CZWARTY SEKTOR: Hamilton popełnił błąd na wagę mistrzostwa? Game-changer Perez

Zobacz również:CZWARTY SEKTOR: Hamilton po raz setny, kosztowny błąd Lando. Rosja była szalona!
Lewis Hamilton
Fot. Mark Thompson/Getty Images

Grand Prix Turcji zaskoczyło pozytywnie pod tym względem, że nie przysporzyło kierowcom zbędnych problemów, mimo warunków dalekich od idealnych. Jesteśmy też coraz bliżej końca sezonu i w walce Lewisa Hamiltona z Maxem Verstappenem być może nastąpił kolejny przełomowy moment. Co jeszcze wiemy po tym wyścigu?

Ewolucja tureckiego toru z roku na rok to jedna z najbardziej zaskakujących rzeczy tego sezonu. Jeszcze w listopadzie 2020 bolidy ledwo utrzymywały się na mokrej, oleistej nawierzchni, a tym razem wszystko się odwróciło. To był nienormalnie czysty weekend, który pokazał, że nawet w trudnych warunkach kierowcy F1 potrafią pojechać emocjonujący wyścig. Nie musimy wcale oglądać pięciu kraks i dwóch czerwonych flag po drodze. Błędów jak na lekarstwo, ale jak już się pojawiały, to miały ogromne znaczenie w skali mikro oraz makro.

1
CAŁA DZWUDZIESTKA NA MECIE
Esteban Ocon
Fot. Bryn Lennon/Getty Images

To nie zdarza się często, więc warto to wyróżnić. Wszyscy, którzy wystartowali dojechali do mety. Cała stawka na mokrej nawierzchni toru w Stambule poradziła sobie doskonale. Żadnych kraks, dużych błędów czy awarii. Nawet w pierwszym zakręcie doszło tylko do jednego incydentu, gdy Pierre Gasly chciał nieco za mocno i wystrzelił z toru Fernando Alonso. Hiszpan kolejny raz pokazywał na starcie pierwiastek boskości, kiedy jednym manewrem po zewnętrznej niemal nie zawinął Francuza do spółki z Sergio Perezem. Niestety poszerzający tor jazdy kierowca AlphaTauri uderzył w będącego już z przodu Alonso i dla tego drugiego to był koniec walki o dobry wynik. Potem hiszpański weteran jeszcze dorzucił do tego staranowanie Micka Schumachera, za co otrzymał karę i to zsumowało się w bardzo niskie miejsce.

Tak na dobrą sprawę, to po pierwszym okrążeniu nie widzieliśmy nic, co jakkolwiek mocno odbiło się na czyimś wyścigu. Obroty Yukiego Tsunody czy Nicholasa Latifiego były bezinwazyjne. Dodatkowo Japończyk był w stanie przytrzymać za sobą przez kilka kółek szarżującego z dalszej pozycji Lewisa Hamiltona. Potem w teorii błąd zrobił Sebastian Vettel, który w późniejszej fazie wyścigu postawił na opony typu slick. Tylko z drugiej strony to było ryzyko, które Niemiec podjął świadomie. Nie udało się, trudno – i tak nie było realnej szansy na dobry wynik. Świetnym wyczynem popisał się za to Esteban Ocon. Drugi z kierowców Alpine nie zjechał do boksu ani razu i mimo mocno zużytych opon, był w stanie przywieźć dla swojej drużyny punkty. Oczywiście, jest jeszcze Hamilton. On jednak zasłużył na osobny akapit, więc o nim za chwilę.

Na minus wypadł Nikita Mazepin, który drugi weekend z rzędu jeździ, jakby wyprowadził z garażu swoją Skodę Favorit na czarnych blachach w niedzielę. Kaszkiet na tylne siedzenie i zwyczajna jazda niczym do kościoła. Zero ryzyka czy jakichkolwiek prób. Da się odnieść wrażenie, że Rosjanin kompletnie nie pasuje do tej stawki. Dodatkowo o mało nie ściągnął z toru dublującego go Lewisa w pogoni za czołówką. To był jednak swego rodzaju ewenement, który w połączeniu z błędami Gasly’ego i Alonso dał jedyne większe incydenty. Niesamowicie czysty weekend w tak trudnych warunkach. Zwłaszcza, jak zestawimy to z tym co działo się w Rosji.

2
TO JAK TO JEST Z TĄ PRESJĄ?
Valtteri Bottas
Fot. Bryn Lennon/Getty Images

Hamilton w Rosji miał nieco pecha, który sprawił, że Verstappen, pomimo gigantycznej kary za wymianę silnika, stracił najmniej punktów jak mógł. Logiczne było, że aby nie tracić sprzętowo i nie narażać się na coś w stylu powtórki z Malezji 2016, Brytyjczyk będzie musiał też się poświęcić w jeden weekend. Mercedes postawił na Turcję, bo ich przewaga na tym obiekcie była zaskakująca. Ekipa mistrzów świata postanowiła zrobić to miękko. Wymiana jednostki spalinowej, dziesięć miejsc kary. Wydawało się, że będzie mu zdecydowanie łatwiej niż Maxowi w Rosji. Pewnie tak by było, gdyby nie deszcz i trudne warunki, które utrudniały wybory strategiczne.

Tutaj wróciliśmy niejako do Soczi, gdzie Lando Norris wyrzucił przez okno szansę na wygraną, podejmując błędną decyzję na torze. Hamilton znalazł się w trudnym położeniu. Miało być łatwiej. Przelot przez stawkę utrudnił mu tylko Tsunoda, jednak do czasu, kiedy na torze przed nim nie pojawił się Sergio Perez. Meksykanin postawił twarde warunki i obronił się przed Brytyjczykiem. To był też moment, gdy większość kierowców zastanawiała się nad zmianą opon. Mercedes chciał, Hamilton nie. Konsekwentnie twierdził, że dojedzie na tym komplecie i zmiana nie ma sensu. Dwa zignorowane zaproszenia sprawiły, że kiedy sytuacja z ogumieniem się pogorszała, to zrobiło się zwyczajnie za późno. 51. okrążenie i przesychający tor uniemożliwiły Lewisowi normalną jazdę i wyścig skończył na piątej pozycji. To może być bardzo ważny moment, bo w teorii wymiana silnika miała pomóc mu uniknąć Malezji, a ten wyścig może mieć identyczne znaczenie. Upartość Hamiltona i zła decyzja na torze mogą w ogólnym rozrachunku zabrać mu mistrzowski tytuł.

Valtteri Bottas zrobił wszystko, co do niego należało. Wygrał i to bardzo pewnie po świetnym występie. Verstappen odzyskał prowadzenie, ma nowy silnik i nadal jest w wyśmienitej formie. Kolejny raz Hamilton chciał za mocno i możliwe, że mocno się przeliczy. Nie zaufał zespołowi, który też nie naciskał na niego zbyt mocno. Być może po wcześniejszym pit stopie byłby w stanie wycisnąć z tego wyścigu coś więcej. Wydawało się przez lata, że chemia i zaufanie budowane przez lata w Mercedesie powinny procentować w takich sytuacjach. Tymczasem Lewis kolejny raz postanowił, że tym razem będzie samotnym wilkiem. Znowu doprowadziło to do sytuacji, w której najzwyczajniej w świecie popełnił błąd. Tylko tym razem boli on podwójnie, bo rywal pojechał bezbłędnie i zrobił wszystko jak należy. Jak kosztowna będzie ta pomyłka, przekonamy się na koniec sezonu.

3
BINOTTO W MARANELLO, A FERRARI W SZTOSIE
Carlos Sainz i Charles Leclerc - Ferrari
Fot. Michael Regan/Getty Images

To, co powoli zaczyna dziać się w Scuderii, przyprawia ich fanów o szybsze bicie serca. Tifosi w końcu zaczynają wyciągać z szaf proporczyki i koszulki, bo Włosi przechodzą coraz większą metamorfozę. Jeszcze dwa lata temu śmialiśmy się z obrotów Vettela i Grande Strategii, a teraz to dosłownie zmiana wszystkiego o 180 stopni. Ferrari przestało popełniać głupie błędy, a nawet potrafi oszukać swoich rywali. W kwalifikacjach Carlos Sainz, który i tak miał startować z końca stawki, wyrzucił z rywalizacji w Q1 Daniela Ricciardo. Teoretycznie nie opłacało mu się walczyć o nic, ale widząc taką okazję, w Ferrari zareagowali. Potem w Q2 świetnie wykorzystali Hiszpana w roli holownika Charlesa Leclerca i zapewnili mu ostatnią część czasówki na oponach pośrednich. Jedyne rysy, które pojawiają się na tym weekendzie, to długi pit stop Sainza i błąd Leclerca z dłuższym pozostaniem na torze. Monakijczyk też próbował jechać bez zjazdu i stracił przez to podium na rzecz Sergio Pereza.

Operacja „powrót na szczyt” zaczyna przybierać realne kształty i wygląda na to, że możemy się mocno zdziwić. Zmiany w jednostce napędowej zaczynają działać. Mattia Binotto zostaje w Maranello, nadzorując przyszłoroczny samochód. Skład personalny kierowców wygląda na trafiony w dziesiątkę. Chude lata Ferrari mogą dobiegać końca, a weekendy jak ten nie są już jednorazowymi wyskokami. Zaczyna się pojawiać powtarzalność i można odnieść wrażenie, że zmiana jest realna. Jasne, zdarza się nadal Monako i błędy u podstaw. Jednak coraz rzadziej można odnieść wrażenie, że inżynierowie oraz mechanicy podnoszą pięść, krzyczą „FORZA FERRARI!” i myślą, że jakoś to będzie. Jeżeli to nadal będzie tak postępowało, niedługo czerwone bolidy powinny realnie walczyć o tytuły, a to nam wszystkim wyjdzie na dobre.

4
RED BULL W KOŃCU W DUECIE
Max Verstappen i Sergio Perez
Fot. Umit Bektas/Pool via Getty Images

To nie był najlepszy weekend w karierze Sergio Pereza. Pewnie sam nawet nie umieściłby go w pierwszej dziesiątce, jeżeli chodzi o performance. Natomiast to był być może najważniejszy jego wyścig w tym sezonie. Red Bull posłuchał trenerów personalnych i wyszedł ze swojej strefy komfortu. Zatrudnili faceta z zewnątrz, który miał dać im coś, czego juniorzy nie mogli – pewność i solidność. Okazało się, że Meksykanin jednak bardziej przybrał formę Albona czy Gasly’ego i nie jest w stanie być X-factorem w walce z Mercedesem. Jasne, były mniejsze i większe sukcesy, ale przeważały porażki na froncie walki o tytuł. Jednak Christian Horner i Helmut Marko zaufali, że to prędzej czy później się uda. Przedłużyli z Checo kontrakt, a ten zmienił los tego wyścigu i być może walki o tytuł.

Obrona Pereza przed Hamiltonem była najważniejszym momentem walki w czołówce. Gdyby Lewis poradził sobie z nim dość szybko, to Verstappen po pit stopie wyjechałby za Brytyjczykiem. To mocno utrudniłoby jego sytuację na torze. Jednak jego zespołowy kolega wystawił łokcie i nie oddał centymetra toru za darmo. Biały Red Bull wygrał, obronił się i utrzymał za sobą siedmiokrotnego mistrza świata. Ten stracił na tym blisko pięć sekund. To właśnie po to potrzebny był drugi mocny kierowca.

Może i to nie jest najlepszy sezon Pereza, może i nie dowozi co weekend tego, czego wszyscy oczekują. Jednak na koniec to ten jeden wyścig ma szansę okazać się kluczowy i decydujący w całej mistrzowskiej układance. A wtedy było warto i nikt w Milton Keynes nie będzie pamiętać o tych słabszych wynikach.

Podziel się lub zapisz
Fanatyk Formuły 1, ale praktycznie obok żadnego sportu nie przechodzę obojętnie. Współtwórca największego podcastu o królowej sportów motorowych w Polsce - Budnik i Pokrzywiński o F1.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.