CENTROSTRZAŁ #17. Wiatr znad Wisły, czyli niech żyją lata dziewięćdziesiąte

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Ekstraklasa
Jakub Gruca/400mm

W zimowej przerwie sporo dyskutowano o metodach treningowych trenera Petera Hyballi. To, jak w pierwszych wiosennych kolejkach zaprezentowała się jego drużyna, okazało się ich najlepszą reklamą. Nawet jeśli w tabeli jeszcze tego nie widać, postęp jest kolosalny. I mierzalny.

Wyobraźmy sobie, że polski zawodnik, który rozegrał trzy mecze w reprezentacji, tylko przemknął przez krajową ligę i przez ostatnie pół roku niemal nie grał w piłkę, wyjeżdża za granicę. Do kraju o silniejszej lidze, silniejszej kadrze narodowej i większej tradycji piłkarskiej. Gdzie dodatkowo trafia na niemieckiego trenera, który popracował też chwilę w Holandii i wychował kilku przyszłych reprezentantów Niemiec. Dla lepszej wizualizacji tego przypadku: wyobraźmy sobie, że Michał Masłowski wyjeżdża do przykładowego Hajduka Split i spotyka tam Petera Hyballę. U którego na jednym z pierwszych treningów wymiotuje, a usłyszawszy od trenera trochę nieprzyjemnych słów, postanawia odejść z klubu. Ustami swojego menedżera tłumaczy z kolei, że Hyballa to konfliktowy wariat, który ma metody z lat 90. Po czyjej stronie byłaby polska opinia publiczna? Polskie media? Polscy kibice? Czy znalazłaby się choć jedna osoba, która pomyślałaby, że coś w tym może być i dobry polski piłkarz naprawdę trafił na jakiegoś niemieckiego oszołoma? Czy raczej wszyscy rechotalibyśmy z satysfakcją, że oto polski grajek ekstraklasowy zobaczył, jak się trenuje na świecie i zacierali ręce, że dobrze mu tak?

TROCHĘ SIĘ CENIĆ

Przywołuję sprawę Tima Halla, która tak naprawdę zasługuje na to, by już dawno o niej zapomnieć, tylko po to, by pokazać, do jakiego stopnia nie ufamy niczemu, co wychodzi spod szyldu ekstraklasy. Jak niewiele trzeba, by zasiać w nas ziarno wątpliwości wobec jakości czegokolwiek i kogokolwiek związanego z polską ligą. Daleki jestem od ulubionego nurtu polskich trenerów, czyli „jesteśmy tak samo dobrzy, jak Pep i Klopp, tylko mamy gorszych piłkarzy i trenujemy na gorszych boiskach”. Ale tak, choćby w minimalnym stopniu powinniśmy się jednak cenić. I gdy agent trzykrotnego reprezentanta Luksemburga, który w poprzedniej rundzie rozegrał jeden mecz w Gil Vicente, powie, że trener Wisły Kraków to fajtłapa, będziemy pytać, z której choinki urwał się agent. A nie trener Wisły Kraków.

PRESJA HALLA

Sprawa Halla stała się ważna nie tylko dlatego, że w trakcie krótkiej zimowej przerwy, gdy praktycznie nic się w Polsce nie działo, była czymś, co można było w nieskończoność wałkować. Momentalnie postawiła nowego przecież trenera Wisły pod presją. Bo choć mówiło się o nim, że jest trudny we współpracy i że wiele wymaga, nagle był żywy człowiek, który dokładnie to mu zarzucał. I trafiło to na medialnie bardzo podatny grunt. Niewiele trzeba było, by duże portale zaczęły się zastanawiać, czy w Krakowie faktycznie nie pracuje jakiś Felix Magath dla ubogich. Lekceważyć takie zarzuty mógł tylko ktoś, kto zupełnie nie ma pojęcia o ekstraklasowych realiach. Kiepski start Wisły, trzy przegrane mecze i sprawa Halla, pozornie dziś zapomniana, uderzyłaby dziś w Hyballę ze zdwojoną siłą. Słowa agenta Halla nagle zaczęłyby być dopasowywane do najświeższych meczów i dobierane pod tezę. Tak, Hyballa ledwo się w Polsce pojawił, a już był pod presją. Ktoś chlapnął zarzut, ale jeśli jesteś pracownikiem ekstraklasowego klubu, nie obowiązuje cię domniemanie niewinności. Tu, jeśli ktoś sugeruje, że jesteś wariatem, to ty musisz udowodnić, że nie jesteś. Po trzech wiosennych meczach Wisły Kraków mam poczucie, że jeśli Hyballa rzeczywiście stosuje chwyty z lat 90., to chyba mowa o tych, które używali wtedy Ralf Rangnick czy Wolfgang Frank, prekursorzy pressingu w Niemczech i nauczyciele całej zgrai współczesnych znakomitych trenerów. Ich ideały do Polski w dalszym ciągu zresztą w pełni nie dotarły. Choć akurat Hyballa od początku na każdym kroku podkreślał, że jest trenerem piłkarskim, więc ćwiczy z piłkami. I jeśli ktoś chce zobaczyć góry, może się w nie przejść w czasie wolnym.

BIEGANIE BEZ PIŁKI

Jeśli chodzi o bieganie bez piłki, mamy zresztą w Polsce jakieś zwichrowanie. Kilkakrotnie byłem na zajęciach Pala Dardaia w Hercie Berlin, w których trakcie zawodnicy praktycznie nie dotykali piłki. Ostatnio wpadła mi w ręce książka „W krainie piłkarskich bogów”, w której Krzysztof Piątek wypowiadał się o pierwszych wrażeniach z zajęć we Włoszech” „W Polsce czasem słyszę, jak ludzie mówią: Pojedziesz na Zachód, zobaczysz, tam tylko w piłkę grają. Przychodzę do Genui i przez pierwsze pięć dni nie zobaczyłem piłki. Ciągłe bieganie. Interwały. Testy wydolnościowe, które wypadły bardzo dobrze. Byłem w szoku, gdy dzień w dzień tylko biegaliśmy. Potem zaczęły się zajęcia czysto techniczne, ale wciąż mieliśmy dużo siłowni i interwałów. Trwało to trzy tygodnie. To był dla mnie ogromny szok”. Gdyby Davide Ballardini, dziś znów prowadzący Genoę, z którą wygrał pięć z ostatnich dziewięciu meczów, przyjechał do Polski i wprowadził podobne metody, wkrótce potem musiałby się tłumaczyć przed jakimiś anonimami z Luksemburga, ich agentami oraz dziennikarzami. Ale że ma szczęście pracować w Serie A, może uchodzić za fachowca. Bo przecież do Serie A słabych trenerów podobno nie wpuszczają.

PECHOWA REWELACJA

Wisła, która zdobyła w tym roku cztery punkty, czyli mniej niż choćby Podbeskidzie, czy Wisła Płock, jest dla mnie na razie największym powiewem świeżości w lidze. To, co pokazuje, sugeruje, że ani Hyballa nie jest wariatem, ani bajkopisarzem, bo po jego drużynie naprawdę widać to, co zapowiadał. Tegoroczne losy Piasta Gliwice są najlepszym przykładem, że w piłce, zwłaszcza w rozgrywkach ligowych, warto patrzeć nie tylko na wyniki, ale przede wszystkim na to, jak rzeczywiście wygląda gra. Gliwiczanie grali całkiem przyzwoicie, ale mieli po ośmiu kolejkach dwa punkty. Potem nadal grając całkiem przyzwoicie, zaczęli być jedną z lepiej punktujących drużyn w lidze. Liczą się punkty, lecz jeśli nie wie się, dlaczego przychodzą, nie będzie się też wiedziało, dlaczego przestały.

POWTARZALNIE DOBRZY

Dlatego trudno mi Wisłę ganić za remis we Wrocławiu i to, że nie potrafiła wykorzystać kilkudziesięciu minut gry w przewadze. Dlatego trudno mi ją ganić za to, że roztrwoniła trzybramkowe prowadzenie z Piastem, ostatecznie przegrywając, mając sporo pecha, tak w sytuacjach podbramkowych, jak i w decyzjach sędziowskich. Patrząc na Wisłę 2021, nie widzę drużyny, która zajmuje dwunaste miejsce w lidze, ma cztery punkty przewagi nad strefą spadkową i w tabeli wiosny też jest raczej w środku stawki. Widzę drużynę, która mecz w mecz zaczyna być powtarzalna. Jest odważna, stwarza sytuacje, gra szybko i prze do przodu. Czasem wygrywa, czasem przegrywa, a czasem remisuje. Ale każdy pozna ją na boisku, nawet jeśli jej stroje kiepsko z nim kontrastują.

Trener Wisły Kraków
Jakub Gruca/400mm

SŁABE WYNIKI, SŁABA GRA

Spotykam się czasem z głosami, że to stara śpiewka, bo Wisła już wcześniej miała wiele meczów, za które była chwalona, a które przegrywała. Uważam je za absolutnie chybione. Od dawna, pewnie od czasów pierwszej rundy Macieja Stolarczyka, nie widziałem tak dobrze wyglądającej Wisły. W tym sezonie, do momentu zatrudnienia Hyballi, krakowianie notorycznie byli zespołem, który wygląda od rywala gorzej albo dopasowuje się do jego nędznego poziomu. Na jedenaście meczów za Artura Skowronka, w tylko dwóch Wisła stworzyła więcej dogodnych sytuacji niż rywal. I oba wygrała. Statystyki pokazują, że Wisła przez ostatnie miesiące miała złe wyniki, bo grała źle. Nie było w tym żadnego drugiego dna.

MIERZALNY POSTĘP

Teraz się to zmieniło. W trzech z sześciu meczów pod wodzą Hyballi w zestawieniu spodziewanych goli (expected goals) Wisła była lepsza od rywali. W pierwszym, przeciwko Cracovii, tylko nieznacznie (1,55-1,53). W ostatnich dwóch już wyraźnie (2,21-1,52 z Jagiellonią i aż 2,2-0,56 ze Śląskiem). Jeśli spojrzy się na top 5 występów Wisły pod względem stworzonych sytuacji w tym sezonie, trzy z nich odbyły się już w tej rundzie. Do zestawienia mieszczą się tylko dwa spotkania z jesieni 2020 – ze Stalą Mielec i z Lechią Gdańsk. Wisła z pierwszych tygodni tej rundy regularnie doprowadza do sytuacji, które „powinny” jej dawać po dwa gole w meczu. Wcześniej bardzo rzadko w ogóle się do takiej granicy zbliżała. Co ważne, postęp widać nie tylko w grze do przodu. Mecz ze Śląskiem był najlepszym defensywnym występem krakowian w tym sezonie. Wrocławianie wypracowali sobie sytuacje, które powinny były dać ledwie 0,56 gola. Nawet ogrywane do zera Podbeskidzie czy Stal Mielec, dochodziły przeciwko wiślakom do znacznie lepszych okazji (odpowiednio 0,98 i 1,29). Postęp jest zauważalny gołym okiem, ale też mierzalny. Tyle że na razie jeszcze nie punktami w tabeli. Ona – wbrew powtarzanej regularnie opinii – kłamie w futbolu dość często.

CI SAMI LUDZIE

Istnieje oczywiście jeszcze możliwość, że wyniki Wisły nawet mimo dobrej gry, w dłuższym terminie też jakoś drastycznie się nie poprawią. Choć często trwonienie dogodnych sytuacji można tłumaczyć pechem i jest to wbrew pozorom tłumaczenie bardzo prawdziwe, są powody, by sądzić, że akurat w przypadku Wisły to okaże się problem jakości piłkarzy. Podstawowy napastnik nigdy w karierze nie strzelił więcej niż dziesięć goli w sezonie. Rekord życiowy skrzydłowych to pięć i dwa gole. Tylko najczęściej grający ofensywny pomocnik ma w CV rozgrywki, w których punktował na bardzo dobrym poziomie (sześć goli i osiem asyst). Bardzo możliwe, że Felicio Brown Forbes, Stefan Savić, Yaw Yeboah i Jean Carlos Silva, nawet regularnie doprowadzani do dogodnych sytuacji, nie będą w stanie taśmowo strzelać goli. To też w porządku. Patrząc na Wisłę, trzeba pamiętać, że Hyballa pracuje jak na razie z tymi, których zastał w okolicach strefy spadkowej. Dostał w zimie tylko rezerwowego napastnika, rezerwowego stopera i rezerwowego lewego obrońcę. Od trenera trzeba oczekiwać, by doprowadzał zawodników do sytuacji. Reszta jest już od niego niezależna.

WYMIANA MODELI

Kiedy Niemiec pojawiał się w Polsce, porównywano go często do Juergena Kloppa i jeśli zachowa się odpowiednie proporcje, nie jest to analogia całkowicie odjechana. Warto przy tej okazji pamiętać, że choć Klopp sto razy lepiej od Hyballi uczy kontrpressingu, ma sto razy lepszych ludzi od przygotowania fizycznego i jest sto razy lepszy w relacjach międzyludzkich, też nie osiąga wielkich sukcesów z ludźmi, których zastaje w klubie. Z pierwszego wyjściowego składu, jaki wystawił w Borussii Dortmund, do finału Ligi Mistrzów, w którym prowadził ten klub, przetrwało czterech zawodników. Z pierwszego składu, jaki wystawił w Liverpoolu, do wygranego finału Ligi Mistrzów przetrwał tylko jeden. W lepszym piłkarskim świecie pierwsze miesiące nowego trenera służą temu, by wprowadził swój sposób gry i zobaczył, kto z zastanej kadry się do niego nadaje, a kogo trzeba wymienić na lepsze modele. Jak dotąd imponuje, jak szybko Peter Hyballa zdołał wprowadzić nowy i odważny sposób gry. Wisła jest na razie najlepszą reklamą jego metod treningowych. Jeśli faktycznie pochodzą z lat dziewięćdziesiątych, niech żyją lata dziewięćdziesiąte.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.