Kamil Glik w kotle czarownic. Benevento - klub złych mocy, o którym rapował Quebo

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
glikglowneGRZ7716JED.jpg
Grzegorz Jedrzejewski / 400mm.pl

Miasteczko, w którym zagra stoper reprezentacji Polski, to we włoskiej kulturze odpowiednik polskiej Łysej Góry. Najpierw było znane głównie z czarownic, później także ze słodkiego alkoholu. Aż zainwestował tam ojciec włoskiej energii odnawialnej i o Benevento usłyszał także świat futbolu.

Dawno, dawno temu była w dalekim kraju ciepła kraina, którą rządził starożytny lud Samnitów. Ich głównym miastem było groźnie brzmiące Maleventum, co po łacinie oznaczało „miejsce złych wydarzeń”. Gdy Rzymianie pobili Samnitów, miejscową ludność potraktowali okrutnie i przekornie nazwali osadę „Beneventum”, czyli miejscem dobrych wydarzeń. Ale wycinając w pień całą okolicę, powalili także siekierami święte drzewo orzechowe. W miejscu, w którym rosło, nad rzeką Sabato, przez kolejne wieki nocami zbierały się miejscowe czarownice, a mieszkańcy, by je odstraszać, przed snem zostawiali przed drzwiami miotły i ziarenka soli. Gdy więc w 2017 roku, po pechowej porażce jego zespołu z Juventusem, prezes miejscowego klubu powiedział dziennikarzom „La Gazzetty dello sport”, że seria niepowodzeń to wynik działania nieczystych mocy, które wiążą się z tym miastem, nie został uznany za wariata. Po prostu wpisał się w wielowiekową tradycję miejsca owianego grozą.

OJCIEC ZIELONEJ ENERGII

Prezydenta, który działaniem czarownic tłumaczył ligowe porażki, tym trudniej było uznać za odmieńca, że biorąc pod uwagę wszelkie współczesne kategorie, jest człowiekiem sukcesu. W Kampanii, południowym regionie kraju, należy do najbogatszych ludzi. Oreste Vigorito zbudował fortunę na wietrze. W 1993 roku założył w Avellino, odległym o trzydzieści kilometrów od Benewentu, IVPC, czyli Włoską Korporację Energii Wiatrowej. Stał się jednym z włoskich pionierów zielonej energii, a obecnie jest uznawany za ojca tamtejszych odnawialnych źródeł energii. Działa także za granicą, inwestując chociażby w Maroku. Jego imperium składa się obecnie także z firm z branży hotelarskiej, czy medialnej. W 2006 roku wraz z bratem Cirem włączył się w odbudowę lokalnego klubu piłkarskiego, który akurat był świeżo po bankructwie. To była nie tylko klasyczna historia o miejscowym magnacie, który zlitował się nad biedakami kopiącymi w piłkę, lecz dowód majstersztyku marketingowego. „Bene” to po włosku „dobrze”. „Vento” to „wiatr”. Żaden inny klub na świecie nie pozwoliłby w tak naturalny sposób reklamować energii wiatrowej.

WŁOSKA ŁYSA GÓRA

Te historyjki o czarownicach nie są odgrzebywaniem jakichś przestarzałych legend. 60-tysięczne miasto z ubogiego regionu kraju, jeśli było dotąd z czegoś znane, to właśnie z sabatów czarownic, które miały się tam odbywać. Było włoską Łysą Górą. Pojawiało się przy tej okazji w licznych baśniach, musicalach, baletach i operach. Zanim do powszechnej świadomości Włochów dotarł klub piłkarski, założony w 1929 roku, ale przez ponad osiemdziesiąt lat grający tylko w lokalnych niższych ligach, przebił się do niej — dostępny także w Polsce — likier Strega, co po włosku oznacza czarownicę. Żółtą barwę na koszulkach nowy klub Glika zawdzięcza właśnie likierowi o tym samym kolorze. Czarownicy w herbie i przydomku „Czarodzieje” nie trzeba już tłumaczyć.

Vigorito miał powód, by dopatrywać się działania sił nieczystych, bo pierwszy i jak dotąd jedyny sezon w Serie A, przebiegał dla jego klubu koszmarnie. Marsz przez włoski futbolu długo się nie układał. Cztery lata po inwestycji w Benevento zmarł starszy z braci, którego imię nosi dziś lokalny stadion. Po dziewięciu latach nieudanej walki o Serie B młodszy zrezygnował z prowadzenia klubu. Wytrzymał bez piłki tylko niecały rok, w którego trakcie udało się wywalczyć historyczny awans na drugi szczebel. Po nim błyskawicznie powrócił wraz z pieniędzmi na kierownicze stanowisko i pomógł sprawić jedną z największych sensacji w historii Serie B. Absolutny beniaminek po roku świętował awans. Zajął dopiero piąte miejsce, ale przebił się przez baraże. Tylko Sampdorii Genua kilka lat wcześniej udało się awansować z niższej pozycji.

KOMPROMITUJĄCY POCZĄTEK

To, co miało być początkiem pięknej historii i stanowić ożywienie dla całego regionu, przyniosło klubowi międzynarodową sławę, której zdecydowanie wolałby uniknąć. Benevento zostało klubem, który wystartował w sezon najgorzej w historii czołowych pięciu lig Europy, przebijając wynik Manchesteru United z końca lat dwudziestych poprzedniego wieku. Słowo „wystartował” jest tu jednak mało precyzyjne, bo start przedłużył się na większość rundy jesiennej. Beniaminek ligi włoskiej przegrał czternaście pierwszych meczów w Serie A. Nie przetrwali tego ani trener, który wywalczył kilka miesięcy wcześniej historyczny sukces, ani dyrektor sportowy. Piłkarzy i tak już nie było, bo po awansie wymieniono praktycznie całą kadrę. To w tamtym okresie Quebonafide nawijał o tych, którzy "bez ambicji przegrywają jak Benevento.

EFEKTOWNA ODBUDOWA

Gdy w 95. minucie meczu piętnastej kolejki przeciwko Milanowi gol bramkarza dał Benevento remis 2:2, wstydu na całą Europę najadła się ekipa z San Siro. Tamten punkt, świętowany przez miejscowych jak zdobycie mistrzostwa Włoch, nie był jednak przypadkiem, lecz początkiem tendencji. Trener Roberto De Zerbi, zatrudniony po dziesiątej porażce od startu rozgrywek, zmontował ze słabeusza bardzo odważną i ofensywną ekipę, która w drugiej części sezonu, po licznych zimowych transferach, zostawiła po sobie całkiem niezłe wrażenie. Nie tylko udało jej się uniknąć miana najgorszej drużyny w historii ligi, ale wręcz skończyła sezon tylko cztery punkty za przedostatnim miejscem. Sześć zwycięstw to już wynik, którego nie trzeba się było wstydzić, a dla samego De Zerbiego stanowił trampolinę do Sassuolo, gdzie od dwóch lat radzi sobie świetnie.

TRADYCYJNE ZADANIA

Benevento natomiast najwyraźniej polubiło ekstrema. Po sezonie, w którym zaskakująco szybko zdołało się pozbierać, zajęło trzecie miejsce i przegrało powrót do elity dopiero w barażach, rozegrało najbardziej imponujący rok w historii drugiego szczebla rozgrywek w Italii. Awans zapewniło sobie już na siedem kolejek przed końcem. Wynikiem punktowym przebiło nawet Juventus, który grał w drugiej lidze tylko przez rok po przymusowej degradacji za korupcję. Filippo Inzaghi, którego dotychczasowe dwa podejścia do Serie A skończyły się porażkami, stworzył na południu Włoch potwora. Jego drużynę charakteryzuje przede wszystkim znakomita gra w defensywie. Były skuteczny napastnik skupia się w pierwszej kolejności na zabezpieczeniu własnej bramki. Unika raczej innowacyjnych metod. Jego gracze bronią względnie nisko, nierzadko stosując krycie indywidualne, co po awansie do Serie A na pewno nie zostanie porzucone, a może nawet stanie się jeszcze wyraźniejsze. Od Glika nikt nie będzie więc nagle oczekiwał zastawiania pułapek ofsajdowych kilkadziesiąt metrów od bramki i ścigania się z napastnikami rywali. To będą raczej do wykonania klasyczne zadania stopera.

KRÓLEWSKI TRANSFER

Wiele wskazuje na to, że drużyna – podobnie jak za pierwszym razem – znów przejdzie spore przemeblowanie. W Benevento chcą dodać kadrze jakości, poprzez stworzenie u siebie namiastki ligi tureckiej – zespołu pełnego znanych nazwisk, mającego szczytowe momenty karier już za sobą. Dotychczasowym liderem czteroosobowej obrony był Luca Caldirola, znany z wielu lat gry w przeciętnych klubach Bundesligi. Glik raczej nie jest jednak pozyskiwany jako jego następca, lecz prawonożny partner na pozycję stopera.

Dla 32-letniego środkowego obrońcy reprezentacji Polski to powrót do ligi, w której czuje się najlepiej i w której wyrobił sobie na tyle dużą markę, że dostanie ponoć podobne pieniądze, co w księstwie. W drużynie beniaminka Serie A powinien mieć zapewnioną regularną grę, bo to dla tego klubu pozyskanie podstawowego stopera AS Monaco to królewski transfer. Wyjazd do Francji pozwolił Polakowi sięgnąć po pierwsze w karierze mistrzostwo kraju, dojść do półfinału Ligi Mistrzów, cały czas grając bardzo regularnie. Zagrożenie, że na rok przed mistrzostwami Europy Glik zacznie się rzadziej pojawiać na boisku, jest więc raczej niewielkie. Największym znakiem zapytania pozostaje, jaką drużynę uda się zbudować wokół niego. Padają znane nazwiska jak Loic Remy czy Fernando Llorente. Nawet gdyby głośne wzmocnienia wypaliły, trudno się spodziewać, by Benevento miało w przyszłym sezonie walczyć o coś więcej niż utrzymanie. Już przecież samo pozostanie w Serie A dla klubu, byłoby największym sukcesem w historii. Oby tylko złe moce w tym nie przeszkodziły.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.