CENTROSTRZAŁ #7. By się w lidze chciało chcieć, czyli trudność jesieni Legii

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Legia Warszawa
Piotr Kucza/400mm

Najtrudniejszym zadaniem Czesława Michniewicza na najbliższe miesiące wcale nie musi być pilnowanie poziomu zmęczenia zawodników czy zastępowanie kontuzjowanych piłkarzy. Kluczowe będzie, by przekonać ich, że mecze z Górnikiem Łęczna i Stalą Mielec wcale nie są mniej ważne niż te w Neapolu czy w Leicester.

W słynnym angielskim powiedzeniu o “zimnym, deszczowym popołudniu w Stoke”, nie chodzi tylko o to, że na Brittania Stadium każdemu przeciwnikowi grało się źle. Chodzi także o to, że mecz rozgrywany w zimne, deszczowe popołudnie w Stoke nie jest dla zawodników sexy. Piłkarze Chelsea, Manchesteru City czy Manchesteru United mieli jeszcze w głowach i w żyłach adrenalinę z bojów na San Siro, Camp Nou czy Santiago Bernabeu, które stoczyli w środku tygodnia. A nagle, zamiast Messiego, Iniesty czy Pirlo, mieli naprzeciw siebie jedenastu drwali, którzy może nie potrafią grać, ale za to potrafią biegać, kopać, rozpychać się, zastawiać i skakać do główek. “Zimne, deszczowe popołudnie w Stoke” to symbol przykrego obowiązku do odbębnienia. Meczu-pułapki. Wymagającego przede wszystkim psychicznie. Bo piłkarze, którzy mają pełne prawo czuć, że to nie jest najważniejszy mecz na świecie, muszą się zmusić, by jednak tak właśnie go potraktować. Bo gdy zabraknie im kilku procent zaangażowania, przegrają. Światowym mistrzem radzenia sobie z takimi mentalnymi wyzwaniami jest Bayern Monachium, w którym faktycznie tuż po ograniu Barcelony następuje pełne sprężenie na wyjazd do Fryburga. Gdy mówi się o trudności łączenia ligi z pucharami, zazwyczaj eksponuje się aspekty fizyczne. Brak treningów, zmęczenie, ciągłe podróże, mecze co trzy dni. Jednak być może jeszcze większym wyzwaniem jest przekonanie mózgu, że spotkania o gorszej otoczce też są ważne.

BENFICA I PODBESKIDZIE

Mam ciągle w głowie zaskakująco otwarty kwietniowy wywiad Tymoteusza Puchacza dla Canal+ po meczu z Legią Warszawa. Lech Poznań był właśnie świeżo po zwolnieniu Dariusza Żurawia, a lewy obrońca został zapytany o moment, w którym coś między drużyną a trenerem pękło. Wskazał zdarzenie sprzed kilku miesięcy, gdy na mecz z Benficą w Lidze Europy wyszli rezerwowi, a podstawowy skład zagrał parę dni później przeciwko Podbeskidziu Bielsko-Biała. Puchacz mówił o rozczarowaniu. Bo przecież zawodnicy właśnie po to przebijali się przez eliminacje, by móc zagrać na Estadio Da Luz. Mieli poczucie, że trener pozbawił ich nagrody, na którą zasłużyli. Brzmiało to na tyle logicznie i przekonująco, że można było na serio się zastanawiać, czy Żuraw nie postradał zmysłów. Przecież wydawało się oczywiste, że właśnie tak piłkarze zareagują. I dla kogoś, kto sam był piłkarzem i teoretycznie wie, jak myśli szatnia, powinno to być tym bardziej zrozumiałe.

NIEWIELU RUTYNIARZY

Kiedy Lech tamtej jesieni przegrywał w ekstraklasie mecz za meczem, Dariusz Mioduski wbijał rywalom szpilkę, że Legii coś takiego na pewno by się nie zdarzyło, bo jest przyzwyczajona do łączenia ligi z pucharami. Być może miał rację, jeśli chodzi o samą organizację, bo Legia jako klub faktycznie jest do tego przyzwyczajona. Jednak kilkuletnia przerwa, jaką mistrzowie Polski mieli we wchodzeniu do faz grupowych europejskich pucharów, sprawiła, że ci konkretni ludzie, którzy są w zespole dzisiaj, niekoniecznie są do tego przyzwyczajeni. W szatni jest sporo zawodników mających na koncie jakieś występy w pucharach. Ale maksymalnie kilku, którzy mogą powiedzieć, że to ich rutyna. Artur Boruc, Artur Jędrzejczyk, Igor Charatin, Andre Martins, Josue, Matthias Johannsson, Marih Emreli, którzy mają ponad dwadzieścia meczów w Lidze Mistrzów czy Europy, rzeczywiście dokładnie wiedzą, co ich czeka tej jesieni. Pozostali tylko co najwyżej się domyślają. Czesław Michniewicz i jego sztab też nigdy nie był w tym miejscu. Co sprawia, że zamiast śmiać się z Lecha, warto podejść do jego historii z pokorą.

SENSOWNA KADRA

Powtarzało się często tego lata, że Legia ma wąską kadrę, bo w niektórych momentach pucharowej kampanii faktycznie nie wyglądało to dobrze. Natomiast po zakończeniu okna transferowego trudno już znaleźć pozycję, na której Michniewicz nie miałby przynajmniej w teorii wartościowego zmiennika. Właściwie wszędzie może rotować, wybierać tego, który jest mniej zmęczony i sprawia świeższe wrażenie. Wielu rezerwowych Legii miałoby miejsce w podstawowych składach innych ekstraklasowych klubów. I to wcale niekoniecznie tych najsłabszych. Przynajmniej pod względem liczebności kadry sytuacja nie wygląda więc źle. Nigdzie Michniewicz nie musi w razie nieobecności lidera łatać pozycji juniorami. Owszem, na prawym wahadle gra ostatnio Kacper Skibicki, ale wynika to raczej z konieczności wystawienia młodzieżowca. Bo siedzący na ławce Johansson, choć w Polsce nic jeszcze nie pokazał, jest aktualnym reprezentantem Szwecji. A to coś jednak znaczy. Nie wygląda na ten moment, by trener musiał tej jesieni sięgać po graczy z głębokich rezerw czy nieogranych 19-latków. Sami gotowi piłkarze.

Legia Warszawa
Fot. Marcin Szymczyk/400mm.pl

NAZWISKA NIE GRAJĄ

Jest jednak różnica między tym, jakie nazwiska teoretycznie pojawiają się na boisku, a tym, co w praktyce pokazują ci zawodnicy. Porażkę z Radomiakiem w drugiej kolejce dało się jeszcze przypisać temu, że Legia – podobnie jak w meczu z Wisłą Płock, który wygrała, choć mogła przegrać — grała mocno rezerwowym składem. Jednak na dwa ostatnie spotkania, poprzedzające przerwę na kadrę z Wisłą Kraków i następujące po niej ze Śląskiem Wrocław, Michniewicz posłał wszystko, co miał najlepszego. Efekt? Żadnych punktów, żadnej zdobytej bramki. Dwie porażki. Miejsce w strefie spadkowej.

TRUDNIEJSZE OKOLICZNOŚCI

Oczywiście, że jest pokusa, by myśleć, że wszystko jest pod kontrolą, bo Legia ma dość długą tradycję wolnego wchodzenia w sezon, a później szaleńczego odrabiania strat. Nie od tego roku wiadomo, że najlepiej grać z nią w pierwszych tygodniach sezonu. Jednak nawet w poprzednich latach warszawianie zwykle startowali lepiej. Tylko sześć punktów po pięciu meczach ostatni raz mieli przed pięcioma laty, za Besnika Hasiego, kiedy równolegle wchodzili do Ligi Mistrzów. Zdołali odrobić straty, choć wtedy ich sprzymierzeńcem był regulamin: 37 kolejek, dzielenie punktów po fazie zasadniczej i samo dzielenie ligi na grupy — łatwiej odrabiać straty, gdy można to zrobić w bezpośrednich meczach. Trudniej, gdy z bezpośrednim rywalem do tytułu gra się tylko dwa razy i trzeba liczyć, że pogubi punkty, grając ze Stalami Mielec, Niecieczami i Górnikami Łęczna. Może pogubi. Ale większa na to szansa jest jednak gdy czekają go wyjazdy do Poznania, Częstochowy czy Szczecina. Zresztą za Hasiego też było minimalnie lepiej, bo Legia miała wówczas tyle samo punktów, ale lepszy bilans bramkowy.

WYPISANI Z EKSTRAKLASY

Nie ma jeszcze powodów, by bić w Warszawie na alarm, bo nikt nie wystartował tak mocno, jak kiedyś Piast Gliwice za Radoslava Latala, a dziewięć punktów do lidera, przy jednym meczu rozegranym mniej, to nie jest na tym etapie sezonu strata, która byłaby nie do odrobienia. Jednak są poważne sygnały ostrzegawcze. Bo nie jest tak, że Legii zdarzyły się dwa słabsze mecze. Od kwietnia, kiedy w ciągu jednego tygodnia ograli na wyjeździe Piasta i Lechię, w praktyce pieczętując tytuł mistrzowski, warszawianie wypisali się z ekstraklasy. W tym czasie bezbramkowo zremisowali ze Stalą Mielec, przegrali i zremisowali z Wisłą Kraków, ulegli Śląskowi i Radomiakowi, wymęczyli wygraną z najgorszym w lidze Podbeskidziem, fuksem ograli Wisłę Płock i względnie przekonująco ograli Wartę Poznań. Z ośmiu meczów trzy wygrali i trzy przegrali, dokładając dwa remisy. Jej wielką siłą w poprzednim sezonie było, że nie przegrywała. Po latach, kiedy mecz z Legią był dla rywali całkiem miłym wydarzeniem, bo wciąż przynosił prestiż, a dawał każdemu w lidze wcale nie tak małą szansę na zwycięstwo, przyszedł sezon, w którym starcie z Legią właściwie trzeba było spisywać na straty. Warszawianie przegrali w zeszłym sezonie cztery razy, w tym za Czesława Michniewicza tylko dwa. Odkąd po pierwszym meczu 2021 roku zmienił ustawienie na trójkę stoperów, nikt już w lidze z Legią nie wygrał. Gdy mistrz miał zły dzień, remisował. Gdy miał dobry, wygrywał. Teraz, nawet gdy ma całkiem niezły, jak we Wrocławiu, gdzie akurat raczej nie zasłużył na porażkę, przegrywa. Po pięciu kolejkach już ma niemal tyle samo porażek, ile w całym poprzednim sezonie.

Legia Warszawa
Piotr Kucza/400mm

ZAANGAŻOWANIE DO KOŃCA

Oczywiście, że okoliczności porażki ze Śląskiem były nietypowe. Ale niejako są jednak symboliczne. W Krakowie Legia, choć grała podstawowym składem i miała lepszych piłkarzy, przegrała, bo została zabiegana. Wisła sprawiała wrażenie zespołu, który bardziej chce, jest gotów więcej poświęcić. Było to w jakiś sposób zrozumiałe, bo dla Wisły mecz z Legią był tym, czym dla Legii trzy dni wcześniej był mecz ze Slavią. Teraz było w pewnym sensie podobnie. Legia stworzyła we Wrocławiu lepsze sytuacje niż gospodarze, Michał Szromnik, który to już raz, był bohaterem. Jednak sytuacja bramkowa, będąca niewątpliwym błędem arbitra liniowego, też coś mówi o nastawieniu. Śląsk grał do gwizdka, bo może a nuż się uda. Legia nie zachowała koncentracji. Skoro sędzia machnął ręką, w ułamek sekundy poczuła się zwolniona z obowiązku pilnowania sytuacji na boisku. Ze wszystkich dotychczasowych porażek ta jest na pewno najbardziej pechowa. I poniesiona tuż po przerwie na kadrę, w której trakcie wielu zawodników trzeba było odesłać na zgrupowania. Jednak warszawianie są w takiej sytuacji, że zawsze będzie coś.

ZAWSZE BĘDZIE COŚ

Mecz z Górnikiem Łęczna odbędzie się cztery dni po wyjeździe do Spartaka Moskwa. Z Rakowem Częstochowa zagrają tuż przed starciem z Leicester City. A tuż po nim pojadą do Gdańska. Później znów będzie przerwa na kadrę, a tuż po niej starcie z Lechem Poznań. Po którym nastąpi mecz z Napoli. I wyjazd do Piasta Gliwice. Tuż po Pogoni Szczecin znów zagrają z Napoli. A chwilę potem ze Stalą Mielec. Po wyjeździe do Zabrza nastąpi wycieczka do Leicester. A potem powrót na ziemię z Jagiellonią. I rewanż ze Spartakiem przedzielony meczami z Cracovią i Wisłą Płock. A na dobitkę jeszcze Puchar Polski z Wigrami Suwałki. Przełożone spotkania z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza i Zagłębiem Lubin, które trzeba gdzieś wcisnąć. Ewentualna II runda i 1/8 finału Pucharu Polski. I jeszcze listopadowa przerwa na kadrę. Potem skończy się jesień, a sezon będzie miał na liczniku dziewiętnaście kolejek. Ponad połowę. Co prowadzi do jednego wniosku: nie będzie dla Legii usprawiedliwieniem, że jakiś mecz jest po przerwie na kadrę albo przed wyjazdem do Neapolu. Każdy mecz taki będzie. Do zimowego okresu przygotowawczego Legii nie czeka ani jeden tydzień, w którym będzie mogła spokojnie trenować w pełnym składzie, lizać rany po poprzednim meczu i przygotowywać się do następnego. Będzie tylko analiza, podróż, regeneracja, odprawa przedmeczowa, mecz i powtórka. Nie będzie wymówek.

TRAGIZM ŻURAWIA

Jeszcze jesteśmy na etapie sezonu, w którym można mówić, że spokojnie i jest jeszcze czas, bo najważniejsze są puchary. Występ na stadionie klubu Premier League albo rywalizacja na obiekcie im. Diego Armando Maradony. Ale w którymś momencie Michniewicz może stanąć przed dylematem Żurawia, który wtedy wcale nie postradał zmysłów, tylko zdał sobie sprawę z tragizmu sytuacji: im dłużej tamta runda trwała, tym bardziej wiedział, że w pucharach nic już nie ugra, a w lidze traci dystans na tyle mocno, że lada moment odjedzie mu też awans do pucharów. O ile więc na początku jesieni nie byłoby wątpliwości, że Benfica jest ważniejsza od Podbeskidzia, pod jej koniec priorytety już się odwróciły. Trenerzy to rozumieją, ale od piłkarzy nie można tego wymagać. Oni na futbol patrzą trochę inaczej. A przecież w Legii to zjawisko może się jeszcze nasilić: by wejść do fazy grupowej Ligi Europy, Lech musiał rozegrać cztery mecze. Dwa razy mniej od Legii.

NASTAWIENIE WAŻNIEJSZE OD SKŁADU

Jedno więc zadanie, jakie ma sztab Legii, to oczywiście monitorowanie kwestii zmęczenia i w miarę sensownego rozdzielania minut na całą kadrę. Ale drugie, być może trudniejsze, to sprawienie, że piłkarze będą zdawać sobie sprawę, że mecz w Mielcu czy w Łęcznej jest nie mniej ważny niż w Leicester, czy w Neapolu. Bez tego nastawienia nawet wystawienie składu zbliżonego do podstawowego nie pomoże zdobywać punktów w lidze. Na Legię grającą w pucharach, ligowi rywale będą się sprężać jeszcze mocniej niż zwykle. Mistrz Polski, do umiejętności piłkarskich, musi dołożyć maksymalne zaangażowanie i autentyczne poświęcenie, bo bez tego jesienne granie w pucharach może się okazać tylko miłą przygodą, zamiast coroczną rutyną, do której Legia przecież dąży.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.