CENTROSTRZAŁ #8. Falstart beniaminka z Niecieczy. Czy już czas na paniczne ruchy?

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Bruk-Bet Termalica Nieciecza
Jakub Ziemianin/400mm

Bruk-Bet Termalica w krótkiej historii ekstraklasowych występów miewał już źle rozpoczęte sezony, ale jeszcze nigdy nie wystartował tak źle, jak teraz. Po kolejnej porażce, siódmym meczu bez zwycięstwa i przy zajmowaniu ostatniego miejsca w tabeli, trudno nie zastanawiać się nad przyszłością trenera Mariusza Lewandowskiego. Jednak wciąż są jeszcze argumenty, by to z nim czekać na przełamanie.

Jako kibice piłkarscy jesteśmy znani z tego, że na temat każdej decyzji mamy wyrobione silne zdanie, wiemy, co jak należało zrobić i jak kto powinien się zachować w danej sytuacji. U dziennikarzy sportowych ten gen jest naturalnie jeszcze bardziej dominujący. Ale są momenty, w których cieszę się, że to ktoś inny weźmie odpowiedzialność za decyzję, jaka jest do podjęcia. Przyglądając się sytuacji Bruk-Betu Termaliki Nieciecza na początku sezonu, cieszę się, że moi rodzice nie są potentatami w produkcji kostki brukowej i w związku z tym nie dali mi do zarządzania działu sportowego ekstraklasowego klubu. Gdybym jednak był na miejscu Krzysztofa Witkowskiego juniora i naturalnie, gdyby rodzice dali mi cokolwiek do powiedzenia w tej kwestii, spędzałbym dziś bezsenną noc, rozmyślając nad Mariuszem Lewandowskim. Bo Nieciecza powoli zbliża się do momentu, w którym brak jakiegokolwiek działania też jest już jakąś decyzją.

OBIECUJĄCY POPRZEDNICY

Na pytanie, co można powiedzieć o zespole, który zaczyna sezon od zdobycia trzech punktów w siedmiu meczach, jeden rabin powie, że ŁKS, spadając dwa lata temu z hukiem z ekstraklasy, miał na tym etapie cztery. Drugi powie, że Piast Gliwice rok temu o tej porze miał jeden i omal nie wszedł do pucharów. A poprze go ten, który przypomni, że Cracovia sezon 2018/2019 zaczęła od trzech punktów w siedmiu kolejkach, by później reprezentować Polskę w Europie. Patrząc tylko na trzy ostatnie sezony (tendencyjnie mała próbka), można by więc powiedzieć, że częściej jak Nieciecza startują potencjalni pucharowicze niż spadkowicze. Czyli zostawić Lewandowskiego?

KORZYSTNY UKŁAD KARUZELI

Niekoniecznie. Bo trwanie przy trenerze dla samego trwania raczej nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza że sytuacja obecnie panująca na rynku aż prosi się o to, by kogoś zwolnić. Czasem nie było z kogo wybierać, a teraz wręcz do wyboru, do koloru: Jerzy Brzęczek, Marcin Brosz, Leszek Ojrzyński, Radosław Sobolewski, Jacek Zieliński (z tej karty Nieciecza już skorzystała), od stycznia Piotr Stokowiec. Każdy znajdzie kogoś skrojonego dla siebie. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do swojego trenera, teraz jest dobry moment, by reagować. A znajdzie się w ostatnich latach wystarczająco wiele przykładów klubów, które przespały odpowiedni moment, by zmienić zagubionego trenera, a później płaciły za to wysoką cenę. Z podwójnymi pozdrowieniami dla Podbeskidzia Bielsko-Biała. Nie każdy trener, który regularnie przegrywa, zostaje później Kostą Runjaiciem, czy nawet Michałem Probierzem. Czyli zwalniać Lewandowskiego?

SZACUNEK ZA CHĘCI

Niekoniecznie. Bo to facet, do którego z wielu powodów można mieć szacunek. Po pierwsze, chciało mu się w ogóle bawić w ligową trenerkę. Mało który piłkarz jego formatu tego chce. Przez lata gry w Szachtarze Donieck zarabiał na tym poziomie, że raczej nie musiałby użerać się z ekstraklasowymi piłkarzami, by mieć co włożyć do garnka. Mógłby wykorzystywać kontakty, umieszczając zawodników z Ukrainy w Polsce albo z Polski na Ukrainie. Mógłby komentować w telewizji. Albo chociaż pracować z dziećmi, wykorzystując głośne nazwisko. Z piłkarzy jego pokolenia niewielu w ogóle spróbowało pracy w ekstraklasie. Jednak jeszcze więcej szacunku nabrałem do niego nie wtedy, gdy przejął Zagłębie Lubin, bo to jeszcze była całkiem przyjemna posadka: blisko domu, ze stabilnym budżetem, bez wielkiego ciśnienia. Skoro miał ukraińską licencję, mógł spróbować, bo czemu nie? Ale że po zwolnieniu chciało mu się ruszyć w Polskę, by w podtarnowskiej wsi pracować w I lidze, to już trzeba traktować zawód trenera poważnie. A skoro jeszcze zdołał wywalczyć awans do ekstraklasy, to już nie można powiedzieć, by ktoś mu dał pracę w ekstraklasie za nazwisko. Wywalczył sobie. Sumiennie zapracował weekendami w Niepołomicach, Jastrzębiu i Olsztynie. Czyli zostawić Lewandowskiego?

Kibice z Niecieczy
Jakub Gruca/400mm

WCIĄŻ BEZ WERYFIKACJI

Niekoniecznie. Bo choć pracował w ekstraklasie prawie rok, a w Niecieczy nawet już półtora, nie mam stuprocentowej pewności, jaki to trener. W Lubinie osiągnął wynik typowy dla Zagłębia w stylu typowym dla Zagłębia. Nie nadał temu klubowi nowej dynamiki (w żadną stronę), lecz się w nią wpasował. W Niecieczy odniósł jakiś sukces, jednak I-ligowy układ jest dziś taki, że jeśli jest się poważnym klubem z pieniędzmi i ogranymi piłkarzami, awans przestał być jakimś nieprawdopodobnym osiągnięciem. I liga to takie rozgrywki, w których jakaś połowa klubów czuje, że osiągnęła absolutny sufit i nigdzie wyżej nie byłaby w stanie pójść. Ich szczyt marzeń, to nie spaść z I ligi. Albo nie mają stadionu, albo pieniędzy. Albo ani tego, ani tego. Właściwie przed każdym sezonem można okroić ligę o mniej więcej połowę, dzieląc ją na grono, z którego ktoś może awansować i z którego na pewno nikt nie awansuje. A przy możliwości wejścia do ekstraklasy nawet z szóstego miejsca, wystarczy wyprzedzić trzy w miarę ambitne kluby i już jest się dwa mecze od elity. Wchodziły w ostatnich latach do ekstraklasy kluby, które w I lidze wyglądały mocno, a po awansie okazywało się, że wcale takie nie były. A przecież awans Niecieczy w rundzie wiosennej wcale taki efektowny nie był. Bruk-Bet się do ekstraklasy dotoczył. Są awanse, takie jak Piotra Tworka z Wartą Poznań czy Radosława Mroczkowskiego z Sandecją Nowy Sącz, kiedy awans jest dziełem życia trenera, bo kompletnie nic na to nie wskazywało. Jednak sam awans z Niecieczą nie jest dowodem jakiegoś nieprawdopodobnego warsztatu. Czyli zwalniać Lewandowskiego?

SPOJRZENIE NA TERMINARZ

Niekoniecznie. Bo jesteśmy wciąż jeszcze na tym etapie sezonu, w którym terminarz dużo znaczy. Została wprawdzie rozegrana niemal połowa rundy jesiennej, ale “połowy” nie są w tym przypadku równe. Można mieć silnych rywali rozłożonych nierównomiernie. Bruk-Bet nie miał najtrudniejszego terminarza, ale większość naprawdę kluczowych testów jeszcze przed nim. Na własny użytek dzielę ligową osiemnastkę na trzy kategorie: potencjalni spadkowicze, zagrożeni pucharami i zespoły, które ani nie spadną, ani nie wejdą do Europy. Oczywiście, że ekstraklasa bywa nieprzewidywalna i przesunięcia w obrębie tych grup są możliwe, a granice także dla mnie są czasem nieostre, ale w sześcioosobowym gronie najbardziej zagrożonych spadkiem widzę trzech beniaminków (niejako z urzędu, choć widzę, że Radomiak się na razie wyróżnia), Stal Mielec, Górnik Zabrze i Wartę Poznań.

Bruk-Bet na razie grał z dwoma zespołami z tej grupy. Oba mecze zremisował, od Warty będąc znacznie, a od Stali minimalnie lepszym. Ostatecznie o losie Bruk-Betu zadecyduje przede wszystkim to, ile punktów zdobędzie dziesięciu meczach z rywalami będącymi potencjalnie w jego zasięgu. Jeśli bliżej trzydziestu, utrzyma się. Jeśli bliżej dziesięciu, spadnie. Legię czy Lecha może ograć w pojedynczym meczu, zawsze może, ale seryjnie punktów nie będzie z nimi zdobywał. Punkty do utrzymania są w meczach z Wartą, Stalą czy Łęczną. A Bruk-Bet na razie w tych meczach wygląda nieźle. Czyli zostawić Lewandowskiego?

NAJGORZEJ W HISTORII

Niekoniecznie. Bo w samej Niecieczy dobrze wiedzą, czym może grozić źle rozpoczęty sezon. Często powtarzało się tam przez lata, jak bolesne było pierwsze zderzenie z ekstraklasą za Piotra Mandrysza, gdy przegrali trzy pierwsze mecze, a pierwsze zwycięstwo odnieśli dopiero w czwartym. Wtedy jednak po pierwszych niepowodzeniach dokonali wzmocnień, które pozwoliły po siedmiu kolejkach mieć już dziewięć punktów. Czyli trzy razy więcej niż dzisiaj. A przecież utrzymanie zostało wtedy wywalczone w dużych bólach. Kiedy Bruk-Bet za Mariusza Rumaka zaczął od zdobycia pięciu punktów w siedmiu kolejkach, na koniec sezonu spadł z ligi. A trener zapłacił za ten falstart posadą. Mając przecież dwa punkty więcej, niż Lewandowski dzisiaj. Skoro lepsze starty kończyły się dla “Słoni” problemami, tego nie można bagatelizować. Czyli zwalniać Lewandowskiego?

WYBOISTA DROGA

Niekoniecznie. Bo przecież nie sposób nie zauważyć, że mimo niepowodzeń, trener stara się trzymać tego, co robił już w I lidze. Czyli zmieniać wizerunek klubu, stawiając na rodzimych i często nie najstarszych graczy. Na Zagłębie wyszedł jedenastką o średniej wieku niższej niż 25 lat, co w Polsce jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Postawił na dwóch młodzieżowców. Kilku piłkarzy nieznanych wcześniej na ekstraklasowym rynku całkiem przyzwoicie się pokazuje. Dobre wejście miał Ernest Terpiłowski, później mógł się podobać Adam Radwański, ostatnio nieźle gra Bartłomiej Kukułowicz. Punktów za to nie dają, ale przecież w Niecieczy chyba zdawali sobie sprawę, że nie obrali kadrowo najprostszej drogi i raczej zakładali, że mogą też być trudne momenty. A jednak uznali, że warto i Lewandowski, mimo złych wyników, jest konsekwentny. Próbuje znaleźć odpowiednie ustawienie, porzucił trójkę obrońców, z którą wszedł w sezon, ale nie porzuca odwagi postawienia na młodszego kosztem starszego. Czyli zostawiać Lewandowskiego?

TO NIE JEST NOWY DOŁEK

Niekoniecznie. Bo choć większość fanów ekstraklasy uważnie śledzi Bruk-Bet dopiero od lipca, futbol w Niecieczy nie zaczął się wtedy, lecz dużo wcześniej. I już dużo wcześniej skończyły się dobre wyniki osiągane przez Lewandowskiego. Ten sezon zaczął mniej więcej tak, jak kończył poprzedni. Awans przypieczętował, zdobywając jeden punkt w trzech ostatnich kolejkach: najpierw przegrał w Opolu z Odrą, potem w Łodzi z ŁKS-em, by na koniec bezbramkowo zremisować z niewalczącym już o nic Stomilem Olsztyn. Ogółem, z ostatnich trzynastu meczów, wliczając sześć I-ligowych, Bruk-Bet wygrał jeden. Nie wygląda na to, że ekstraklasa zatrzymała dobrze działającą machinę. Niecieczanie byli beniaminkiem, który wszedł do ligi bez rozpędu. W tabeli I ligi za 2021 rok byli na ósmym miejscu, czyli poza strefą barażową. Tłumaczono to koronawirusem i zwariowanym kalendarzem. Ale być może coś gdzieś w tych intensywnych tygodniach pękło i nie udało się tego odbudować. Ludzie, którzy regularnie przychodzą na mecze do Niecieczy, ostatnią wygraną u siebie widzieli w maju. A w ogóle w tym roku widzieli dwie. Dość mało jak na drugą połowę września. To nie jest nowy dołek. Czyli zwalniać Lewandowskiego?

BRAMKARZ, KTÓRY NIE POMAGA

Niekoniecznie. Bo trzeba też zobaczyć, jak te mecze wyglądały. Bruk-Bet przegrał w ostatniej kolejce z Zagłębiem, choć przy stanie 1:0 prawdopodobnie powinien był dostać rzut karny. Bo z Wartą i Wisłą Kraków nie wygrał, choć grał lepiej i dochodził do dogodniejszych sytuacji. Po porażce z Zagłębiem trener oraz piłkarze mówili o nieskuteczności, ale tak naprawdę pecha mają pod obiema bramkami. Z goli oczekiwanych wynika, że tracą więcej, a strzelają mniej, niż powinni. Należą do najbardziej pechowych drużyn w lidze i z samej gry zasługują na trochę więcej punktów, niż mają. Być może dobrym pomysłem byłaby próba zmiany bramkarza, bo raz, że Tomasz Loska już kilka razy w tym sezonie zachował się kiepsko (Wisła Kraków, Lech Poznań), a dwa, że zwyczajnie parę razy nie miał szczęścia. Znajduje się w fazie, w której do siatki wpada mu znacznie więcej piłek, niż powinno. I czasem bywa, że postawienie na rezerwowego pozwala odwrócić ten trend. Nie zawsze trzeba od razu zwalniać trenera, czasem wystarczy zmienić mniejszy element.

CIĄGLE BLISKO

Bo wrażenie, jakie sprawia Bruk-Bet mimo tak fatalnego startu, mówi, że ta drużyna wciąż żyje. Chce prowadzić grę (jest na drugim miejscu pod względem posiadania piłki w lidze), szuka ryzykownych i kreatywnych zagrań. Ciągle nie wydaje się, by jakoś mocno odstawała od ekstraklasy i drastycznie zaniżała jej poziom. Trzy z czterech meczów Bruk-Bet przegrał jedną bramką. Nawet z Lechem, gdy zaczął od straty dwóch goli w pięć minut, nie dał się rozstrzelać, wrócił do meczu i utrzymywał emocje niemal do końca. Jak na razie zawsze jest blisko i zawsze czegoś mu brakuje. Bardzo często w takich sytuacjach okazuje się z czasem, że najpierw jest gra, ale nie ma wyników, a potem wkrada się nerwowość i gra znika, a wyniki dalej się nie pojawiają. Jednak dopóki gra jest, dopóki zespół nie wygląda na totalnie rozbity, chyba warto dać trenerowi szansę na przełamanie. Dlatego ja raczej skłaniałbym się, by zacisnąć zęby, zakazać sobie patrzenia w tabelę i czekać. Do przerwy na kadrę zostały starcia z Górnikiem i Radomiakiem. Jeśli po nich sytuacja nie drgnie, w październiku podjęcie decyzji będzie już znacznie łatwiejsze.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.