CENTROSTRZAŁ #28. Puchar właściciela. Michał Świerczewski jako marzenie kibica

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Właściciel Rakowa Częstochowa
Piotr Kucza/400mm

Raków idealnie uczcił stulecie istnienia. Zdobył pierwsze trofeum w historii klubu, szykuje się do gry w Europie, a jego trener fruwał ponad boiskiem w Lublinie. Jednak kibice innych klubów mogą zazdrościć częstochowianom nie sukcesów, lecz tego, kto za nimi stoi. Idealnego szefa.

W czasie, gdy David Tijanić strzelał w niedzielne popołudnie gola na wagę Pucharu Polski dla Rakowa Częstochowa, w zupełnie innej czasoprzestrzeni po murawie Old Trafford biegali rozwścieczeni kibice Manchesteru United, domagający się odejścia rządzącej klubem rodziny Glazerów. Gorąco jest również wokół szefów Arsenalu. To oczywiście pokłosie samozwańczej decyzji kilku miliarderów o przystąpieniu do Superligi. Dynamiką wydarzeń wokół właścicieli największych klubów żyją w ostatnich tygodniach światowe media sportowe. “The Athletic” opublikował w niedzielę tekst o tym, jak funkcjonują na co dzień szefowie największych angielskich klubów. Podstawowy wniosek był prosty: bardzo nielicznych w ogóle w klubie czy na stadionie widać. Są nieobecni. Oderwani od społeczności wokół klubów. Nie rozmawiają z piłkarzami, nie znają się z trenerami. Rządzą przez namiestników.

IDEALNE STULECIE

Kibice wielu klubów w Polsce mają dziś powody, by zazdrościć Rakowowi. Stulecie klubu uczcił w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Zdobył pierwsze trofeum w dziejach. Awansował do europejskich pucharów. Ma dobrego trenera i kilku niezłych piłkarzy. Ale to wcale nie są dobre powody do zazdrości. Puchar, choć to w niczym nie umniejsza sukcesu, zdobywały w ostatnim czasie choćby Zawisza Bydgoszcz, Cracovia, Lechia, czy właśnie Arka, czyli kluby z wieloma problemami i niekoniecznie budowane w stu procentach wzorcowo. Do eliminacji europejskich pucharów kwalifikowało się też wiele innych klubów. Są w Polsce cztery miejsca pucharowe, a tylko jeden, góra dwa zespoły regularnie finiszujące w czołówce. Pozostałe dwie-trzy europejskie pozycje są rotacyjne i od czasu do czasu przypadają praktycznie każdemu. W gruncie rzeczy to nic aż takiego wyjątkowego.

SPOKÓJ TRENERA

Marka Papszuna też nie ma co zazdrościć. To dobry trener, który świetnie się rozwija. Na kwadrans przed końcem finału, gdy usiadł na ławce i zaczął coś notować, zastanawiałem się, czy akurat teraz, gdy zespołowi wymykała się z rąk wielka szansa, nie powinien stanąć przy linii i spróbować jakoś poderwać zespół. Okazało się jednak, że spokojne przemyślenie sytuacji było lepszym pomysłem. Wkrótce potem częstochowianie strzelili dwa gole, a asystę i decydujące kopnięcie wykonali w tej akcji zmiennicy. Dobrzy trenerzy to jednak również Kosta Runjaić, Piotr Stokowiec, Waldemar Fornalik, Marcin Brosz i inni. Raków ma dobrego, ale nie wyjątkowo dobrego.

SUKCES WŁAŚCICIELA

Jest jednak jeden bardzo poważny powód, by Częstochowie zazdrościli niemal wszyscy w Polsce. To właściciel Michał Świerczewski. Mówi się czasem, że budując silny, sięgający po trofea, Raków, spełnił marzenia z młodości. Nie mówi się, że chodzi nie o marzenia jego, tylko praktycznie każdego kibica piłkarskiego. Marzenia o właścicielu majętnym, ale nieszastającym pieniędzmi. Znającym się na piłce, ale zatrudniającym wokół siebie tych, którzy znają się lepiej. Zaangażowanym, ale nieustalającym składu. Lokalnym, ale nie prowincjonalnym. Umiejącym się dogadać z kibicem, lecz umiejącym także wypowiedzieć się w mediach. Gdy kibic Rakowa myśli o właścicielu swojego klubu, czuje dumę, spokój i zaufanie. Podczas gdy większość kibiców, nie tylko w Polsce, myśląc o właścicielach swojego klubu, czuje zażenowanie, niepewność i podejrzliwość. To potężny kapitał, na którym Raków może budować.

PROBLEM WŁAŚCICIELSKI

Ze strukturą własnościową polskich klubów jest problem. Jeśli kluby są w państwowych albo samorządowych rękach, wywołuje to całkiem zasadne kontrowersje i naraża je na niestabilność politycznie obsadzanych stanowisk. Jeśli natomiast są w rękach prywatnych, grozi to wszelkiego rodzaju problemami. Albo niemający pojęcia o futbolu właściciel zachowuje się jak pan na włościach, albo okazuje się, że nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, albo pojęcia o futbolu, albo sprowadza do klubu znajomych, albo robi z niego przystań menedżerską, albo łączy prowadzenie klubu z grą w piłkę, albo całkiem przypadkiem jest synem aktywnego agenta piłkarskiego. W klubach miejskich często mówi się, że trzeba jak najszybciej znaleźć prywatnego właściciela. Ale tam, gdzie już taki się znajdzie, bardzo często muszą się zwracać do miasta, by uratowało klub przed upadkiem. Czasem dochodzą jeszcze sytuacje takie, jak choćby Janusza Filipiaka w Cracovii: niby prowadzi klub do przodu, niby odpędza od niego wszelkie lęki egzystencjalne, ale i tak raczej się go toleruje, niż uwielbia. Na zasadzie – szanuj Filipiaka swego, możesz mieć gorszego.

NIE WIEDZIAŁ, ŻE SIĘ NIE DA

Świerczewski wnosi do polskiej piłki odpowiedni balans, co do którego można było mieć wątpliwości, czy w ogóle istnieje. Jest kibicem, ale nie działa jak kibic. Jest biznesmenem, więc co może, stara się zaplanować i policzyć, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę, czego nie może zaplanować ani policzyć. Na tyle zna się na piłce, by ją rozumieć, ale nie jest nią przesiąknięty, więc nie widzi powodu, by zawsze działać tak, jak wszyscy. Jest jak w tym powiedzeniu, że jeśli czegoś nie da się zrobić, trzeba to powierzyć komuś, kto nie wie, że się nie da. Michał Świerczewski, przejmując Raków, bardzo wiele rzeczy wiedział. Nie wiedział jednak, że w Częstochowie nie da się zbudować czołowego klubu w Polsce, grając innym systemem niż wszyscy, zatrudniając trenera z niższych lig, wybierając go po korporacyjnej rekrutacji i trzymając go potem przez pięć lat. Więc dokładnie to zrobił. Jednocześnie pokazując, jak w sumie niewiele trzeba, by w polskiej piłce odnieść sukces. Wystarczy robić zupełnie racjonalne rzeczy, działające w innych dziedzinach, patrząc jak inni, robią zupełnie irracjonalnie, niedziałające także w innych dziedzinach. I czekać na efekty.

OWOCNY SPADEK

Jak mówi success story Michała Świerczewskiego, o tym, że kiedyś kupi Raków Częstochowa, zdecydował pod koniec lat 90., gdy był na trybunach podczas meczu, w którym jego klub spadał z ligi. Gdyby mieli pewność, że na trybunach będzie jakiś podobny do niego nastolatek, raczej wielu kibiców chciałoby, aby ich kluby spadły z ligi. Nawet jeśli na efekty trzeba byłoby czekać dwadzieścia lat, i tak warto. Gdyby więcej polskich klubów miała podobnych właścicieli, żylibyśmy w znacznie lepszym piłkarskim miejscu na Ziemi.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.