Debiutant, któremu można zaufać. Evan Mobley ciągnie Cleveland Cavaliers w górę

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Evan Mobley
Fot. Andy Lyons/Getty Images

Jednym z największych pozytywów w pierwszych tygodniach nowego sezonu NBA jest gra Cleveland Cavaliers. Drużyna skonstruowana dość dziwnie jak na dzisiejsze czasy radzi sobie na razie zaskakująco dobrze. Główny powód? Ma ledwie 20 lat, 223-centymetrowy zasiąg ramion i nazywa się Evan Mobley.

Collin Sexton (#8 w 2018 roku) był w porządku, ale znamienne jest, że Cavs nie dogadali się z nim w sprawie przedłużenia kontraktu. Darius Garland (#5 w 2019) znakomicie się rozwija, lecz to wciąż nie jest ktoś, na kim można oprzeć budowę zespołu. Isaac Okoro (#5 w 2020) tym bardziej, chociaż w Cleveland obiecywali sobie po nim nieco więcej. Dopiero wybrany z trójką w tegorocznym naborze Evan Mobley jest dla fanów Cavaliers powodem do największej ekscytacji, odkąd LeBron James po raz drugi opuścił zespół w 2018 roku.

Ekipa z Cleveland wygrywa mecz za meczem. Świetnie radzi sobie na wyjazdach, a z tarczą wracała już m.in. z Denver, Toronto czy Nowego Jorku. Począwszy od środowego pojedynku z Wizards, aż osiem z kolejnych dziewięciu spotkań rozegra na własnym parkiecie. Zła wiadomość jest taka, że kontuzji rzepki nabawił się Sexton, ale to oznacza więcej minut dla Ricky’ego Rubio. A przecież Hiszpan właśnie zagrał najlepszy mecz w karierze w NBA, zapisując na konto 37 punktów i 10 asyst przeciwko Knicks.

RÓŻNICA PO OBU STRONACH BOISKA

To właśnie Rubio był bohaterem Cavaliers w Madison Square Garden. A choć sam nie lubi pochwał ani dawać, ani też otrzymywać, to po meczu sprytnie i szybko uwagę wszystkich skierował na 20-letniego kolegę. Mobley w pierwszym występie w „największej hali świata” zdobył bowiem 26 punktów (na razie najlepszy jego wynik), miał dziewięć zbiórek i pięć asyst. Odegrał też kluczową rolę w zwycięstwie drużyny z Ohio, a różnicę zrobił po obu stronach parkietu. Trafił nawet dwie trójki, w tym jedną na odparcie ataku NYK w czwartej kwarcie.

Po pierwszych meczach to przede wszystkim Mobley firmuje nazwiskiem znakomicie się na razie zapowiadającą klasę tegorocznego draftu. Zaraz za nim jest Scottie Barnes, niewiele dalej Chris Duarte, Franz Wagner, Davion Mitchell czy Jalen Green, a przecież za chwilę rozkręcić powinien się też wcześniej kontuzjowany Cade Cunningham i pewnie jeszcze kilku innych debiutantów. W wyścigu po statuetkę dla najlepszego pierwszoroczniaka Mobley odskoczył jednak już na samym początku, a potencjał wciąż ma przecież ogromny.

JAK ANTHONY DAVIS

Zachwycano się nim przez cały poprzedni sezon, gdy na uczelni USC dał się poznać jako idealnie skrojony pod dzisiejszą NBA podkoszowy. Z jednej strony zwinność i kontrola piłki jak u obrońcy, z drugiej warunki fizyczne jak u środkowego. A na dodatek jeszcze świetna wizja gry, którą mógł pokazać w zespole Trojans, gdzie brakowało typowego rozgrywającego. Skończyło się fantastycznym sezonem (średnio 16-9-2 i trzy bloki na mecz), w którym poprowadził USC do pierwszego od 20 lat udziału w Elite Eight.

Według wielu to Mobley był numerem dwa w drafcie, choć ostatecznie z trójką wylądował w Cleveland. Dziś jest tym, który ciągnie Cavs do góry. To on w głównej mierze sprawia, że tak skonstruowany skład – z trójką wysokich graczy w pierwszej piątce – jakimś cudem działa. Pozwala na to jego wszechstronność, z której Cavaliers z radością korzystają po obu stronach parkietu. Mobley działa w tym sensie niemal jak Anthony Davis, do którego zresztą jeszcze przed naborem często bywał porównywany.

BLISKO KAŻDEGO RZUTU

Jest na tyle zwinny, że znakomicie radzi sobie po zmianie krycia. Nawet na obwodzie, gdzie mierzy się z dużo niższymi zawodnikami. A przy tym nadal świetnie broni obręczy. Zdaje się wręcz, że jest blisko każdego rzutu rywala. Ma to potwierdzenie w statystkach, bo debiutant przewodzi lidze, jeśli chodzi o rzuty kontestowane – tak za dwa, jak i za trzy punkty. Efekt tego jest taki, że jeden z najgorszych bloków defensywnych ostatnich lat teraz wreszcie wyszedł z końca trzeciej dziesiątki w okolice 15. lokaty.

Także w ataku Mobley ułatwia życie kolegom i nawet nieźle funkcjonuje obok Jarretta Allena, czyli środkowego w typie starej szkoły, który nie rozciąga gry. Mobley ten potencjał rzutowy ma, a choć przed nim jeszcze wiele pracy, to 80-procentowa na razie skuteczność z linii rzutów wolnych pokazuje, że rzut nie powinien być problemem. Na razie bardziej przydaje się jednak umiejętność znalezienia partnera w dogodnej sytuacji oraz ciągłe zagrożenie, jakie Mobley zapewnia wokół obręczy ze względu na atletyzm i długie ręce.

POPRAWIĆ SIĘ CHOĆBY O WŁOS

Za nim tymczasem tak naprawdę dopiero pierwsze mecze w NBA. Z czasem będzie jeszcze lepszy, a stały progres wszedł mu już zresztą do krwi. – Nie chcę stagnacji, każdego dnia muszę poprawić się choćby o włos – stwierdził kiedyś w wywiadzie. Tak też się dzieje teraz, co sam przyznał po pojedynku w Nowym Jorku. – Z każdym meczem uczę się, jak dochodzić do sytuacji i gdzie szukać miejsca w ataku – oznajmił dziennikarzom po spotkaniu, w którym doskonale radził sobie z przeciwnikiem w zależności od tego, jak był traktowany.

Nie boi się oddawać rzutów, a z podwojeń potrafi znakomicie wychodzić dobrym podaniem. Na razie nadal brakuje mu nieco krzepy, ale z silniejszymi od siebie radzi sobie za sprawą szybkości i świetnych warunków. W miarę upływu czasu jego gra powinna stawać się coraz bardziej kompletna. – Naprawdę strasznie to dopiero będzie, jak za kilka lat doda jakieś 10 kilogramów, zyska pewność siebie i zacznie jeszcze lepiej rozumieć grę – mówił przed draftem jego trener ze szkoły średniej, pytany o potencjał Mobleya.

NA DOCZEPKĘ

Początkowo to nie Evan, a jego nieco starszy brat rokował dużo lepiej. To Isaiah dużo bardziej kochał koszykówkę. Młodszy brat był tylko „na doczepkę”, naśladując po prostu wszystko to, co robił starszy. Były więc pojedynki jeden na jednego na podwórku przed domem, które przez długi czas wygrywał starszy i większy Isaiah. Dopiero gdy Evan urósł o kilkanaście centymetrów, to zaczął się bratu odgryzać. A jako że bardzo szybko się uczy, to z czasem przerósł go, jeśli chodzi o umiejętności koszykarskie.

Isaiah zapewne niedługo dołączy do brata w NBA, bo talent też ma spory. Na razie pozostał jeszcze na uniwerku USC. Wcześniej razem z Evanem dominowali na szczeblu szkół średnich w kalifornijskiej placówce Rancho Christian, gdzie młodszy z braci tak naprawdę objawił się koszykarskiemu światu. Nie przeszkodziła mu nawet kontuzja na ostatnim roku, pomimo której i tak pozostał blisko drużyny. Nadal brał udział w treningach, sesjach wideo czy odprawach przedmeczowych. Wtedy pokochał już basket na tyle, że studiował grę w zasadzie cały czas.

MOŻEMY NA NIM POLEGAĆ

Przed draftem wiele osób zarzucało mu nieco wycofany charakter i rzadko kiedy pokazuje emocje. – Pozwalam mojej grze, by mówiła za mnie – odpowiadał krytykom. Pod tym względem przypomina choćby Chrisa Bosha, który miał podobne podejście. Bosh torował zresztą drogę takim koszykarzom jak Mobley. A ten może być dla Cavs kimś takim, jak CB4 był przez lata dla Toronto Raptors – przy czym wszyscy w Cleveland życzyliby sobie, aby 20-latek był w stanie osiągnąć nieco więcej sukcesów drużynowych niż Bosh w Kanadzie.

Na razie podkoszowy krok po kroku zyskuje zaufanie zespołu, który po drugim odejściu LeBrona stara się jakkolwiek wrócić na koszykarską mapę. – Możemy na nim polegać. O jak wielu zawodnikach w jego wieku można tak powiedzieć? – pyta trener JB Bickerstaff.

Nie ma ich rzeczywiście dużo, a Cavaliers jednego znaleźli w drafcie. Mobley powoduje, że drużyna z Ohio nagle znalazła się w bardzo ekscytującym miejscu. Wreszcie mają bowiem debiutanta, któremu naprawdę mogą zaufać.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.