Krach telewizji. Dlaczego Francuzi nabrali się na chińską bańkę i czy to początek większej katastrofy?

Zobacz również:Bolesne nauki polskich bramkarzy w Ligue 1. Pomyłki Bułki i Majeckiego
Paris Saint-Germain v RB Leipzig: Group H - UEFA Champions League
Fot. Aurelien Meunier - PSG/PSG via Getty Images

Kryzys telewizyjny we Francji nie wywróci świata piłki - ten przestawi zwrotnicę, a potem wróci w stare koleiny. Pewne są natomiast dwie rzeczy: futbol jeszcze nigdy nie był tak mocno uzależniony od wielkich platform. Dzisiaj lepiej trzymać się sprawdzonych statków niż wierzyć spekulantom z pięknym jachtem.

Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to pora otworzyć oczy. Idzie kryzys. Będą bankructwa, dziwne przejęcia i modlitwa o kredyt. Będzie wyprzedaż piłkarzy - to pewne. I spuszczanie powietrza z kół wszędzie, gdzie się da. Francuzi już to przerabiają. Lille zmieniło właściciela i od piątku należy do luksemburskiego funduszu. Montpellier na każdym meczu traci pół miliona euro, a prezydent Laurent Nicollin mówi: „Jeśli zaraz ktoś nie znajdzie rozwiązania, zaczniemy liczyć martwych”. Ligue 1 nie ma dziś kibiców na stadionach i nie ma transzy z telewizji. Spółka Mediapro okazała się wydmuszką.

To wszystko nie dzieje się w Mołdawii albo Kambodży. Dzieje się we Francji - kraju obecnych mistrzów świata, założycieli Euro, mundialu i klubowych pucharów. Ojcami pierwszej telewizji na europejską modłę też byli Francuzi - ironią jest to, że dziś nie mają żadnej, która w przyszłym roku na sto procent pokaże ich rozgrywki. Francja pierwsza odwołała w marcu sezon i anulowała „Złotą Piłkę". Namawiała kluby do niskoprocentowych pożyczek. I jeszcze klepała po plecach, mówiąc: „Macie, drugi największy kontrakt telewizyjny w Europie, będzie dobrze”. Kluby wydawały na zaś, a teraz zdziwienie. Jak w filmie „Czeski Sen” - za atrapą marketu, było puste pole.

KRADZIEŻ STULECIA

Dzisiaj łatwo pisze się o katastrofie, ale kto mógł wiedzieć. Był 29 maja 2018 roku, gdy pierwszy raz w historii zdarzyło się, że ktoś za prawa telewizyjne zapłacił 60 procent więcej niż poprzednik. Ligue 1 naprawdę wierzyła, że rusza w pościg za Premier League. I naprawdę miała na papierze trzy miliardy za lata 2020 - 2024. Nagle gwiazdy konkurencyjnych stacji, m.in. Anne-Laure Bonnet z BeIN pouciekały za pieniądzem. Powstał kanał Telefoot, a całość rzucono na rynek za 25 euro miesięcznie. Hiszpańscy właściciele mówili: „Zaczniemy zarabiać od 3 milionów abonentów”. Spekulowali i dzisiaj nie zarabiają. Mają ich tylko 600 tysięcy. A i tutaj kłamią, bo rocznych subskrypcji jest trzy razy mniej. W sierpniu zapłacili pierwszą ratę w wysokości 172 mln euro. Gdy w październiku przyszedł termin kolejnej, ktoś wyciągnął wtyczkę.

Teraz wszystko toczy się już w sądach. Mediapro początkowo próbował negocjować obniżenie kontraktu o 25 procent, ale skończy się tym, że zapłaci odszkodowanie 100 mln euro i zniknie. Francuzi mówią: daliśmy Hiszpanom klucze do naszego mieszkania, narobili bałaganu, a teraz uciekają. „L’Equipe” wydrukował nawet okładkę z czerwonymi kapturami „Casa de Papel” i nagłówkiem „Kradzież stulecia”. Nie dość, że ktoś ich oszukał, to jeszcze zrobił to w środku pandemii, pół roku po tym jak liga zaciągnęła 224 mln euro pożyczki, by załatać dziurę po marcowym zatorze poprzednich nadawców Canal+ i BeIN.

To jest cud, że ta liga jeszcze działa. W ten weekend miało dojść do strajku ludzi z Mediapro. Mówiono, że jeśli francuscy pracownicy nie będą chcieli pracować przy produkcji sygnału, to gotowe są zespoły z Hiszpanii. Ostatecznie kolejka trwa. Dziś hit Lille - PSG. Ale to i tak ciągle jest podróż bez mapy. Cierpi choćby futbol amatorski. Nowa umowa obiecywała przepływ pieniądza na dół piramidy i rozwój szkolenia. Zator na górze automatycznie zaorał wszystko.

DIABELSKIE PAKTY

Mediapro to spółka z Hiszpanii, założona w Barcelonie i mająca bogatą historię. Ale dzisiaj bardziej powinniśmy nazywać ją chińską, ponieważ 54 procent udziałów koncentruje się w Azji. Włosi już dwa temu powiedzieli: "Chcecie kupić u nas Serie A, to pokażcie gwarancje bankowe". Chińczycy nie pokazali, więc nie kupili. A we Francji nikt o to nie pytał. Otworzono szeroko drzwi i krzyknięto: chodźcie! Didier Quillot, były dyrektor LFP dostał pół miliona euro premii w dwóch ratach za podpisanie historycznej umowy. Ostatnio obiecał zwrot, ale to i tak niczego nie zmienia. Francja płaci za naiwność i chciwość. Za to, że chciała się kłaniać w pas Chińczykom tak jak od lat kłania się Katarowi.

To jest w tej chwili bagienko. Nasser Al-Khelaifi, prezes PSG straszy sądem i krzyczy: „Chcę poznać głównych winowajców”. Już teraz zapowiada, że mistrz Francji do końca roku będzie 200 mln do tyłu. Jean-Michel Aulas, właściciel Lyonu pali się ze wstydu, gdy przypomina mu się jak dwa lata temu wieścił, iż niedługo to Anglicy będą sprzedawać piłkarzy Francuzom, a nie odwrotnie. Dzisiaj, gdy Ligue 1 znowu chce pożyczek, ludzie w rządzie mówią: „Nie może być tak, że ktoś podejmuje idiotyczne decyzje, a my potem mamy to sprzątać”. Jeśli w nowym roku ktoś nie wydrukuje trochę papieru, to już w lutym wiele klubów nie będzie w stanie wypłacić pensji piłkarzom i pracownikom.

Zrzut ekranu 2020-12-20 o 00.39.33.png

Nadchodzi dziwny czas. Pewne jest tylko to, że niepewne jest wszystko. Scenariusz bazowy zakłada, że piłkarze będą sprzedawani jeszcze szybciej i jeszcze taniej, w założeniu, że niepewny rynek będzie chciał to wszystko wchłonąć. Niektóre kluby zamiast graczy wystawią na sprzedaż siebie. I to już się dzieje - przykładem Lille i ich konszachty z funduszem z Luksemburga. Rewelacja Ligue 1 zbudowała za duży stadion i przeholowała z kontraktami. Narobiła 200 mln euro długu, a teraz ratuje się 50 mln dziwnego pochodzenia. Zapowiada zatrzymanie gwiazd i sprzedaż latem. Ale dziś nikt nie wie, co się stanie z rynkiem i jakie będą ceny za pół roku. Francuzi na razie nie mają ani nowych pożyczek, ani nowego nadawcy. Uśmiechy kierowane są do Canal+. Ale ten nie musi się spieszyć. I na pewno nie zapłaci gór złota, które naobiecywali Chińczycy z Hiszpanami. Jako spółka notowana na giełdzie trzyma karty przy sobie i nie robi nerwowych ruchów.

PARADOKS INDYKA

Maxime Saada, prezes Canal+ już dwa lata temu mówił, że Mediapro przepłacił. Jego platforma nie straciła na obecności nowego gracza - paradoksalnie liczba abonentów zaczęła wzrastać. Dzisiaj mówi się, że C+ jest w stanie od zaraz zacząć sprzątać, ale nie da więcej niż 590 mln za sezon. A i to może pójść w dół, bo konkurencji nie ma. To jest ostra gra. Ojciec nowoczesnej telewizji i żywiciel francuskiej piłki od 1984 roku, chce wywrzeć presję na politykach. Chodzi o reformę audiowizualną, z mniejszym podatkiem VAT i zaostrzoną walką z piractwem. Canal+ konkuruje dziś z Netflixem. Jeśli ma ratować piłkę, to nie za darmo. To nie on jest w potrzebie. Niedawno zabezpieczył Ligę Mistrzów, a ostatnie pół roku pokazało, że bez pakietu całościowego Ligue 1 też da się żyć.

W tej chwili francuskim klubom brakuje dwóch transz z telewizji, czyli prawie 300 mln euro. Trzecia zapowiadana jest na początek lutego i już wiadomo, że jej nie będzie. W przykładowym Nimes aż 70 procent budżetu stanowi telewizja. Strasburg i Lens niedawno pobiły swoje rekordy transferowe, kupując kolejno Habiba Diallo i Seko Fofanę, a zaraz czeka ich tryb „włączamy niskie ceny” i wyprzedaż czego się da. Tyle się mówi, że Leo Messi mógłby w przyszłym sezonie dołączyć do PSG - pytanie tylko czy chciałoby mu się przyjeżdzać do ligi, gdzie połowa klubów walczy o przetrwanie, pensje radykalnie idą w dół, a przepaść między PSG a małymi jeszcze bardziej się powiększa.

Francja już bez pandemii i krachu telewizyjnego była w lesie. Gdy półtora temu zrobiła tour po Stanach Zjednoczonych, na mecz Montpellier - Saint-Etienne w Waszyngtonie przyszło 200 osób. Chciała być ligą talentów, ale w świecie dostała łatkę ligi farmerów. Angielscy agenci mówią z ironią, że to taka Premier League do lat 23 plus PSG. I nawet świetne występy w Lidze Mistrzów niczego nie zmieniają, bo kurtyna opadła w sierpniu.

Wtedy mówiono, że to najlepszy miesiąc Ligue 1 od lat. Mediapro przelało pierwszą transzę. A potem było już jak w paradoksie indyka. Karmiony od setek dni przez hodowcę ptak ma poczucie bezpieczeństwa. Wydaje mu się, że jest coraz piękniej. A wtedy nadchodzi Dzień Dziękczynienia. I nagle ucina mu się łeb.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.