Co robić, gdy świat się wali? Edouard Mendy emisariuszem nadziei z planem dla bezrobotnych

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Edouard Mendy
Fot. Darren Walsh/Chelsea FC via Getty Images

Życie nauczyło go bić się o swoje, a Chelsea tego, że winda na szczyt może przyjść w każdej chwili. Édouard Mendy w środę zatrzymał Karima Benzemę i zagra w finale Ligi Mistrzów. Sześć lat temu śmiano się z niego we francuskim urzędzie pracy, gdy na pytanie „czego szukasz?”, odpowiedział: „klubu”. Dziś jest emisariuszem nadziei – tego, jak w najgorszym bagnie zaplanować kolejne kroki do przodu i po latach dostać za to nagrodę.

– Wyobrażasz sobie spotkanie Mendy’ego z 2015 i 2021 roku? – spytał go niedawno dziennikarz Simon Thomas. Przez prawie półtorej godziny siedzieli na Skypie i przeprowadzali rozmowę do „France Football”. Mendy szybko wyobraził sobie tę scenę, po czym odparł: „Tak, ten z 2015 roku powiedziałby do tego dzisiejszego: „Jesteś mirażem!”, a ten dzisiejszy uściskałby 24-latka, mówiąc: „Gratulację, że się nie poddałeś”.

W polskich mediach ta rozmowa w ogóle nie była cytowana, a wyłania się z niej niesamowity obraz człowieka, który tylko własnemu uporowi zawdzięcza to, że jeszcze gra w piłkę. Mendy jest bohaterem z krwi i kości, w bramce wyglądający jak sprężyna, a w życiu jak gotowy poradnik co robić, gdy świat się wali. Pep Guardiola miał już 28 odhaczonych trofeów w momencie, gdy Mendy był bezrobotny. Stał z pięćdziesięciolatkami po kwit z Urzędu Pracy, odbierając telefon od kumpla z trzeciej ligi, czy może nie chciałby pograć za 900 euro miesięcznie.

EDOU, CO TY ROBISZ?

N’Golo Kante śmieje się, że pamięta go jeszcze z kartoflisk we Francji. Mecz Boulogne-sur-Mer - Cherbourg miał dwóch przyszłych uczestników Ligi Mistrzów, co znowu przypomina nam, że każdy mistrz zaczynał kiedyś w błocie. Mendy miał trudniej niż inni, bo na starcie w rodzinnym Le Havre usłyszał, że klub z niego rezygnuje. Ten refren powtórzy się kilka razy. W Rennes już w 2009 był na testach, ale trener powiedział „Jesteś dobry, ale nie mamy budżetu na trzeciego bramkarza”. Wrócił do trzeciej ligi i wylądował na lodzie. Uwierzył agentowi, który chciał go zawieźć do Anglii. Gdy tuż przed wyjazdem przestał odbierać telefony, Mendy nie miał już ani agenta, ani klubu. 30 sierpnia dostał informację, że transfer został wstrzymany.

– Nagle w oczach rodziców widzisz strach – opowiada Mendy we „France Football”. – Nie masz za co żyć i nie masz perspektywy, czy w ogóle będziesz grał w piłkę. Mama powiedziała mi: pracowałeś, więc masz prawo do zasiłku. Byłem zły na piłkę, na środowisko, na agentów, nawet jeśli nie wszyscy są źli. Czułem wstyd przed rodziną. W pewnym momencie nie grałem rok, a za trzy tygodnie miałem zostać ojcem. Pomyślałem: „Nie stać mnie, żeby za kilkaset euro grać w niższych ligach, muszę mieć normalną pracę”. Kolega z Cherbourga zaproponował mi robotę w sklepie. Ale drugi znajomy, Ted Lavie spytał: „Edou, co ty robisz?! Nie szukasz klubu?! Powiedziałem o tobie ludziom w Marsylii” – dodaje Mendy.

KONTRAKT ŻYCIA NA 5000 EURO

Tydzień później siedział w pociągu na południe. Nie powiedział rodzicom o testach, bo nie chciał, by wiedzieli o kolejnym rozczarowaniu. – Na starcie wszedłem do szatni, a tam Lass Diarra, Ocampus, N'Koulou. Dwa tygodnie wcześniej oglądałem ich w telewizji w meczu z Juventusem – opowiada Mendy. Z Diarrą zamienił kilka słów. Opowiadał o Urzędzie Pracy i dziecku w drodze. Cztery dni później, będąc już w domu, usłyszał, że Marsylia zadzwoni do niego z propozycją. Dostał szansę w rezerwach, a rok później podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z Reims. Kwota 5000 euro miesięcznie brzmiała tak dziwnie, że w pierwszej chwili chciał powiedzieć szefom klubu, że to za dużo.

– Od tamtej pory stawiałem sobie krótkie cele – opowiada Mendy. – Byłem bramkarzem nr 2, ale koncentrowałem się na tym, by jeśli nadarzy się szansa, pokazać, że zasługuję na bluzę nr 1. Gdy zacząłem grać, celem był awans do Ligue 1, a kiedy byłem już w Ligue 1, to zacząłem myśleć o europejskich pucharach. To było jak pokonywanie schodów. Trafiłem do Rennes, zagrałem w Europie i wtedy pomyślałem: „Rób wszystko, żeby trafić zagranicę”. Dzisiaj, kiedy o tym wszystkim myślę, mówię do siebie: „Wow, przeszedłeś długą drogę”. Potrafię docenić to, co mam. Życie piłkarza, nawet na poziomie drugiej ligi to życie z przywilejami. Nigdy o tym nie zapominam – dodaje Mendy.

Jego trenerzy w Reims do dziś śmieją się, że był tak zorientowany na cele, że po awansie z Reims zapomniał, że właśnie wchodzi do Ligue 1. Drużyna straciła tylko 22 gole, pobiła rekord, a on rozmyślał, że mogło być tego mniej, bo w kilku sytuacjach popełnił błąd. Ma obsesję na punkcie czystych kont, dopiero wtedy czuje się, że właściwie wykonał robotę. W Chelsea dziś nikt nie powie „Edouard who?” jak to zdarzało się jeszcze rok temu. Nikt nie zamieniłby zagadkowego bramkarza za 24 mln euro na Gianluigiego Donnarummę albo Dean Henderson, bo te dwa nazwiska pojawiały się, kiedy The Blues szukali bramkarza. Manuel Neuer już późnym latem mówił: "Spójrzcie na Mendy'ego. Jest doskonały".

POCZTA PANTOFLOWA RENNES

Klucz rekrutacji Mendy’ego jest prosty. Facet wyróżniał się w Ligue 1, w dodatku w klubie, który słynie z dobrego szkolenia bramkarzy. Christophe Lollichon, obecny trener bramkarzy Chelsea pełni też rolę skauta. Zna się doskonale z Petrem Cechem. Przez prawie 10 lat pracował w Rennes, więc dzięki siatce znajomych już trzy lata temu usłyszał o rozciągającym się jak guma bramkarzu z Senegalu. W 2019 roku pierwszy raz zlecił baczną obserwację. Anglia była wymarzonym kierunkiem dla Mendy’ego – wymyślił ją jeszcze w czasach Le Havre, potem latając i ucząc się angielskiego choćby od męża siostry, która lata temu osiedliła się na Wyspach.

– Zabawne jest to, że kiedyś w ogóle nie chciałem być bramkarzem. Zachęcił mnie trener, kupując mi strój Uhlsport. Miałem watowane spodnie, bluzę z numerem 1, a dziś ten sam Uhlsport jest moim sponsorem. Często mówię do siebie: „Wow, to jest szalone”. Ale niczego w życiu nie ukradłem. Ciężko pracowałem i szedłem po swoje – mówi Mendy, który w 11 meczach Ligi Mistrzów zanotował 8 czystych kont. Jeśli w finale w Stambule zaliczy kolejne, pobije rekord Keylora Navasa.

To naprawdę jest szalone.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.