Derby jak cały sezon. Najgorszy rok krakowskiej piłki w XXI wieku

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Cracovia i Wisła Kraków
Jakub Gruca/400mm

Po raz pierwszy od 1997 roku w górnej części ekstraklasowej tabeli nie będzie żadnego zespołu z Krakowa. Bezpośrednie starcie Białej Gwiazdy i Pasów jeszcze raz dobitnie pokazało, dlaczego jedni i drudzy są w ekstraklasie tak nisko. Obie strony zdawały się przyjmować bezbramkowy remis z ulgą. Bo przynajmniej nie dołożył im w tym fatalnym sezonie dodatkowych problemów.

Mówienie o najsłabszych derbach Krakowa od lat, już dawno się zdewaluowało. Bo najsłabsze derby od lat pojawiają się częściej niż zima stulecia. Dlatego, nawet jeśli to nie był najsłabszy od lat mecz Wisły z Cracovią, znów był to słaby mecz. Ta rywalizacja to święto Krakowa i jego kibiców, jednak dla reszty Polski zwykle okazuje się antyreklamą krakowskiego futbolu. Często ze względu na wydarzenia towarzyszące tej rywalizacji, ale zwykle po prostu przez niski poziom piłkarski i bardziej skupianie się na przeszkadzaniu przeciwnikom oraz uniknięciu porażki, niż na stworzeniu ciekawego widowiska. Derbów, przy których dobrze bawiłby się także kibic niezaangażowany emocjonalnie po żadnej ze stron, dawno już nie było.

SIEBIE WARCI

Dawno nie było też takich, przed którymi tak wiele oba zespoły by łączyło. W pierwszej dekadzie XXI wieku derby cechowała dysproporcja. Nierównowaga sił. Jedni przystępowali do rywalizacji jako duzi, drudzy jako mali. Z czasem sytuacja zaczęła się wyrównywać, a nawet odwracać. W ostatnich latach, jeśli ktoś z Krakowa bił się o czołowe miejsca w lidze, raczej była to Cracovia niż Wisła. Ciągle jednak miasto było przez kogoś reprezentowane w górnej części tabeli. Od 1997 roku zawsze któryś z krakowskich klubów kończył ekstraklasę w pierwszej ósemce. To, że na cztery kolejki przed końcem sezonu derby Krakowa odbywały się w atmosferze ciągłego oglądania się jednych i drugich za plecy, było sporą anomalią.

MECZ POBITYCH

Wisła przystępowała do tego meczu pobita po czterech porażkach z rzędu i targana wewnętrznymi problemami. Kolejny projekt, z którym w ostatnich latach wystartowano, znów zaczyna zwalniać, zanim na dobre wystartował. Zarówno Peter Hyballa, jak i jego klub, sprawiają wrażenie wzajemnie sobą zmęczonych. Miejsce w drugiej dziesiątce polskich klubów, które przed rokiem miało być wypadkiem przy pracy w bardzo burzliwym roku, stało się dla Wisły naturalnym środowiskiem. Cracovia przystępowała do derbów poraniona całym fatalnym sezonem, konfliktami i chybionymi decyzjami. Również bez pewności, że projekt, który wdraża, nadal dokądś prowadzi. Probierz i Hyballa spotkali się w derbach po raz drugi, co nie jest w ostatnich latach normą, bo trener Cracovii po stronie Wisły miał już w tych starciach pięciu rywali. Dotąd tylko z Maciejem Stolarczykiem zmierzył się dwa razy. Mało jednak prawdopodobne, że do trzeciego starcia dojdzie. Wydaje się, że do spotkania w następnym sezonie gdzieś może nastąpić zmiana. O ile nie u jednych i drugich.

PASY U ŹRÓDEŁ

Liczne rany z ostatnich miesiącach było w tym meczu widać. Nie było tradycyjnych walk kogutów, prężenia muskułów, gierek i szpileczek. Była tak dalece posunięta świadomość własnych problemów, że nikt nie chciał się specjalnie zajmować rywalem. Cracovia przyjechała na wyjazdowy mecz, budując na dawnej podstawowej sile ekipy Probierza, która ostatnio znów zaczęła działać. W najlepszych momentach za czasów tego trenera Pasy zawsze były solidne w defensywie. Mogły niczego nie upolować z przodu, ale pilnowały, by z tyłu nie mieć żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Ostatnia minimalna zwyżka formy była związana właśnie z powrotem do bezpieczeństwa. W Białymstoku przed szesnastoma dniami Cracovia zagrała w ofensywie całkiem ciekawie, jednak poległa przez proste błędy. Od tego czasu nie straciła w lidze już przez ponad trzysta minut gola. Korekty personalne, ze zmianą bramkarza oraz stopera, pomogły w przywróceniu równowagi. Pasy chciały w derbach pilnować tyłów i wierzyć, że uda im się wykorzystać któryś z błędów niechlujnej i nonszalanckiej drużyny Hyballi.

POZYCYJNA WISŁA

Wisła też zagrała jednak inaczej niż zwykle. Mniej było w niej huraganowego ruszania na rywala i szybkości w przeprowadzaniu akcji, a więcej typowej gry pozycyjnej. Posiadanie piłki po raz pierwszy za czasów Hyballi przekroczyło 60%. Wisła nie czuła się w takiej grze bardzo komfortowo, przez co miała problem ze stwarzaniem sytuacji, ale przynajmniej grała na tyle daleko od własnej bramki, że przez większość czasu trzymała niebezpieczeństwo z dala od niej. Posiadanie było więc tym razem bardziej środkiem defensywnym niż ofensywnym. Przez cały mecz Biała Gwiazda straciła piłkę na własnej połowie tylko sześciokrotnie, co jest najniższym wynikiem w tym sezonie. Gospodarze także pilnowali, by nie zrobić sobie krzywdy samemu, a po stratach byli bardzo aktywni w próbach odbioru. Jeśli chodzi o intensywność pojedynków, czyli o zachowanie drużyny podczas posiadania piłki przez rywala, Wisła również osiągnęła najwyższy wskaźnik w sezonie. Co oznacza, że piłkarze bardzo aktywnie starali się natychmiast odzyskiwać piłkę.

BIEGAJĄCY GOSPODARZE

O tym, że drużyna Hyballi uniosła ten mecz przede wszystkim wolicjonalnie, świadczą też wyniki fizyczne. Choć drużyny mające wyraźną przewagę w posiadaniu piłki często biegają mniej od rywali, którzy muszą cały czas przesuwać się bez piłki, w tym przypadku było inaczej. Wisła rozgrywała piłkę, a przy tym biegała więcej i szybciej od rywali. Po raz pierwszy od starcia z Górnikiem siedem kolejek temu Biała Gwiazda górowała nad przeciwnikiem zarówno pod względem pokonanego dystansu, jak i liczby wykonanych sprintów czy szybkich biegów. Kibice mogą zarzucać drużynie, że za mało potrafiła, ale nie, że za mało chciała. Nastawienie do derbów było jak najbardziej odpowiednie.

BIERNE PASY

Bierne podejście Cracovii też jednak mogło przynieść efekt. Co z tego, że Pasy praktycznie nie kreowały sytuacji, skoro na błędy przeciwnika wcale nie wyczekiwały bezowocnie. Pierwsza połowa mogła się zakończyć rzutem karnym. Bartosz Frankowski, dobrze prowadzący mecz i słusznie pochwalony na konferencji prasowej przez Michała Probierza, cofnął decyzję o jedenastce i wlepił żółtą kartkę Thiago, ale warto zauważyć, dlaczego Wisła w ogóle mogła się znaleźć w takich tarapatach. Na zegarze była już 45 minuta i sędzia raczej nie miał wielu powodów, by przedłużać pierwszą połowę. Mateusz Lis, zamiast bezpiecznie zacząć grę, zdecydował się jednak na uruchomienie ostatniego ataku i ryzykowny wrzut ręką. Piłka błyskawicznie znalazła się ponownie w jego polu karnym i Cracovia mogła z niczego wyjść na prowadzenie.

WYCZEKIWANIE NA BŁĘDY

Sytuacja powtórzyła się w drugiej połowie, gdy złe wrzucenie piłki z autu przez Michala Frydrycha oraz fatalne nieporozumienie Souleymane’a Kone i Macieja Sadloka, stworzyły szansę sam na sam z bramkarzem Marcosowi Alvarezowi. Rzut karny z kolei Pasy miały nie po jakiejś desperackiej akcji ratunkowej zawodnika Wisły, lecz po przypadkowym zagraniu ręką Sadloka w niegroźnej sytuacji. Przebieg meczu poniekąd przyznał więc Probierzowi rację, że wyczekiwanie na to, aż Wisła sama popełni błędy, przy jednoczesnym skupieniu się na tym, by samemu ich nie popełnić, mogło przynieść efekt. Cracovia miała mniej sytuacji, ale rzut karny i okazja Alvareza spokojnie mogły wystarczyć do wygrania drugich wyjazdowych derbów z rzędu.

WYPATRYWANIE KOŃCA

Wysiłki jednych i drugich na końcu zawsze rozbijały się jednak o kłujący i wszędobylski na boisku brak jakości. Wisła i Cracovia to dziś złe drużyny, mające pełno nieodpowiednich piłkarzy. A przynajmniej tak rozbitych niepowodzeniami ostatnich miesięcy, że całkowicie pozbawionych pewności siebie, przebojowości, luzu, radości z wykonywania zawodu. Niby obie strony starały się do końca o wygraną, ale tak naprawdę było czuć, że obie bardzo ten remis szanują. Bo jeden punkt nie dokłada im kolejnych niepowodzeń, zmartwień i nerwów. Można go po prostu dopisać i przybliżyć się do spokojnego końca tego straconego sezonu, którego jedni i drudzy mają już serdecznie dość. Być może to nie były najsłabsze derby Krakowa od lat. Ale na pewno były najbardziej beznamiętne. By kolejne wreszcie stały się reklamą krakowskiego futbolu, wiele się musi w Cracovii i w Wiśle w najbliższych miesiącach zmienić. Bo ten sobotni wieczór tylko podsumował całe rozgrywki w wykonaniu jednych i drugich. Mecz, o którym można zapomnieć, rozegrany w sezonie, o którym wszyscy w całym mieście chcieliby zapomnieć.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.