mówi się o tym, że może spaść nawet do „środkowych” rund (draft NFL ma ich siedem).

Co więcej, z informacji wychodzących z uczelni wynika, że rekruterzy niektórych z nich już nawet nie biorą pod uwagę niebiegających rozgrywających z liceum i jeśli dany zawodnik jest mało atletyczny – nie wysyłają tam swoich skautów. W ten sposób coraz trudniej o zawodnika grającego w klasycznym stylu na uczelniach, a co dopiero w NFL.

ŻYWE POMNIKI

Pozostały nam więc „dinozaury”, jednak jak sama nazwa wskazuje, każdy z nich jest już bliżej niż dalej. Może poza Bradym, bo o nim żartuje się, że i za 15 lat usłyszymy od niego „jeszcze dwa lata”. Sam sezon 2020 zabrał nam prawdopodobnie aż dwóch graczy tego typu, Riversa i Breesa. Pierwszy, po szesnastu sezonach w Los Angeles Chargers i jednym w Indianapolis Colts, oficjalnie kończy karierę jako gracz z piątą największą liczbą rzuconych jardów i przyłożeń w historii ligi NFL. A także – mówiąc pół żartem, pół serio – jako jeden z jej najlepszych trash-talkerów.

Rivers miał w karierze sporo pecha. Jak nie do słabego składu wokół, to do trenerów albo do kontuzji, kiedy np. grał przeciwko niepokonanym New England Patriots w meczu o awans do Super Bowl w styczniu 2008 roku z zerwanymi więzadłami krzyżowymi, a i tak rywalom wcale nie było łatwo. A kiedy już wszystko zgrało się w bardzo dobrą drużynę w jego ostatnim roku w Colts, to sam Rivers był już w zasadzie po drugiej stronie rzeki, mimo że z mocnymi Buffalo Bills miał nawet szansę na zwycięstwo w pierwszej rundzie play-offów. Zaraz zaczną się debaty – czy Rivers jest graczem godnym Hall of Fame? Jako jedyny z trzech najlepszych QB swojej klasy draftowej (Roethlisberger, E. Manning) nie ma mistrzowskiego pierścienia ani nawet występu w Super Bowl, jednak biorąc pod uwagę okoliczności i samą grę - był być może najlepszym z nich.

HALL OF FAMER

Takich wątpliwości nie będzie przy Breesie, który oficjalnie jeszcze kariery nie skończył i mówi, że musi najpierw wszystko przeanalizować, jednak wszelkie raporty z dobrze poinformowanych źródeł mówią o tym, że zawiesi kask na kołku i zostanie ekspertem telewizyjnym. Dyskusji o Galerii Sław nie będzie, bo Brees pierścień mistrzowski ma, a dodatkowo ma jeszcze masę rekordów, na czele z – przynajmniej na razie – największą liczbą rzuconych jardów w sezonie regularnym w historii. Jako jedyny dotychczas przekroczył magiczną liczbę 80 tysięcy choć to się może szybko zmienić, bo tuż za nim jest Brady, który kariery jeszcze nie kończy. W liczbie rzuconych przyłożeń Brees jest drugi, za Bradym właśnie. Przez większość kariery był topowym rozgrywającym, szczególnie po przejściu do New Orleans Saints, gdzie spędził piętnaście sezonów. Pierwsze pięć rozegrał w Los Angeles (choć wtedy jeszcze San Diego) Chargers, gdzie zastąpił go… Rivers.

Czy jest jeszcze szansa, że Brees zmieni zdanie i pozostanie choćby na jeden rok, skoro w teorii ma jeszcze ważny kontrakt? Sądząc po jego reakcjach – niezbyt wielka. Ostatnie spojrzenie na jego ukochany stadion Saints, łza w oku po porażce – wydaje się, że więcej go w futbolowym stroju nie zobaczymy.

A to oznacza dla fanów tylko jedno – jeśli lubicie rozgrywających w starym stylu, to cieszcie się nimi, póki możecie, bo za chwilę znikną nam z radarów. Nie ma już Breesa i Riversa, a bardzo możliwe, że i Roethlisberger długo się zastanowi, czy jeszcze wrócić na boisko. Z pewniaków na przyszły sezon został już tylko nieśmiertelny Brady, choć i on mówił wielokrotnie, że chciałby grać do 45. roku życia, a tych lat będzie miał za moment 44.

Jedno jest pewne. W NFL kończy się właśnie pewna era, której symbolami byli wielcy rozgrywający, ale preferujący jeszcze dawny styl. Nie da się opowiedzieć historii ligi bez Breesa, Riversa, Roethlisbergera, braci Manningów czy oczywiście Brady'ego, a każdy z nich zbudował sobie pomnik w XXI wieku. Za jakiś czas będą jednak funkcjonowali jako ostatni rozgrywający starego typu, a ich miejsce zajmą szybsi, bardziej atletyczni i uniwersalni zawodnicy. Futbol się rozwija i robi się coraz bardziej efektowny, jednak dla pewnego typu gracza, który dał nam tylu fantastycznych zawodników, nadchodzą niezwykle trudne czasy.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.