CENTROSTRZAŁ #16. Tonięcie nie wygląda jak tonięcie. O kryzysie Górnika Zabrze

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Ekstraklasa
Jakub Ziemianin/400mm

Ma kontakt z miejscami pucharowymi. Niedawno zremisował z Lechem. Jego władze mówią, że patrzą raczej w górę niż w dół. Łatwo przeoczyć, że od pięciu miesięcy klub ze Śląska punktuje najgorzej w lidze i tylko nadspodziewanie dobry start sprawia, że nie wyją tam syreny alarmowe.

Trafiłem kiedyś w sieci na filmik pokazujący nagranie z zatłoczonego kąpieliska. Zadaniem, które postawiono przed widzem, było zlokalizowanie tonącego. Wpatrywałem się dwie minuty, wiedząc przecież, że ktoś z tych ludzi musi zaraz zacząć tonąć. Czekałem aż coś zacznie się dziać. A potem film dobiegł końca. Musiałem obejrzeć go jeszcze raz. Tonącej osoby znów nie zauważyłem. Zlokalizowałem ją dopiero, podążając za kobietą, która nad wyraz szybko, jak na sielankowy obrazek filmiku, zaczęła płynąć w określonym kierunku. Nagranie miało uświadamiać, że ktoś, kto tonie, rzadko wygląda tak, jak sobie to wyobrażamy. Nie krzyczy, nie pluska wodą wokoło, nie macha rękami. Tonięcie to cichy dramat.

UTKNIĘCIE W SZARZYŹNIE

Przypomniałem sobie to, oglądając niedzielny występ Górnika Zabrze w Bielsku-Białej. Zawodnicy Marcina Brosza są w takim miejscu tabeli, że nie poświęca się im zbyt wiele uwagi. Po czterech kolejkach, w których efektownie zgromadzili dwanaście punktów, powstało kilka rozprawek, czy w Zabrzu rośnie poważny kandydat do mistrzostwa Polski. Kiedy po kolejnych czterech okazało się, że jednak nie, Górnik zniknął gdzieś w ligowej szarzyźnie. Pisało się i mówiło o tych, którzy bili się o mistrzostwo oraz o tych, którzy przywarli do dna tabeli i trwały próby ich zeskrobania. A zabrzanie sobie w ciszy nabierali wody.

PÓŁ ROKU DOŁOWANIA

Od wygranej przeciwko Legii 19 września, Górnik rozegrał dwanaście meczów. Zdobył w nich dwanaście punktów. Dokładnie tyle, ile w pierwszych czterech kolejkach sezonu. W tym okresie gorsza była w lidze tylko Stal Mielec, ale jeśli przynajmniej zremisuje z Wisłą Płock, to i ona przeskoczy w tabeli za ten czas zabrzan. Nawet Podbeskidzie strzeliło przez ostatnie pół roku więcej goli. Nie mówimy o chwilowym dołku, który każdej drużynie ligi się zdarza. Mówimy o tym, że przez dwie trzecie obecnego sezonu Górnik punktuje jak najgorsze drużyny w lidze. A nie jest wśród nich w tabeli tylko dlatego, że fenomenalnie zaczął sezon. Od tego czasu stracił Pawła Bochniewicza, czyli lidera obrony, oraz wsparcie z trybun, które akurat w Zabrzu potrafiło nieść wyjątkowo i współgrało z energetycznym stylem gry Górnika. Odkąd kibicom zabroniono wchodzić na stadiony, zabrzanie wygrali u siebie tylko jeden z pięciu meczów. Co więcej, nie ma powodów, by sądzić, że to zwyczajny pech. Według statystyki spodziewanych goli, mierzącej jakość tworzonych sytuacji, "powinni byli" strzelać 20,5 gola, a strzelili 20. "Powinni byli" stracić 16,5 gola, stracili szesnaście. W przypadku tej drużyny w tabeli jest niemal dokładnie to, co na boisku. A przecież w piłce nie zawsze jest to normą.

GODZINA KONTROLI

Uderzająca jest jednak nie tylko tabela, lecz może nawet bardziej nastawienie drużyny. Mecz z Podbeskidziem ułożył się dla gości idealnie. Szybko strzelili gola po rzucie rożnym. Wbili drugiego, który nie został uznany. Na początku drugiej połowy wyprowadzili dwie bardzo groźne kontry, które zmarnowali. Przez godzinę w pełni kontrolowali mecz, nie dopuszczając do groźnych sytuacji pod własną bramką, a samemu stwarzając trzy-cztery bardzo dogodne. Gdyby byli trochę skuteczniejsi i mieli odrobinę więcej szczęścia, mogli prowadzić tak samo wysoko, jak w letnim meczu z Podbeskidziem, gdy na przerwę schodzili z trzybramkową przewagą.

ZMIANA NASTAWIENIA

A jednak wtedy była to zupełnie inna drużyna. Doskakująca rywalom do gardeł. Ciągle głodna. Chcąca więcej. Marcin Brosz stał przy linii i motywował zawodników, jakby smagając ich batem. Przeciwko Podbeskidziu bardzo szybko zaczął wysyłać sygnały, zachęcające do bronienia nikłego prowadzenia. Napastnika zastąpił pomocnikiem. Ofensywnego pomocnika defensywnym. Mniej więcej po godzinie Górnik przestał być zainteresowany grą, a zaczął niecierpliwie spoglądać na zegar. Sam pozwolił, by rywal, pchając w jego pole karne akcję za akcją, w końcu się nakręcił i zaczął dochodzić do takich sytuacji, że statystyka spodziewanych goli wskazuje, że Podbeskidzie wygrało w pełni zasłużenie. To bardzo niepokojący sygnał. Gdyby Górnik tracił punkty (jak było w kończącym jesień meczu z Jagiellonią), grając dobrze i myśląc ofensywnie, można by wierzyć, że sytuacja lada moment się odmieni. Kiedy jednak sam trener i zawodnicy, mając naprzeciw siebie najsłabszą drużynę ligi, zaczynają odliczać do końcowego gwizdka, to znaczy, że nie czują się na boisku zbyt pewnie.

NAJWĘŻSZA KADRA

Wynika to w dużej mierze także z tego, jak wygląda kadra. Nawet kiedy piano nad tym, jak sensownie budowany jest Górnik, Brosz doskonale wiedział, na jak glinianych nogach stał ten dobry start Górnika. Przy wypadnięciu choć jednego czy dwóch zawodników, trener zabrzan musi łatać dziury młodzieżowcami. W wywiadach oczywiście podkreśla, że brak transferów to dla nich szansa. Ale co innego ma mówić? Trener Górnika od lat udowadnia, że lubi stawiać na młodzież, jednak zawsze czyni to według podobnego schematu – młodzi, którzy uczą się od starych. Pod tym względem proporcje w kadrze są zdecydowanie zachwiane. Nie wynika to pewnie z braku świadomości czy trzeźwej oceny sytuacji przez ludzi w klubie, lecz ze względów ekonomicznych. Co nie zmienia faktu, że Brosz ma niezwykle ciężkie zadanie, bo dysproporcja między najlepszymi a najsłabszymi zawodnikami w drużynie jest u niego bardzo wyraźna. Takim zespołem trudno się rotuje, w takim zespole nie ma realnej rywalizacji. W takim zespole można się jedynie modlić, by nikt nie dostał kartki czy nie doznał kontuzji, która wyeliminuje go z następnego meczu i nakaże znów kombinować.

CELUJĄ W GÓRĘ

W tym kontekście dziwi jedynie wypowiedź prezesa Dariusza Czernika w "Sporcie", że Górnik może powalczyć "o coś więcej". Mam wrażenie, że po przygotowaniach, które miały być spędzone na Cyprze, a ostatecznie odbyły się na własnych obiektach, czyli w hali ze sztuczną murawą i po oknie transferowym, w którym nikt nowy nie przyszedł, zachowanie obecnego piątego miejsca byłoby spektakularnym sukcesem. Najwęższa kadra w lidze stała się wręcz jeszcze węższa, bo w miejsce Filipa Bainovicia i Łukasza Wolsztyńskiego, dwóch już ukształtowanych zawodników, przyszedł jeden Bartłomiej Eizenhart, wracający z wypożyczenia do GKS-u Bełchatów i jeszcze zdecydowanie nieukształtowany. Oczywiście, że okno transferowe nadal trwa, ale to w tym momencie raczej marne pocieszenie. Liga gra i nie zamierza się do końca marca zatrzymywać. Za chwilę zabrzan czeka też mecz w Pucharze Polski. Zawodników gotowych do gry trzeba mieć tu i teraz. Ci sprowadzeni w lutym, przydadzą się pewnie dopiero latem.

POLSKIE SCHALKE

Oczywiście, że z tym tonięciem na początku to jeszcze była przesada. Górnik jest piąty. Ma tyle samo punktów, co zespół z miejsca, które może dać puchary, co swoją drogą pokazuje, jak absurdalna to liga, w której najgorzej punktująca od dwunastu kolejek drużyna ciągle jest niemal na miejscu pucharowym. Przy jednym spadkowiczu, 24 punktach na koncie i dziesięcioma przewagi, które po zakończeniu tej kolejki mogą ewentualnie zmaleć do dziewięciu, to wciąż bardzo bezpieczna sytuacja. Realnych strachów egzystencjalnych Górnik raczej w tym sezonie nie powinien już doświadczyć. Jego sytuacja zaczyna mi jednak niebezpiecznie przypominać Schalke z zeszłego sezonu, które jesień miało tak dobrą, że miało walczyć o udział w Lidze Mistrzów, wiosną wygrało jeden mecz i zsunęło się do środka tabeli, ale do tego stopnia odzwyczaiło się od wygrywania, że także w lecie nie dokonało poważniejszych zmian i dziś siłą rozpędu jest już jedną nogą w 2. Bundeslidze. Wbrew wszystkiemu, co pisało się o Górniku w pierwszych czterech kolejkach, sytuacja nie wygląda, jakby zmierzała w dobrą stronę. Na wszelki wypadek ktoś stojący obok, mógłby tam podpłynąć i upewnić się, czy to na pewno tylko drobne zachłyśnięcie. Zanim woda naprawdę wleje się tam, gdzie nie powinna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.