Niby sąsiad, a jednak z innego świata. Co ma Slavia Praga, czego nie może mieć Legia Warszawa?

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
Slavia Praga
Fot. Andrew Milligan/Pool via Getty Images

Mistrzowie Polski zmierzą się o awans do fazy grupowej Ligi Europy z klubem, który mimo tego, że geograficznie ma siedzibę blisko od Warszawy, to wygląda trochę jak przybysz z lepszego piłkarskiego świata. Slavia Praga dwa razy w ciągu trzech ostatnich lat docierała do ćwierćfinału LE i pozostawiła po sobie dobre wrażenie w niezwykle silnej grupie w Lidze Mistrzów. Od kilku lat stanowi punkt odniesienia dla polskich kibiców, którzy zastanawiają się, czemu takie sukcesy są możliwe w stolicy sąsiadniego kraju, a u nas nie, jednak z każdym kolejnym rokiem ten punkt się oddala. Dwumecz w IV rundzie eliminacji LE będzie dobrą okazją, abyśmy przekonali się, dlaczego.

Kibic Legii od kilku lat może patrzeć z zazdrością na to, co dzieje się w Slavii i pytać: dlaczego u nas się tak nie da? Wydaje się bowiem, że Praga i Warszawa mają podobny potencjał, ale to u naszych sąsiadów oglądamy klub, w który kilka lat temu zainwestowali właściciele z Chin i poszły za tym wyniki. Jednocześnie nie wiązało się to z wielkimi jak na ten region wydatkami i próbą utworzenia Manchesteru City Europy Środkowo-Wschodniej. Kadra Slavii opiera się na zawodnikach z Czech, klub wydaje pieniądze z głową i jeszcze lepiej je zarabia. Osiąga sukcesy w pucharach, o których Legia nawet nie może śnić, bo za takie trzeba uznać ćwierćfinał Ligi Europy dwa razy w ciągu ostatnich trzech latach.

To sprawia, że rywal mistrza Polski choć wydaje się nam bliski, jest nieco jak drużyna z lepszego świata. Nie zawsze było jednak tak dobrze, dlatego śmiało może stanowić przykład dla całej naszej piłki.

NIE TYLKO BOGATY WŁAŚCICIEL

Zacznijmy od samej kwestii właściciela, ale najpierw trzeba cofnąć się do 2014 roku. Slavia kończy sezon punkt na strefą spadkową i utrzymuje się, choć ostatni mecz przegrała. Na jej szczęście pozostałe wyniki ułożyły się jednak tak, że nie doszło do katastrofy. Rok później nie było wiele lepiej – 11. miejsce, w teorii wyżej, ale tylko o punkt nad trzecim zespołem od końca, czyli tym, który w dzisiejszej formie ligi już spada. Gdy więc chwilę później pojawiła się oferta z Chin, w Slavii traktowano to jako w pierwszej kolejności ratunek, a dopiero później kreślono plany podboju Czech, a potem Europy.

Tak czy inaczej wieść o tym, że praski klub dostanie wsparcie bogatego właściciela z Chin odbiła się szerokim echem. – W lidze nie ma zagranicznych właścicieli klubów i to naprawdę wyjątkowy, bardzo rzadki przypadek, a przy okazji niezbyt popularny – mówi w rozmowie z newonce.sport Tomaš Daniček, ekspert czeskiego futbolu, twórca bloga Czech Footy. Niechęć do Slavii potęguje ostatnia ligowa dominacja, czyli cztery mistrzostwa kraju w pięć lat. – Sinobo Group, czyli posiadacze Slavii, przez ostatnich kilka lat mieli jednak sporo zmian wśród dyrektorów, dlatego pozostają bardziej w cieniu. Rządzi Jaroslav Tvrdík, dawny polityk, który coraz mocniej spycha Chińczyków w cień. Słychać o nich głównie podczas dorocznych zebrań zarządu – dodaje Daniček.

Chińczycy mają około 60% udziałów i wychodzą z założenia, że klub ma się utrzymywać sam. Widać jednak, że Slavia nie boi się wydawać pieniędzy. Za magiczną granicę w Ekstraklasie i w ogóle w tej części Europy przyjmuje się milion euro na nowego piłkarza i praski klub wydawał taką kwotę na nabytki 20 razy. Tylko dwa z nich to czasy sprzed inwestycji Chińczyków, jednak i tak na tle nie tyle Legii, co całej naszej ligi, to wynik imponujący. W całej historii Ekstraklasy doszło do dziesięciu takich nabytków.

Slavia wydaje takie kwoty na piłkarzy z ligi czeskiej, ale dobrze inwestuje też w innych zakątkach świata. Nicolae Stanciu kupiła za 4 mln euro z Al-Ahli, ale to były gracz m.in. Anderlechtu. Peter Olayinka przyszedł z Genk za 3.2 mln. Dla polskich klubów to kwoty niemal niewyobrażalne. Jednocześnie od 2017 roku Slavia sprzedała graczy za łączną kwotę ponad 60 mln euro i dziś można powiedzieć, że to klub samowystarczalny. Nie możemy się więc do końca zasłaniać tym, że w Polsce nie mamy takiej drużyny, bo u nas nie ma właściciela z Chin.

JAK RÓWNY Z RÓWNYM Z BARCELONĄ

Tę samowystarczalność Slavia wypracowała jednak przede wszystkim na boisku. Lista jej osiągnięć w europejskich pucharach robi w ostatnich latach duże wrażenie. Poprzedni sezon to ćwierćfinał Ligi Europy (tam 1:1 i 0:4 z Arsenalem) po wyeliminowaniu Leicester City, a wcześniej Rangersów. W grupie z kolei prażanie potrafili pokonać Bayer Leverkusen 3:0. W sezonie 2018/19 też był ćwierćfinał LE po pokonaniu w grupie Zenita, FC Kopenhagi i Bordeuax, a potem przejściu Genku i Sevilli w fazie pucharowej. Odpadła dopiero po bardzo zaciętym i emocjonującym boju z Chelsea.

Pomiędzy tymi dwoma sezonami był rok 2019, czyli to godna postawa w piekielnie trudnej grupie Ligi Mistrzów. Pamiętacie z pewnością te obrazki, kiedy jeden z delegatów Slavii podczas losowania z trudem tłumił śmiech politowania, gdy jego klub trafił na Barcelonę, Inter i Borussię Dortmund. Mimo tego Slavia spisała się nieźle. Zremisowała 1:1 z Interem i to Włosi ratowali punkt w doliczonym czasie, a w drugim spotkaniu utrzymywała wynik 1:1 aż do 83. minuty. Z Barceloną minimalnie przegrała na wyjeździe, a u siebie było 0:0. Tylko w jednym meczu straciła więcej niż dwie bramki i choć po zajęciu czwartego miejsca przygoda Slavii w Europie się kończyła, to jej postawa była dla czeskich kibiców budująca.

– Gdy grali na Camp Nou, w sześciu zakładali pressing na połowie Barcelony. Slavia jest w stanie stawić czoła każdemu w Europie. Mogą mierzyć się z Juventusem, Realem czy Liverpoolem i mimo że zapewne przegrają, to nie zobaczylibyśmy dominacji ze strony lepszego rywala – mówi w rozmowie z newonce.sport Martin Charvat, dziennikarz radia Česky Rozhlas.

ZMIANA KIERUNKU ROZWOJU

Zazdrość polskich kibiców i dodatkowe argumenty, że Slavia zmierza właściwą drogą wzbudzały nie tylko wyniki, ale i filozofia klubu. Ta ostatnio uległa zmianie i to ona doprowadziła do lepszych osiągnięć. Dziś większość składu stanowią Czesi, choć początkowo chińscy właściciele próbowali innej koncepcji. Latem 2017 chcieli zrobić trochę szumu na rynku transferowym i do Pragi ściągnęli Danny'ego, legendę Zenita, kapitana Dnipra Rusłania Rotania, Halila Altintopa i Miroslava Stocha.

Głośne nazwiska nie dały jednak jakościowego skoku. Danny wyglądał jak cień siebie, wiosną praktycznie się nie liczył i przez cały sezon strzelił dwa gole. Rotań już zimą opuścił Pragę rozegrawszy 14 spotkań. Altintopa również nie było już po pół roku – zatrzymał się na dziesięciu występach i dwóch golach. Jedynie ze Stocha mogli być w Slavii zadowolony. Pierwszy sezon miał obiecujący, a w kolejnym miał udział przy 26 bramkach i jeszcze udało się na nim odrobinę zarobić – przyszedł z Fenerbahce za milion euro, a odszedł do PAOK Saloniki za półtora.

Od tego czasu Slavia nie sprowadziło już nikogo o takim statusie, czyli zawodnika po 30. roku życia z łatką niewykorzystanego talentu czy z przeszłością w silnych ligach i pucharach. Skupiła się głównie na penetrowaniu czeskiego rynku. – Jednym z powodów sukcesów Slavii w ostatnich latach jest mądry skauting. Jak mało kto potrafią znaleźć okazję na czeskim rynku. Petr Ševčik, Vladimir Coufal, który odszedł do West Hamu rok temu, czy Tomaš Holeš, zdobywca bramki przeciwko Holandii na Euro, się w to wpisują. Obecnie podobny potencjał ma Srdan Plavšić, który przyszedł za darmo – opowiada nam Daniček.

PRZEWAGA WŁASNEGO PODWÓRKA

Zmiana strategii transferowej rozpoczęła się od zmian na górze. Pod koniec 2017 roku Slavię opuszczał trener Jaroslav Šilhavy, obecnie selekcjoner reprezentacji Czech, i zastąpił go Jindřich Trpišovsky. Wraz z nim przyszedł dyrektor sportowy Jan Nezmar. – Ten duet to absolutny klucz do sukcesów Slavii – tłumaczy Chavrat.

Ci dwaj panowie współpracowali ze sobą w Slovanie Liberec – Nezmar w latach 2012-17 był jego dyrektorem sportowym, a Trpišovsky trenerem w latach 2015-17. Slovan, który nie był w stanie rywalizować finansowo z wielką dwójką z Pragi oraz Viktorią Pilzno, potrafił w tym czasie doskonale przeczesywać rynek i pozyskiwać talenty, które mogły się tam rozwijać. Za czasów Nezmara w Libercu trzy razy była faza grupowa Ligi Europy, a raz nawet awans do fazy pucharowej. Slovan tworzył gwiazdy. Potrafił wyciągnąć Davida Pavelkę, którego skreśliła Sparta Praga, a potem po czterech latach dobrej gry sprzedać do Turcji za 1.5 mln euro. Martin Graiciar został pozyskany za 50 tys. euro z juniorów Viktorii, a po pół roku sprzedany za 1.5 miliona euro do Fiorentiny. Ševčik, dziś piłkarz Slavii, też grał w Libercu. Odszedł za milion euro.

Nezmar miał doskonałe oko do talentów i potrafił przenieść to na wyższy poziom w Pradze. Wymieniona wcześniej trójka – Ševčik, Coufal i Holeš – kosztowała w sumie 3.3 mln euro, ale sam Coufal odszedł do West Hamu za prawie drugie tyle. Alex Kral przyszedł z Teplic za 900 tys. euro, a Spartak Moskwa kupił go za 14 razy tyle. Tomaš Souček z kolei był wychowankiem klubu, a West Ham najpierw zapłacił za jego wypożyczenie, a potem zakup, co razem wyniosło około 20 mln euro.

Klub z Pragi ma jednak nad Legią tę przewagę, że działa na innym rynku. Abstrahując od poziomu piłki, w Polsce lepiej się płaci i lepiej zarabia i drużyny z dolnej połowy tabeli Ekstraklasy nie dzieli przepaść od mistrza kraju. Albo inaczej: taki klub nie musi sprzedawać wyróżniających się piłkarzy do Legii, by przeżyć. O taki ekosystem apelował wiele razy Dariusz Mioduski, tłumacząc, że w Warszawie taki zawodnik miałby okazję do gry na wyższym poziomie przed odejściem do lepszej ligi, ale to zwyczajnie tak u nas nie działa. W Czechach tymczasem drużyny z dołu tabeli są zależne od tego, czy uda im się dobrze sprzedać piłkarza do Sparty, Slavii albo Viktorii. Nie mają tak dużych wpływów z praw telewizyjnych jak polskie średniaki, dlatego Teplice, Jablonce, Baniky i Sigmy żyją przede wszystkim z wychowywania i transferów swoich graczy.

FACHOWIEC U STERÓW

Daniček zwraca też uwagę na osobę trenera. Trpišovsky prowadzi Slavię już prawie od czterech lat i potrafił nadać drużynie charakterystyczny styl oparty na pressingu i przygotowaniu atletycznym piłkarzy. Fizycznie Slavia dominuje nieraz nad drużynami z dużo silniejszych lig i nie było przypadku w tym, że dobrze radziła sobie z takimi klubami jak Rangers czy Leicester City. – Jego mocno analityczne i naukowe podejście jest najważniejszym powodem, dla którego Slavia tak dobrze gra w Europie. Potrafi wypatrzyć każdą słabość u przeciwników i pokonać kogoś 1:0, wykorzystując ją, na przykład dostrzeże zbyt duże przestrzenie między lewym obrońcą a półlewym stoperem i weźmie to na celownik – tłumaczy.

– Ponadto Trpišovsky potrafi rozwijać piłkarzy nawet w takich rolach, których wcześniej nie pełnili. Najświeższy przykład to Oscar Dorley. Sam Trpišovsky przyznaje, że to urodzony środkowy pomocnik, ale on robi z niego swojego Marcelo. Holeš przychodził jako prawy obrońca, a w klubie i w reprezentacji błyszczy jako defensywny pomocnik. Abdallah Sima również się rozwinął. Jeszcze jesienią zeszłego roku był zupełnie nieznany, a już zimą Slavia miała za niego oferty. No i oczywiście Coufal oraz Souček to dwaj ulubieńcy Trpišovskiego, z których dziś może być dumny – opowiada nam Daniček.

LEGIA W POZYCJI UNDERDOGA

Obaj nasi rozmówcy podkreślają, że w dwumeczu z Legią to Slavia będzie zdecydowanym faworytem. Trudno się dziwić, skoro tak gra w pucharach, a do reprezentacji Czech, która doszła do ćwierćfinału Euro wysłała pięciu zawodników. Kolejnych pięciu grało w jej barwach w przeciągu trzech ostatnich lat.

Mistrzowie Polski będą musieli uważać na wspomnianego Stanciu, który wyrósł na gwiazdę Slavii. Początkowo zarzucano mu brak zaangażowania w defensywie, a dziś często jest pierwszym pomocnikiem pod własnym polem karnym, który zaliczy kluczowy odbiór. Rumun specjalizuje się jednak głónie w długich przerzutach i przeszywających podaniach za linię obrońcy. Często tworzy sytuacje i zalicza asysty drugiego czy trzeciego stopnia. W poprzednim sezonie miał udział przy 26 golach Slavii i żaden inny piłkarz nie był równie często wybierany do jedenastki kolejki w lidze czeskiej. Groźny będzie też duet bocznych obrońców. Wspomniany Dorley umie świetnie dryblować i dośrodkowywać, a z drugiej strony jest Alexander Bah. Obaj mogą jednak z powodzeniem tworzyć przewagę w środkowej strefie. Ich zagrania ma kończyć Jan Kuchta – strzelec 20 goli w poprzednim sezonie.

– Porażka z Ferencvarosem była dużą niespodzianką, bo wszyscy oczekiwali od tego zespołu awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów. W ostatnich latach udawało się Slavii stopniowo rozwijać, a ta porażka to akurat krok w tył. Zespół się nie osłabił, to nie sytuacja jak przed rokiem, kiedy sprzedawano Coufala do West Hamu. Nie kupowano jednak nikogo za duże pieniądze i uznano, że kręgosłup tej drużyny jest wystarczająco silny – mówi Charvat.

– Na pewno celem Slavii jest minimum Liga Europy i wyjście z grupy. Trudno jednak przewidzieć, jaki będzie poziom tych rozgrywek, skoro powstała Liga Konferencji i w LE zagra mniej drużyn. Może być trudniej. Tak czy inaczej oczekiwania są takie, że przejdą Legię – dodaje.

Daniček jest podobnego zdania, szczególnie, że w grę wchodzą finanse i prestiż. – Slavia ma zagwarantowane 3 mln euro za udział w pucharach jesienią, jeśli w najgorszym wypadku wejdzie do fazy grupowej Ligi Konferencji, podczas gdy awans do Ligi Mistrzów to 8.5 mln albo i więcej. Myślę więc, że teraz Slavia celuje minimum w wyjście z grupy w Lidze Europy. Spadnięcie do Ligi Konferencji byłoby uznane za kompromitację, bo oznaczałoby dwie z rzędu przegrane rundy eliminacyjne. Poza tym oznaczałoby również, że wielki rywal Sparta grałaby w rozgrywkach wyższej kategorii, więc dochodzi jeszcze kwestia dumy – opowiada.

LEPSZA WERSJA SIEBIE

Legia będzie miała więc okazję z bliska przyjrzeć się drużynie, która może uchodzić za wzór tego, jak powinien prezentować się mistrz Polski. Gdy bowiem wyobrażamy sobie, jak duży potencjał może mieć mistrz naszego kraju i na ile byłoby go maksymalnie stać, gdyby założyć scenariusz idealny, to pewnie ten sufit faktycznie byłby gdzieś na poziomie 1/4 finału LE. Owszem, dziś to mało realne i trudno będzie nam w szybkim czasie nadrobić lata zaniedbać oraz rankingową przepaść do Czechów (aktualnie jesteśmy 29. ligą w Europie, czeska jest na 17., a była nawet na 11. pozycji i miała dwa kluby w eliminacjach LE), ale wniosek jest taki, że sukces Slavii bierze się z czegoś więcej niż tylko z chińskich pieniędzy.

Tu liczy się know-how i podejście długofalowe. W Warszawie już zresztą podpatrują, co dzieje się w Pradze, ale na razie to, co łączy oba zespoły, to fakt, że zespół analityczny 11Hacks, który przedtem pracował dla Slavii, dziś pomaga identyfikować Legii potencjalne nowe nabytki. To właściwy kierunek i dobra inspiracja, jednak żeby zmniejszyć ten dystans, dużo musiałoby się zmienić. Począwszy od cierpliwości w budowaniu projektu, po lepszą skuteczność na rynku.

Boisko pewne różnice może zawsze zniwelować, jednak trudno pozbyć się wrażenia, że mistrz Polski zmierzy się z klubem, dla którego planem minimum jest to, co dla niego jest sukcesem. Dla Legii i polskich drużyn w ogóle Liga Konferencji jest dużą szansą, a dla Slavii byłaby zesłaniem. Liga Europy to z kolei dla już dzisiaj nas puchar lepszej kategorii, za to dla prażan to tylko punkt wyjścia do gry na wiosnę. Już sam fakt, że Czesi uznaliby odpadnięcie z Legią za kompromitację wiele mówi o tym, jak wiele dzieli oba kluby.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.