Czy Meksyk będzie miał kiedyś topową ligę? Coraz więcej świetnych piłkarzy nie boi się wskakiwać na falę

Zobacz również:Bolesne nauki polskich bramkarzy w Ligue 1. Pomyłki Bułki i Majeckiego
Florian Thauvin. Olympique de Marseille Training Session
Fot. Jonathan Bartolozzi/Olympique de Marseille via Getty Images

Florian Thauvin, podpisując kontrakt z meksykańskim Tigres, wcale nie wypisał się z poważnej piłki. Najwyższy czas przestać myśleć, że świat kończy się na Europie i kategoryzować, co jest poważne, a co nie. Druga półkula ma dużo bardziej fanatycznych kibiców, finezję w grze i coraz większe pieniądze. Takich Thauvinów będzie więcej, bo Meksyk już dawno wyszedł z drewnianych chatek.

Przerabialiśmy to już na przykładzie Andre-Pierre'a Gignaca. Thauvin ma 28 lat, jest mistrzem świata i gwiazdą Ligue 1. Jeszcze kilka tygodni temu mówiło się, że trafi do Milanu, w grze było Atletico i Sevilla, ale widocznie nie na tyle, by przebić panów z sombrero i dużą walizką. Tigres na ostatniej prostej podniosło pięcioletni kontakt z 23 do 25 mln euro netto plus premie. Marsylia nie byłaby w stanie zapłacić nawet połowy tego. Thauvin odrzucał propozycję w grudniu i kwietniu. Ostatnia brzmiała: 3 mln euro za sezon. Czy ktoś jeszcze się dziwi, że facet odszedł od stołu i zadzwonił do Gignaca?

Thauvin oczywiście mógłby wreszcie zweryfikować się w którejś z mocniejszych europejskich lig. Mógłby pokazać, że czas w Newcastle był wypadkiem przy pracy. Gra w Milanie czy Sevilli wyniosłaby jego nazwisko na wyższy poziom, ale być może te oferty były tylko wirtualne, a najpoważniejszym tematem okazał się Crystal Palace. Takie informacje też krążą, więc Tigres jak najbardziej wydaje się rozsądnym ruchem.

Meksykańska Liga MX przed pandemią była czwarta na świecie pod względem frekwencji. Tam się piłkarzy ubóstwia. Thauvin na starcie dostanie pierwsze strony w gazetach i czerwone paski w TV. Będzie miał też wymagający poziom, bo to wcale nie jest liga ogórków z pakietem dla emerytów. Gignac, grając w Tigres, nie zamknął sobie drogi na Euro 2016. W finale z Portugalią trafił w słupek. Mały włos, a przybysz z dziwnego Meksyku byłby bohaterem Francji.

To, jak Gignac rozkochał w sobie Tigres świetnie pokazuje dokument we francuskim Canal+. Nazywa się „El Bombero” i widzimy tam obłęd. Jest to piłka, o której Latynosi mówią, że zanim trafi do głowy, najpierw musi przejść przez serce. Jest dużo mniej skomercjalizowana niż w Europie, widać w niej uśmiechy ludzi i stadiony jak areny gladiatorów, gdzie szpilki nie wetkniesz, bo najtańsze bilety kosztują 50 pesos, czyli 10 złotych. W Meksyku ciężko o samotność, bo tam ludzie cały czas muszą być w kontakcie z ludźmi. Gignac zakochał się w tej kulturze, zdał już egzamin z historii i stara się o obywatelstwo. Gdy Thauvin spytał o Tigres, nawet się nie wahał. „Przyjeżdżaj!” - rzucił i jeszcze tego samego dnia zaczął mu szukać domu.

Meksykiem warto się zainteresować, bo naprawdę szybko można wyleczyć się z eurocentryzmu. Jeśli ktoś mówi, że to nie jest poważna piłka, to w takim razie francuska też poważna nie jest, bo ma problemy z kontraktem telewizyjnym, spadające słupki zainteresowania i odpływ gwiazd. Meksyk na jej tle wygląda jak rosnąca fala. Przykładowy Club America, gdzie trenerem jest Santiago Solari, gra na legendarnym Stadionie Azteca. Po modernizacji siedzi tam 87 tysięcy ludzi. Monterrey ma futurystyczny Estadio BBVA zwany tutaj po prostu „El Gigante” i nawet zaprasza Justina Biebera, żeby w ramach swojego touru wypełnił całość.

Liga MX od 2012 roku myśli jak Premier League z 1992 roku, by zrobić z tego telewizyjny show i opchnąć jak największej liczbie ludzi. Rynek jest ogromny, bo to nie tylko ponad 100 mln żyjących w kraju, ale też 30 mln Amerykanów latynoskiego pochodzenia w USA, którzy od MLS odwracają się plecami. Gianni Infantino mówił niedawno w rozmowie z „L’Equipe”, że gdyby te dwa kraje stworzyły jedną ligę, to już dziś byłaby topową siłą na świecie. Mogłaby kusić i wyciągać najlepszych graczy z Europy, zwłaszcza teraz, gdy krezusi w chaosie i z płaczem, że piramida złota im topnieje.

Dzisiejszy Meksykanin nie marzy już koniecznie o grze w Europie. Skończyły się czasy Chicharito Hernandezów i Rafaelów Marquezów. W Premier League gra tylko Raul Jimenez, w Serie A Hirving Lozano, a w Ligue 1 nie ma nikogo. Liga MX dba, by stawiać na młodzież. I cały czas myśli, co zrobić, by marketingowo ruszyć do przodu. W maksymalizacji zysków w innych krajach nie pomaga strefa czasowa, ale i tak cały czas udaje się rozbudzać zainteresowanie choćby w Afryce. Dominuje hasło: „Więcej Gignaców!”.

Ta liga cały czas ma niezagospodarowane pola, by stać się jeszcze lepszą. Thauvin dobrze to przekalkulował.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.