CENTROSTRZAŁ #15. Bazę Cracovia już ma. Czas zbudować sekcję piłkarską

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Właściciel Cracovii
Jakub Gruca/400mm

Michał Probierz był w Cracovii trenerem, wiceprezesem, dyrektorem sportowym, szefem skautingu, a pewnie dałoby mu się dopisać jeszcze kilka stanowisk. To nie wynika tylko z jego żądzy władzy, lecz ze sposobu, w jaki Janusz Filipiak od siedemnastu lat buduje klub. Ten sposób nie działa. A rezygnacja Probierza jest tego najlepszym dowodem.

Świat widział już setki przeróbek końcowych fragmentów filmu „Upadek”, ale jedną z najtrafniejszych pozostaje ta przygotowana przez jednego z kibiców Cracovii tuż przed spadkiem w 2012 roku. Gdy ogląda się ją dziewięć lat później, zaskakuje jej aktualność. Jest Janusz Filipiak, Jakub Tabisz, Michał Probierz, te same marzenia z nim związane i te same troski dotyczące aktualnej siły pierwszej drużyny. Kilka nazwisk się zmieniło, jednak realia klubu z Kałuży są bardzo podobne. Nie te mierzone miejscem w tabeli, bo akurat od walki o utrzymanie fani Pasów mieli prawo trochę się już odzwyczaić. Raczej te mierzone rozmijaniem się snów z rzeczywistością.

HOKEJOWY WZÓR

Choć sekcja hokejowa Cracovii jest medialnie w głębokim cieniu drużyny piłkarskiej, już lata temu doszło do mnie, że to przez nią wiedzie droga do zrozumienia Janusza Filipiaka. To nie jest ktoś, kto chciałby – jak Bogusław Cupiał – wyrzucać trenerów jak rękawiczki. Hokejową Cracovię od szesnastu lat prowadzi nieprzerwanie Rudolf Rohacek. Kiedy wiedzie mu się akurat lepiej, można oczywiście przeczytać, że jest legendą i kilka sukcesów faktycznie odniósł. Jednak fachowcy nie uznają go w dzisiejszych realiach za nie wiadomo kogo. Z perspektywy Filipiaka ważniejsze od tego, czy Czech gwarantuje trofea, czy nie, jest to, że gwarantuje mu święty spokój. Żadnych gwałtownych wahnięć. Nawet jeśli bez spektakularnych sukcesów, to bez katastrof. Jest kimś więcej niż trenerem. Jest całą sekcją. Filipiak Rohacka nie zwolni, bo musiałby stworzyć struktury. Dziś jest nimi Rohacek. Prezes przelewa mu określoną kwotę, a on w jej ramach ogarnia sobie całą hokejową działkę. Układ idealny.

PROBIERZ JAKO KONIEC HISTORII

Cała obecność Filipiaka w polskim futbolu była poszukiwaniem piłkarskiego Rohacka. Kogoś, kto sam się wszystkim zajmie. To z tego wynikał dziesięcioletni kontrakt Wojciecha Stawowego, czy trwanie przy Jacku Zielińskim, mimo rozczarowującego ostatniego sezonu. Jeśli nie było naprawdę źle, jeśli nie popadł z kimś w naprawdę wyraźny konflikt, albo kibice zbyt głośno nie krzyczeli, że kogoś mają dość, Filipiak trwał i czekał. Probierz miał być jego końcem historii. Jego Rohackiem. Kimś, z kim będzie można przedłużać kontrakt w nieskończoność. Niezależnie od tego, czy akurat idzie dobrze, czy źle. Dostał kogoś, o kim słyszał od lat, że jest najlepszym trenerem w Polsce i chciał się go trzymać. Struktura była bardzo prosta. Tabisz jako wiceprezes od finansów i organizacji, a przy okazji zderzak (co w klubie dobre to Filipiak, co złe, to Tabisz), Tomasz Bałdys jako jego pomocnik, Probierz jako wiceprezes od piłki nożnej, Rohacek jako szef sekcji hokejowej i Filipiak jako szef tej kilkuosobowej grupy oglądający w weekend efekty.

POWAŻNY CIOS

Pewnie także dlatego tak długo trwają wewnętrzne rozmowy po sobotniej rezygnacji Probierza. Wieloletni kontrakt, który dostał w Krakowie, nie tylko miał zapewniać spokojną pracę trenerowi. Miał też zapewniać spokojną pracę Filipiakowi, który nie musiał co chwilę szukać nowego trenera i się z nim układać. Miał święty spokój, który po meczu z Wartą został zakłócony. Jeśli trener faktycznie postawi na swoim i odejdzie, wyobrażam sobie, że będzie to dla właściciela Cracovii poważny cios. Z serii najtrudniejszych do ustania. I zdecydowanie nie potraktuje go jak odejścia jakiegoś kolejnego trenera. Co nie znaczy, że zmusi go do jakichś refleksji. Choć powinno.

PRZEBADANY RYNEK

Filipiak spróbował już wszystkiego, co oferuje polska myśl szkoleniowa. Próbował trenerów lokalnych (Stawowy, Hajdo), doświadczonych (Lenczyk, Białas, Pasieka) i młodych (Kafarski, Podoliński, Ulatowski) i takich pomiędzy (Płatek, Zieliński, Szatałow). Wreszcie wziął nie takiego, który był akurat dostępny, tylko gwiazdę rynku. To wszystko dało mu maksymalnie czwarte miejsce w lidze. Można sobie wyobrazić, że teraz spróbuje kogoś z zagranicy, bo jeszcze nie próbował, ale wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Bo trener zagraniczny pewnie oczekiwałby jednak zupełnie innego stopnia organizacji klubu. I miałby trochę mniej tolerancji dla lokalnej specyfiki.

INWESTYCJA W LUDZI

Jeśli więc odejście Probierza miałoby skłonić prezesa Cracovii do refleksji nad tym, co idzie nie tak, skoro wszyscy trenerzy mają tam takie problemy, może warto byłoby się zastanowić nad strukturami. Stadion już jest, baza treningowa także, więc jeśli klub ma zrobić kolejny krok do przodu, przydałoby się zainwestować w ludzi. Probierz nie poradził sobie z połączeniem pracy trenera i dyrektora sportowego, ale niekoniecznie dlatego, że nie nadaje się do bycia działaczem albo do łączenia tych funkcji. Być może dlatego, że nikt by sobie nie poradził. Mówiło się, że był menedżerem w angielskim stylu, ale to tylko bajki.

ANGIELSKI STYL

Menedżer w angielskim stylu ma do pomocy sztab fachowców od każdej dziedziny. Nie tylko do zajmowania się zawodnikami, lecz także do pracy w dziale sportowym. Juergen Klopp nie ogląda w święta meczów ligi estońskiej w poszukiwaniu ciekawych zawodników. Probierz oglądał. Pep Guardiola nie lata do Brazylii, by wsadzić do samolotu dwóch chłopaczków, którzy wydadzą mu się interesujący. Probierz latał. Powie, kogo potrzebuje i zajmie się innymi sprawami. W tym czasie sztab ludzi przegrzebie tysiące zawodników, wyselekcjonuje trzech najciekawszych, a on wybierze z nich jednego. Guardiola czy Klopp nie prowadzą każdego treningu i nie grają z piłkarzami w dziadka. Raczej się przyglądają i włączają się w niektórych momentach, by na coś zwrócić uwagę. Menedżer w angielskim stylu to nie jest ktoś, kto musi zasuwać po całym klubie, zajmując się wszystkim.

DWUOSOBOWY DZIAŁ

Probierz nim nie był, bo musiał wykonywać większość roboty praktycznie sam. W którymś momencie w jego kompetencjach znalazło się też doglądanie rosnącej wtedy bazy treningowej. W dziale sportowym miał do pomocy tylko Mirosława Mosóra, który pracował jako skaut. Reszta tzw. „siatki skautingowej” to byli ludzie, którzy coś Probierzowi podszepnęli, bo przez lata obecności w środowisku wyrobił sobie sporo personalnych znajomości. Ale nie ludzie, którzy zbierali się raz na tydzień, by debatować nad przydatnością Sierdiera Sierdierowa i nad tym, dlaczego ktoś taki jak Bojan Cecarić pasowałby profilem do zespołu.

derby Krakowa
Jakub Gruca/400mm

WĄSKI SZTAB

Czasem przedstawiało się jako skauta także Roberta Kasperczyka, ale on zajmował się tylko młodzieżą. Na zespół seniorów nie miał żadnego wpływu. Dział sportowy Cracovii liczył więc dwie osoby, a sztab szkoleniowy liczebnością nie przekraczał ekstraklasowej średniej. Spore znaczenie miał asystent Grzegorz Kurdziel, było dwóch kolejnych asystentów i trener bramkarzy. Cztery osoby poza Probierzem. Pozostali, jak kierownik drużyny, fizjoterapeuci, czy lekarka, zajmowali się już tylko swoimi działkami. Probierz nie mógł się nie zaangażować albo sobie odpuścić, bo pewna robota na poziomie ekstraklasy po prostu musi być wykonana.

ARMIA SPECÓW

Jeśli prezes Filipiak, a to wiemy z jego wypowiedzi, ma awersję do modelu z dyrektorem sportowym i twierdzi, że to tylko rozmywa odpowiedzialność, w porządku. Są w świecie piłki dobre drużyny, które funkcjonują bez kogoś takiego. Następcy Probierza albo samemu Probierzowi, jeśli dojdzie do jakiegoś zwrotu akcji, powinien zatrudnić armię specjalistów. Analityków, skautów, szefów skautingu, trenerów przygotowania fizycznego. Wiele klubów niemieckich rozróżnia nawet stanowiska Sportvorstand (członek zarządu ds. sportowych, czyli ktoś jak Probierz w Cracovii), Sportdirektor (dyrektor sportowy, znajdujący się szczebel niżej, będący bardzo blisko drużyny), czy Kaderplaner (ktoś, kto perspektywicznie planuje kadrę). To nie muszą być znane nazwiska ani ludzie, których będzie się przedstawiać na konferencjach prasowych. Kibice nie muszą w ogóle wiedzieć, o ich istnieniu. Ale niech oni gdzieś w zaciszu ośrodka w Rącznej siedzą przed ekranami, analizują, wycinają, działają.

NIEZALEŻNOŚĆ OD GŁOWY

W taki sposób powstałaby prawdziwa sekcja piłkarska, która nie opierałaby się na barkach jednej osoby. Rodzi to też te zalety, że gdyby taka osoba nagle z dnia na dzień podała się do dymisji, nie siałoby to aż takiego spustoszenia w całym klubie. Głowa byłaby odcięta, ale kurczak biegałby dalej. Ma być jak w ministerstwie, w którym do pewnego szczebla od góry stanowiska są obsadzane politycznie i zmieniają się często, lecz poniżej są ludzie, którzy po prostu wiedzą, co trzeba robić, by ministerstwo działało. Sprawni urzędnicy. Sekretarze gminy. Deep state. Każdy sprawnie funkcjonujący klub zachodni, a przecież do tego Cracovia przynajmniej deklaratywnie ciągle dąży, taką warstwę ma. Jest niemal pewne, że po dziewięciu latach takiego profesjonalnego działania na wielu szczeblach, przeróbkę „Upadku” oglądałoby się już tylko jak kronikę filmową z zupełnie zapomnianej przeszłości. W innym wypadku w 2030 roku nazwiska – poza kilkoma nietykalnymi – się zmienią, ale klimat tego filmu będzie ciągle dziwnie znajomy.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.