Diego Maradona na sześćdziesiąt lat. Pamiętacie jak strzelał z wiatrówki w Newell's Old Boys?

Zobacz również:Maradona był z ziemi, a „Magico” Gonzalez z kosmosu. Realizm magiczny prosto z tawern Kadyksu
GettyImages-808410988-e1580419342372.jpg
fot. Stefano Montesi - Corbis/Corbis via Getty Images

- Całe życie wstawałem w południe. Dwa razy żona obudziła mnie przed jedenastą. Pierwszy raz, gdy zaatakowaliśmy Falklandy. A drugi, kiedy Maradona podpisał kontrakt z Newell's Old Boys - mówił pisarz Roberto Fontanarossa. Boski Diego skończył 60 lat. Napisano nim wszystko, ale epizod pięciu meczów w Rosario jesienią 1993 roku zasługuje na oddzielną historię.

Diego Maradona zmarł w wieku 60. lat na atak serca. Przypominamy wspominkowy tekst o człowieku, który naznaczył piłkę nożną, a przez wielu był traktowany jak bóg

Jedzie się z Buenos Aires do Rosario jakieś trzy godziny. Są tu najpiękniejsze Argentynki, życie studenckie i murale Che Guevary. Jest też kult pięknej gry. Inaczej być nie może skoro to ziemia Leo Messiego, Cesara Luisa Menottiego i Marcelo Bielsy. Miało też Rosario Trinche Carlovicha, najlepszego gracza świata z tych, którzy przez własne widzimisię nigdy najlepszymi nie zostali. No i był tu Maradona - jako letni romans, na chwilę, ale z sentymentem tak ogromnym, że rok temu postawiono mu tu tron.

DRUIDZI ZE STONEHENGE

Kiedyś Argentyńczycy mówili: papież jest Niemcem, ale Bóg urodził się w Argentynie. Dzisiaj dumnie mogą powiedzieć, że mają jednego i drugiego. W Rosario od 22 lat istnieje kościół Maradony. Wierni spotykają się w klubie lekkoatletycznym. A dookoła wszędzie widać Diego - na figurkach, plakatach, nawet na białych togach kapłanów. Czasem można odnieść wrażenie, że to jacyś druidzi ze Stonehenge. Mają własną biblię, przykazania i chrzest, w którym wierny musi odwzorować gola strzelonego przez Maradonę ręką w ćwierćfinale mundialu '86. Słowem: szaleństwo. Ale czego nie robi się dla Diego.

Walter Rotundo, członek kościoła, zrobił to już dekadę temu. Ostatnio odwiedził go „France Football”, szukając największego fana Maradony na świecie. Rotundo wygrał tym, że od kilku lat w Argentynie prezentuje mediom córki bliźniaczki, które nazwał Mara i Dona. Maseczkę na twarzy też ma z podobizną Diego. Nigdy nie widział go na żywo, choć do dziś całe Rosario opowiada mity, co działo się w 1993 roku, kiedy król nieoczekiwanie wrócił do Argentyny i założył koszulkę w czerwień i granat. Nie strzelił żadnego gola. Nie wygrał ani jednego meczu. A i tak został legendą.

TO JEST NAPAD

W Sewilli był już skreślony. Tamtego dnia, 13 czerwca 1993 roku, kończył się rozdział pt.: "Diego i Europa". Argentyńczyk wykorzystał Andaluzję jako bezpieczną przystań po narkotykowej dyskwalifikacji. Rozegrał 26 meczów, strzelił 5 goli, a na koniec rzucił opaskę kapitana na murawę i zwyzywał trenera Carlosa Bilardo.

Na drugi dzień był już w Argentynie: bez przynależności klubowej, za to wciąż z marzeniem o powrocie do reprezentacji. Tata Martino, były gracz Newell's Old Boys, na łamach „El Grafico” mówił, że prawie zakrztusił się kawą, gdy zobaczył, że Maradona zmierza do Rosario. Wioska udająca miasto, brama pampy, nagle dostała gwiazdkę z nieba.

To miała być naturalnie Boca. Potem wiatr zawiał w kierunku Argentinos Juniors i San Lorenzo. Dopiero na końcu wyłoniła się propozycja z Newell’s Old Boys - w idealnym momencie, bo zaraz po porażce Argentyny z Kolumbią 0:5, gdy cały stadion krzyczał „Marado… Marado…”. Rozgniewany lud miał dość. Tylko Maradona mógł wyciągnąć ich z marazmu.

Dobrze jest ten moment jeszcze raz sobie odgrzebać: Valderama z Aspirillą przy 75 tysiącach ludzi w Buenos Aires urządzili tego dnia napad. Zagrali tak, że Biancocelesti dzień później wylądowali w barażu z Australią. Diego za wszelką cenę chciał zagrać na mundialu w USA, więc żeby wrócić do kadry jak najszybciej musiał znaleźć klub. Wybór padł na Newell's Old Boys. No i zaczęło się. Bilety na pierwszy mecz skoczyły o 300 procent. W mieście zapanował szał, który lata później Diego porównał do ekstazy z prezentacji w Neapolu.

POKÓJ Z POCHETTINO

Argentyna dokładnie rok temu wspominała ten moment. Diego wrócił do Newell's już jako trener. I nawet po tych 26 latach przyjęto go jak Boga, stawiając mu tron na murawie. Stadion w Rosario ma imię Marcelo Bielsy, ale już południowa trybuna należy do Maradony. Kilka tysięcy ludzie pojawiło się na placu w centrum miasta, by przywitać go na nowo. A on dalej w tańcu, zupełnie jak wtedy, gdy 13 września 1993 roku przy 40 tysiącach kibiców wychodził na prezentację starego Coloso del Parque.

To jest piękno tamtych czasów. Pierwszy trening w nowym klubie i Diego w czerwonej bluzie Adidasa z białym, wielkim logo, na nogach czarne Copa Mondiale, a dookoła trąbki kibiców, muzyka jak w remizie i podrzucanie bohatera jakby ktoś urządził tu wesele. Ludzie zajmowali każdy wolny płot, by dostrzec jego sylwetkę. Szkoły odwołały tego dnia zajęcia. I nawet Leo Messi, lat 6 w tamtym momencie, znalazł się na trybunach. Całe Rosario żyło tym, że król wybrał właśnie ich.

STRZAŁY Z WIATRÓWKI

Z perspektywy czasu wygląda to dziwnie. Maradona zagrał pięć oficjalnych meczów: trzy przegrał i dwa zremisował. Jedynego gola strzelił w debiucie w spotkaniu towarzyskim. Piłkarze ekwadorskiego Emelec ruszyli jak z katapulty, by po meczu wyrwać od niego koszulkę. Ale żaden nie dostał, bo Diego był już wtedy wielkim przyjacielem Fidela Castro i to jemu obiecał trykot. Zabawne jest to, że w tym samym czasie graczem Newell’s był… Mauricio Pochettino. Miał 19 lat, jako dzieciak wpatrywał się w plakat Diego nad łóżkiem, a jesienią 1993 roku nagle został jego współlokatorem.

To z tamtego okresu pochodzi anegdota, jak to Diego strzelał do dziennikarzy z wiatrówki. Pochettino w rozmowie z ESPN opowiadał o tym jakby oglądał kreskówkę. - Wstałem rano, a jego nie było w pokoju. Poszedłem na trening, a potem zobaczyłem w telewizorze informacje, że Diego strzelał do dziennikarzy. W Buenos Aires! Czterysta kilometrów od Rosario! - mówił. Tamtego Diego dnia nieźle nastawił celownik: ranił cztery osoby, kończąc z wyrokiem w zawieszeniu.

Kibice Newell's czuli, że to już powoli jego koniec w Rosario. Wcześniej w grudniu doznał kontuzji, a w styczniu pokłócił się z nowym trenerem. Do dziennikarzy i fotografów strzelał w lutym, zaraz po ostatnim towarzyskim meczu z Vasco da Gama.

Gdy odchodził, z ogromnym przejęciem dziękował kibicom i przepraszał, że ich zawiódł. Nie chciał nikogo oszukiwać. Był szczery, choć nie wszyscy tę szczerość kupili. Dobrze to ujął pisarz Roberto Fontanarrosa, porównując Diego do Rolls Royce'a. Fajna fura, można zaimponować sąsiadom. Szkoda tylko, że cały czas stała w garażu.

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.