Co za mecz! Brakowało tylko pada w rękach. Dawajcie serduszka Brentford, bo o taki futbol nic nie robiliśmy

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
brentford liverpool.jpg
fot. Adam Davy/PA Images via Getty Images

To było jak Gwiazdka w końcówce września. Fenomenalna atmosfera, chóralne śpiewy, Liverpool jako rywal, sześć goli i blisko 30 strzałów. Stałem na trybunie stadionu Brentford i pomyślałem, że oglądam jakąś maksymalnie urealnioną wersję gry FIFA. Doszedłem do wniosku, że gdybym mieszkał w Londynie, chciałbym tutaj być na każdym meczu. Po stypie, jaką zafundowali kibice, a także w dużej mierze piłkarze podczas starcia na Stamford Bridge, wjechało prawdziwe danie główne. Po tylu latach oglądania piłki powinniśmy nauczyć się wreszcie, że hitów nie muszą tworzyć zawsze wielkie firmy. To jedna z kilku lekcji, jakie przyniosła mi szalona sobota w Londynie.

Po raz pierwszy od stycznia 2020 roku udało mi się usiąść na trybunach stadionu Premier League. Ze Stamford Bridge mogę mieć tylko pozytywne skojarzenia. Rok 2003 i starcie Chelsea z Man City właśnie, wygrane 5:0, było pierwszym spotkaniem, które obejrzałem na żywo w Anglii. Życie kreśli dziwne scenariusze – w tamtym meczu ligowym grał Gianfranco Zola, matko, co to był za piłkarz! W sobotę, tuż przed południem, razem z Andrzejem Twarowskim staliśmy z Zolą przy murawie i rozmawialiśmy o szlagierze szóstej kolejki. Rewanżu za finał Ligi Mistrzów.

Wayne, człowiek z ramienia Premier League, który zawsze serdecznie wita nas na meczach w Anglii, zamienił z nami standardowo kilka słów, uznaliśmy zgodnie, że faworytem jest Chelsea, powiedziałem więc, że pewnie wygra City.

Wygrało, bo bardziej chciało. Podobało mi się zdanie Thomasa Tuchela przed tym spotkaniem. – Nie potrzebujemy cudu, by pokonać Manchester City, potrzebujemy zagrać na swoim najwyższym poziomie – stwierdził Niemiec, który przecież udzielił Pepowi Guardioli już trzech lekcji, od kiedy prowadzi Chelsea.

The Blues nie zagrali nawet na 50 procent swoich możliwości. Sorry, ale tak się nie da wygrać z mistrzem Anglii. City byli skoncentrowani, pewni siebie, kreatywni i odważni. Trzy punkty pojechały do Manchesteru w pełni zasłużenie. To istotny mecz w kontekście sezonu, bo nie pozwolił uwierzyć piłkarzom Chelsea, że są murowanym faworytem do tytułu i zarazem wysłał reszcie stawki jasny sygnał, iż zespół Guardioli jest gotów bronić mistrzostwa do upadłego, w sezonie, w którym za moment Brighton może zostać liderem, a pierwszych osiem zespołów dzielą cztery punkty.

Pierwsza połowa meczu na Stamford Bridge była dramatyczna. Piłkarze Tuchela zachowywali się tak, jakby byli zaskoczeni, że ktoś ich zaatakował na ich boisku, a kibice zaskoczeni jeszcze bardziej milczeli. Jakiż kontrast stanowi to z żywiołową publiką na Brentford Community Stadium, kameralnym, bardzo akustycznym obiekcie, na którym beniaminek zabierze jeszcze sporo punktów tym, którym wydaje się, że są faworytem.

Nie jest przypadkiem, że londyńska ekipa przegrała tylko jedno spotkanie z ostatnich 18 ligowych konfrontacji. Widać niesamowitą pracę, jaką wykonał z tymi zawodnikami Thomas Frank. Juergen Klopp był oczarowany – samym meczem (jego wymiana spojrzeń, pełna szacunku, z menedżerem gospodarzy to dla mnie obrazek weekendu), ale przede wszystkim grą Davida Rayi. Bramkarz Brentford znakomicie radzi sobie z piłką przy nodze, jego szybkie zagrania do partnerów, niezwykle dokładne, sprawiły, że menedżer Liverpoolu uznał, iż powinien nosić na plecach numer 10.

Brentford to idealny przykład na to, że piłka nożna, a Premier League w szczególności, są najbardziej przepłaconymi tworami, jakie możemy sobie wyobrazić. Że za małe pieniądze da się zrobić zespół konkurujący z możnymi. Mało tego – zespół grający atrakcyjny futbol, choć niekoniecznie oparty na posiadaniu piłki czy seriach strzałów na bramkę rywala. Ta atrakcyjność polega bardziej na byciu konkretnym. Dynamice, doskoku, szybkim kontrataku, dalekim przerzucie, fajnym stałym fragmencie.

Ekipa ze stolicy nie potrzebuje urządzać się w polu karnym rywala na stałe, jeśli ma tam kontakty z piłką, to po to, by zdobyć bramkę. Alan Shearer podczas sobotniego programu „Match of the Day” zwrócił uwagę na liczbę zawodników, którzy zawsze zamykają akcje Brentford, dając więcej opcji na happy end. Tak było przy dwóch trafieniach gospodarzy w sobotę.

Frank ma młody zespół, ze średnią wieku ponad 25 lat, rokuje to dobrze na kolejne sezony, szczególnie przy tak mądrej polityce transferowej w Brentford. Widać też jak publiczność mocno utożsamia się z drużyną, jak cały czas z nią jest, jak cieszy się każdym udanym zagraniem, każdą minutą pobytu w elicie.

Fani dużych klubów często oczekują. Sporo widzieli już wygranych meczów, czy zdobytych trofeów, więc często brakuje im głodu. Będąc na trybunach Stamford Bridge przypomniałem sobie triumf CFC w Monachium, w finale LM w 2012 i reakcje kibiców z Londynu po ostatnim gwizdku. Przyznam, że nie była to jakaś dzika euforia, byłem wtedy mocno zaskoczony tym faktem. Nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby Champions League wygrało Brighton czy Brentford i nigdy się pewnie o tym nie przekonam.

To była fantastyczna sobota. Znów dotknąć murawy przed meczem, poczuć zapach stadionu, usiąść na stanowisku komentatorskim, na dodatek pogadać sobie z legendą klubu, Zolą, zobaczyć setnego gola Mohameda Salaha i tych szaleńców z Brentford, owładniętych manią piłki. To niezmienna prawda, że człowiek czasem potrzebuje za czymś zatęsknić. Blisko dwa lata rozbratu z tą żywą częścią materii tak uwielbianej jak liga angielska to było zdecydowanie za dużo.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.