David De Gea i jego karteczka z karnymi staje się memem. Solskjaer oblał test z minimalizowania ryzyka (KOMENTARZ)

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Villarreal CF v Manchester United - UEFA Europa League Final: David De Gea
Fot. Maja Hitij/Getty Images

Im dłużej myślę o wczorajszym finale Ligi Europy, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, jak mocno nieprzygotowanym na to wzywanie był Manchester United. Scena, gdy Bruno Fernandes odrzuca prawo strzelania karnych jako pierwszy, według statystyków zmniejszyła szansę wygranej o 20 procent. Jeśli dodamy do tego czterdzieści (!!!) nieobronionych karnych z rzędu przez Davida De Geę, to mamy przepis na gotową katastrofę.

Jak zapobiegać dramatom pokazał kiedyś Louis van Gaal. Na mundialu w 2014 roku nie wstawił Tima Krula do bronienia jedenastek tylko dlatego, że miał taki kaprys. On już kilka tygodni wcześniej wiedział, że Jasper Cillessen jest pod tym względem gorszy i że jeśli przyjdzie walczyć o awans w karnych, to go zmieni. Nie mówił tego głośno, bo po co, ale od początku miał w głowie plan, który ostatecznie dał Holandii półfinał mistrzostw świata.

Przypomniała mi się ta historia, ponieważ Ole Gunnar Solskjaer w Gdańsku ewidentnie planu nie miał. Jeszcze bardziej kompromituje go pomeczowa konferencja, gdy mówi, ze rozważał wpuszczenie Deana Hendersona, ale tak mocno przygotowywał De Geę na rzuty karne, iż był pewny, że tym razem podoła. Oczywiście nie udało się. Kartka z rozpiską, jak strzelają poszczególni piłkarze Villarreal, właśnie staje się memem. Niby wszystko było rozpisane, a jak przyszło co do czego, to De Gea puścił jedenaście strzałów i jeszcze na koniec sam spudłował. W większości przypadków zareagował odwrotnie do instrukcji. To się kupy nie trzyma, co tylko potwierdza, że w tym momencie faceta nie powinno być między słupkami.

Nie wiem, czy jakiś bramkarz ma gorszą statystykę. De Gea ostatni raz karnego obronił w kwietniu 2016 roku w meczu z Evertonem, kiedy spudłował Romelu Lukaku. To było tak dawno, że prezydentem USA był jeszcze Barack Obama, a w kadrze Anglików rządził Roy Hodgson. W tym czasie Dean Henderson na piętnaście prób obronił osiem. Wątpię, żeby Solskjaer znał te statystyki, skoro nawet wyboru Fernandesa nie potrafił skontrolować. Sędzia dwukrotnie pytał Portugalczyka, czy na pewno United chcą strzelać jako drudzy. Norweg zostawił wybór piłkarzowi, a reszta jest już historią. Jeśli trener jest od tego, żeby minimalizować ryzyko, to Solskjaer ten kluczowy moment przespał.

Dzieje się to wszystko w dziesiątym roku De Gei w Manchesterze United. W tym czasie raz wygrał Premier League, a Atletico, z którego odszedł, dwukrotnie sięgało po tytuł w La Liga. Ani razu nie był w finale Ligi Mistrzów, drużyna Simeone z kolei dwukrotnie. Miał oczywiście De Gea na Old Trafford swoje momenty chwały. W sezonie 2017/18 aż 18 razy nie dał się pokonać rywalom w Premier League. Mówiliśmy nawet o najlepszym bramkarzu na świecie.

A potem przyszedł nagły zjazd, memy na Twitterze i głosy, że czas najwyższy zaufać młodszemu Hendersonowi. Dzisiaj nie ma już wątpliwości: nadszedł idealny moment, by się pożegnać. Wielkie mecze bywają windą w górę, ale potrafią też błyskawicznie sprowadzić piłkarza do poziomu piwnicy.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.