CZWARTY SEKTOR: Początek prawdziwej wojny na szczycie. Niesamowity Leclerc!

Zobacz również:Sir Lewis na bezrobociu. Co z kontraktem dla rekordzisty?
Lewis Hamilton i Max Verstappen-e7e0-11eb-baaa-861dba20d87a.jpg
Fot. Twitter

Debiutancki weekend ze sprintem kwalifikacyjnym już za nami. Mam solidne wątpliwości, czy to jest faktycznie dobra droga dla Formuły 1, bo sam pomysł utrzymał przy życiu jeden kierowca. Potem dostaliśmy wyścig, który rozpalać będzie nas jeszcze przez długie tygodnie, a to wszystko za sprawą rzeczy, która musiała się w końcu wydarzyć. Zderzenie Lewisa Hamiltona z Maxem Verstappenem to początek konfliktu, który zmieni nam walkę na szczycie tabeli w prawdziwą wojnę na każdym froncie.

1
SPRINT, KTÓRY NIEWIELE ZMIENIŁ

Mieliśmy dostać dodatkowe emocje. Przetasowania w stawce i teoretyczne zmiany w układzie sił na starcie w niedziele. Dostaliśmy mini wyścig, który… był mocno zachowawczy. Widać było, że większość kierowców woli nie ryzykować, bo to nie jest główne danie. Jeżeli była możliwość oczywistego ataku, to panowie w to szli. W sytuacjach 50/50 nie było sensu ryzykować, bo wiadomym było, że skończy się to spadkiem na starcie. Sześć dodatkowych punktów zostało rozdanych de facto już w piątek i pytanie tylko było, kto jaką ilość dostanie.

Wielkimi pechowcami byli Sergio Perez oraz Carlos Sainz. Pierwszy stracił docisk w sekcji zakrętów Maggots & Becketts, co skończyło się obrotem i cudownym wyratowaniem się przed bandą. To, w połączeniu ze słabym startem, zrzuciło Meksykanina na koniec stawki i zrujnowało mu cały weekend. Sainz natomiast został uderzony przez George’a Russella i stracił bardzo dużo pozycji. Część odrobił, a dodatkowo powinien podziękować sędziom za brak kary za bardzo niebezpieczny powrót na tor.

Jedynym, który zaryzykował, zyskał na tym i przyniósł nam emocje był… Fernando Alonso. Forma Hiszpana zdaje się jedynie zwyżkować, a jego fenomenalny start na miękkiej mieszance był czymś specjalnym. Rewelacyjna szarża dała mu na moment piąte miejsce, a finalnie był jednym z niewielu kierowców, którzy realnie zyskali pozycje w trakcie sprintu. Tylko jego postawa pozwala mieć nadzieje, że na Monzy przy drugiej próbce coś jeszcze się zadzieje przy takim formacie weekendu.

Formuła 1 szuka sztucznych sposobów na urozmaicenie widowiska. Moim zdaniem chaos z sesjami i próby takich krótkich wyścigów nie będą miały długofalowo sensu. Nadzieja zostaje w nowych autach, które mają nam dać więcej możliwości oglądania walki koło w koło. Jedyne, co dla mnie było na zdecydowany plus to nowe grafiki, które w trakcie sprintów pokazała F1. To była dobra droga.

2
2022 U BRAM
Bolid Formuły 1 na sezon 2022
Fot. Michael Regan/Getty Images

To też był specjalny weekend pod innym względem. W czwartek światu została oficjalnie zaprezentowana wizja F1 w przyszłym sezonie, którą w przepisach widzi ekipa Rossa Brawna. Nowy bolid pokazano nam w iście dyskotekowych kolorach i kolejny raz wytłumaczono co ma się zmienić w przyszłym roku. Dużo mowy o mniejszej ilości brudnego powietrza, chwalenie parterów jak Amazon Web Services i pięknej mowy trawy.

Kierowcy podejście mieli różne, ale kontekst wypowiedzi zawsze szedł w tę samą stronę - nie interesuje nas zbytnio wygląd tych aut. Zadanie mają jedno, a jest nim łatwiejsza walka koło w koło i wyeliminowanie utraty docisku nie pozwalającej na długą jazdę za rywalem. To mamy dostać jako pewnik. Inna sprawa, że ta wizja znacząco może różnić się do tego, co zobaczymy w lutym 2022. To, jak zespoły zinterpretują przepisy to zupełnie inna para kaloszy. Zostaje nam nadzieja, bo będzie można częściowo unikać sytuacji jak ta z pierwszego okrążenia tego wyścigu.

3
A WIĘC WOJNA!
Lewis Hamilton i Max Verstappen
Fot. Dan Istitene/Formula 1 via Getty Images

To wisiało w powietrzu już od długiego czasu. Tak naprawdę możemy się nawet cofnąć do poprzednich lat. Wtedy mawiało się, że Max Verstappen nie ustąpi, bo próbuje wyszarpać sobie te pojedyncze zwycięstwa. Plan Lewisa Hamiltona to zawsze był maraton, a nie sprint, więc wolał czasami odpuścić. Ten sezon wyglądał od początku niemal identycznie, ale jedno się zmieniło. Holender ma realną szansę na walkę o tytuł i nadal nie odpuszcza centymetra toru. Stawiał już Brytyjczyka kilkukrotnie pod ścianą i kazał wybrać: zderzamy się czy odpuszczasz? To było jak odroczony wyrok.

Wiadomym było, że Lewis w końcu wystawi łokcie i nie ustąpi. A gdzie jest do tego lepsze miejsce niż w domowym wyścigu na Silverstone? Przy tak równych samochodach logicznym jest, że ten kto obejmie prowadzenie po starcie będzie miał zdecydowaną przewagę w reszcie wyścigu. Więc teraz kierowca Mercedesa pojechał na 100%. Praktycznie przez całe okrążenie panowie jechali w ciągłym kontakcie i żaden nie chciał dać za wygraną. Finał miał miejsce w bardzo szybkim zakręcie Copse, gdzie Hamilton atakował po wewnętrznej, a Verstappen nie miał ochoty odpuścić. Zresztą Max tak jeździ, nie odstawia koła.

Tak, Holender zostawił miejsce Lewisowi. Tak, finalnie był z przodu. Tak, to Hamilton uderzył w jego tylną oponę. Nie zmienia to jednak faktu, że Verstappen szedł po swoje i był święcie przekonany, że Brytyjczyk odpuści. To się stało, ale później niż do tej pory. Fernando Alonso powiedział, że kierowca Mercedesa nie mógł zniknąć i tu ma racje. Lewis zrezygnował z ataku próbując nie stracić zbyt wiele. Max próbował wziąć zakręt jak najlepiej się dało, żeby nie wylecieć z toru na wyjściu. Hamilton dodatkowo wpadł w podsterowność na zimnych oponach i z częściowo straconym dociskiem przez jazdę obok Red Bulla.

Tutaj oczywiście zdania będą podzielone, bo muszą takie być. Sędziowie orzekli o większej winie Lewisa (to już oficjalna notatka FIA nie moje zdanie) i przyznali mu karę w wysokości 10 sekund. Pamiętajmy, to jest penalizacja incydentu, a nie jego reperkusji. Ja tutaj nadal widzę incydent wyścigowy, ale rozumiem decyzję sędziów, bo wina w większym stopniu leżała po stronie Brytyjczyka.

Verstappen wyleciał z toru przy 300km/h i uderzył w bandę z piorunującą siłą 51G. Skończyło się to wyjściem z auta o własnych siłach oraz pojechaniem do szpitala na pełne badania. Tutaj nie ma co się dziwić, ale na szczęście Holender jest cały i zdrowy. Dodatkowo będzie miał o czym myśleć, bo ta sytuacja wyraźnie pokazuje, że to koniec miłego pana Hamiltona. Skonczył się czas, kiedy Lewis był w stanie odpuścić. Teraz każda walka koło w koło będzie toczyła się do samego końca i to jest świetna informacja dla nas wszystkich. Emocje w tym sezonie urosną jeszcze mocniej, a punktów zapalnych może być jeszcze więcej. Hamilton przypomniał Verstappenowi, że on tutaj nadal jest i nie ma zamiaru oddać tytułu bez walki.

4
ZŁOTE DZIECKO MARANELLO
leclerc-e1584881793103.jpg
fot. Mark Thompson/Getty Images

W tym sezonie głównie rozpływamy się nad fenomenalną dyspozycją Lando Norrisa i nie ma w tym nic złego. Kierowca McLarena przypomina co chwilę, że myśląc o przyszłych mistrzach świata, musimy brać go pod uwagę. O tym prawdopodobnie zapomnieli jego krajanie, którzy na wielkim muralu umieścili go malutkiego i na uboczu, ale dzisiaj nie o tym. Największym beneficjentem całego zajścia z pierwszego okrążenia okazał się Charles Leclerc. Monakijczyk pokazał już w sprincie, że tempo wyścigowe aut z Maranello jest zdecydowanie lepsze niż ich możliwości w kwalifikacjach.

Kiedy w prezencie otrzymał pierwsze miejsce po wypadku Verstappena z Hamiltonem, większość z nas wróżyła mu połknięcie po restarcie. Jak się okazało, nic bardziej mylnego! Leclerc wystrzelił z pól startowych i trzymał za sobą Lewisa w jego Mercedesie. Na nic zdawały się próby zwiększania mocy, a nawet przerywający silnik w Ferrari nie był w stanie tego zmienić. Monakijczyk wszedł w inny tryb i dosłownie wyrywał sobie kolejne sekundy, żeby spokojnie utrzymywać swoje prowadzenie. Serca drżały przy komunikatach Charlesa o przerywającym silniku czy przy pitstopie jego kolegi z zespołu. Tym razem jednak Włosi stanęli na wysokości zadania i byli blisko, żeby zepsuć kolejną niedzielę Anglikom. Dopiero na trzy okrążenia przed końcem w Maranello można było usłyszeć westchnięcia.

Piękny sen przerwał szarżujący Hamilton, który zaatakował ponownie w Copse, gdzie Leclerc nie miał ochoty na powtórkę z rozrywki. Poszedł zdecydowanie szerszą linią i nie dał rady się obronić. Nie zmienia to jednak faktu, że był absolutnym bohaterem tej niedzieli i całego weekendu. Leclerc zapomniał, że Ferrari to obecnie zespół ze środka stawki i był w stanie prowadzić przez niemal cały wyścig! Tytaniczna praca z jego strony i kolejne potwierdzenie, że w Maranello nie pomylili się, dając mu kontrakt do 2024 roku.

Podziel się lub zapisz
Fanatyk Formuły 1, ale praktycznie obok żadnego sportu nie przechodzę obojętnie. Współtwórca największego podcastu o królowej sportów motorowych w Polsce - Budnik i Pokrzywiński o F1.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.