Cały świat trzyma się na trytytkach. Bayern Monachium i jego sztuka łatania

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bayern Monachium
Alexander Hassenstein/Getty Images

Czasownik 'flicken' oznacza w języku niemieckim „łatanie" albo „cerowanie". I trener mistrzów Niemiec od roku notorycznie to robi. Ma najwęższą kadrę w ścisłej europejskiej czołówce. Kilku zawodnikom, którzy w niej są, kompletnie nie ufa. A jednak na praktycznie każdy problem potrafi znaleźć właściwe rozwiązanie. Hit Bundesligi już dzięki temu wygrał. I jednocześnie pokazał paryżanom, że z nieobecnością Roberta Lewandowskiego również ma sobie zamiar poradzić. Nawet jeśli eksperci będą się śmiać z prób podbijania świata Erikiem Maximem Choupo-Motingiem.

Scenki, które opóźniły rozpoczęcie sobotniego hitu Bundesligi, miały w sobie coś symbolicznego. Podczas standardowej procedury przedmeczowej okazało się, że w siatce bramki Manuela Neuera jest dziura. Arbitrzy w Bundeslidze są na tym punkcie wyczuleni, bo już raz w historii ligi zdarzyło się uznanie gola strzelonego przez nieszczelną sieć. Gdy zastanawiano się, jak poradzić sobie z awarią, jako pierwszy z rozwiązaniem pospieszył bramkarz Bayernu. Dziarsko chwycił ręcznik, który zabrał ze sobą, by w trakcie meczu ocierać krople potu zalewające mu oczy. Obwiązał go w felernym miejscu i z dumą zaprezentował dzieło sędziemu, który nie był jednak zadowolony z efektów. Posłał po kogoś z obsługi technicznej meczu, który wbiegł na murawę z trytytką i w mig naprawił bramkę. Najważniejszy mecz wiosny w Niemczech mógł się rozpocząć. Choć wiadomo, że świat trzyma się na WD40, taśmie szkotce i trytytkach, można się było obawiać, czy w razie, gdyby któryś z potężnych strzałów Marcela Sabitzera trzasnął w siatkę, prowizoryczna konstrukcja wytrzyma. Obaj bramkarze zadbali jednak, by nie było kolejnych technicznych przerw. Żaden z nich nie wpuścił piłki do trefnej bramki. Jedyny gol w starciu zespołów ze szczytu tabeli został strzelony na przeciwległą bramkę. Leon Goretzka mocnym strzałem też dość solidnie sprawdził jakość siatki. Wytrzymała. Wielu trenerom, zwłaszcza polskim, wydaje się często, że praca na absolutnie najwyższym poziomie polega tylko na wyszukiwaniu sobie ekskluzywnych towarów i kapryśne przebieranie w nich. Jeśli jeden okaże się nie dość dobry, wybiera się następny. I kolejny. Jeszcze droższy. Aż trafi się na właściwy. Przykład Hansiego Flicka pokazuje jednak, że prowadzenie najlepszego klubu na świecie to też ciągłe cerowanie, łatanie i rozwiązywanie problemów. Wcale nie jest to tylko zarządzanie rozbuchanymi ego w szatni, jak się często powtarza, lecz mierzenie się z ciągle następującymi po sobie problemami.

ZASADA OGRANICZONEGO ZAUFANIA

Grupa ludzi, którym trener Bayernu ufa, jest jak na drużynę grającą na tylu frontach, niezwykle wąska. Liczy szesnaście osób. Doskonale widać to po liczbie rozegranych w tym sezonie minut przez wszystkich piłkarzy w kadrze. Alphonso Davies, czternasty na liście najczęściej wystawianych, ma na koncie 1921 minut. Piętnasty (nie licząc długotrwale kontuzjowanego Corentina Tolisso) Jamal Musiala – 921 minut. Równo 1000 mniej. Co oznacza, że Bawarczycy mają czternastu piłkarzy, którzy grają praktycznie zawsze, dwóch (Musiala i Eric-Maxim Choupo-Moting), którzy grają, kiedy nie ma innego wyjścia i dziesięciu-jedenastu, którzy nie grają prawie nigdy. Jako że Bayernu nie omijają — jak nikogo z czołówki — w tym sezonie kontuzje, łapali je już w tym sezonie m.in. Davies, Joshua Kimmich czy Robert Lewandowski – Flick ciągle przestawia tę czternastkę, czy szesnastkę w taki sposób, by dla każdego znalazło się w miarę sensowne miejsce na boisku i by jeszcze miał kogo wpuścić z ławki.

flick-e1589022171745.jpg
Lars Baron/Bongarts/Getty Images

TRUDNE POŁOŻENIE

Do meczu z najgroźniejszym rywalem monachijczycy przystąpili bez trzech podstawowych piłkarzy — stopera, lewego obrońcy i napastnika. Grali z rywalem rozpędzonym, który w ośmiu ostatnich kolejkach siedem razy wygrał i raz zremisował. Z rywalem, który potrafi z nimi grać. Jedynym za czasów Flicka, który w jednym z meczów nie stracił z Bayernem żadnego gola. Jedynym, który w zeszłym sezonie ani razu z nim nie przegrał. I który także jesienią potrafił zremisować w Monachium 3:3. Naprawdę były powody, by sądzić, że Bayern może mieć w tym meczu problemy. Zwłaszcza że przeciwko najlepszej obronie w lidze stawał bez swojego najlepszego napastnika. A sam wcale nie ma najlepszej obrony w lidze.

MAŁY OGIEŃ

A jednak już ostatni mecz przed przerwą na kadrę przypomniał wszystkim w Niemczech stare przysłowie pszczół: ranny Bayern jest najgroźniejszy. Piłkarze VfB Stuttgart pod koniec marca też myśleli, że, grając w przewadze zawodnika przez niemal cały mecz, będzie im łatwiej. Przegrali 0:4. Rok temu Bayern, grając bez kontuzjowanego Lewandowskiego, wpadł na Hoffenheim i wrzucił mu sześć goli, bo akurat zaczął strzelać Joshua Zirkzee. Teraz Bayern z Choupo-Motingiem w ataku także dał sobie radę. Może nie w sposób efektowny, ale jednak dość spokojny. W dotychczasowych hitach Bundesligi w tym sezonie emocje tryskały jak krew w filmach Tarantino. W obu meczach z Dortmundem czy w pierwszym starciu z Lipskiem Bayern musiał strzelać po trzy gole, by zdobywać punkty. Tutaj udało mu się rywala ugotować na małym ogniu.

SZCZĘŚLIWA POMYŁKA

Przed meczami reprezentacji doszło do jeszcze jednego wydarzenia, które wtedy wydawało się śmieszne, a teraz okazało się ważne. Choupo-Moting nie pojechał na zgrupowanie reprezentacji Kamerunu, bo mail z powołaniem dla niego został wysłany w niewłaściwe miejsce. Być może gdyby poleciał do Afryki, rozegrał mecze z Republiką Zielonego Przylądka i Rwandą, a potem wrócił tuż przed spotkaniem ligowym, Flick wybrałby kogo innego. Jako że jednak wiadomość nie dotarła na czas, Kameruńczyk trenował dwa tygodnie pod okiem trenera, podczas gdy Serge Gnabry kopał się z koniem w rozkładającej się reprezentacji Niemiec Joachima Loewa. Z dwóch opcji, które trener mistrzów Niemiec miał w ataku po kontuzji Lewandowskiego – przesuwanie Thomasa Muellera chyba nie było na serio brane pod uwagę — Flick wybrał tę, która wprowadzała do składnie funkcjonującej drużyny mniejszy zamęt.

MNIEJSZY ZAMĘT

Gdyby Bayern wybrał do ataku Gnabry’ego, zamiast grać z najlepszym klasycznym napastnikiem świata, zawodnicy nagle musieliby się przestawić na granie bez napastnika. Z fałszywym atakującym, mobilnym, schodzącym na boki i do środka. Wymieniającym się pozycjami z Muellerem, czy skrzydłowymi Leroyem Sane i Kingsleyem Comanem. Lewandowski – jak zauważył Paulo Sousa na konferencji prasowej po meczu z Andorą — też to robi, ale jednak nie w takim zakresie. Jego królestwem jest tłok pola karnego. Czyli coś, co nie jest królestwem Gnabry’ego. Flick wybrał więc, by nikt nie musiał zmieniać pozycji i przystosowywać się do nowej roli. Świetnego napastnika zastąpił przeciętnym. Licząc, że siła całego systemu drużyny, będzie budować także i Choupo-Motinga. Tak, jak robiła zresztą do tej pory. W nielicznych dotychczasowych szansach, które dostał w tym sezonie, Kameruńczyk zdobył pięć bramek i zaliczył asystę. Są gorsze wyniki. Flick wiedział, że ze środka ataku jego drużynia nie dostanie już żadnej wartości dodanej. Ale kalkulował, że przynajmniej na innych pozycjach będzie tak samo silna, jak zwykle.

PROBLEM ZMIENNIKA

Z Choupo-Motinga media i kibice z całego świata naigrują się czasem, że chyba musi mieć najlepszego agenta na świecie, skoro najpierw trafił do PSG, a potem jeszcze do Bayernu. Nie zauważają jednak jednego aspektu. Że pozycja zmiennika wielkich atakujących futbolu stała się czymś podobnym do pozycji zmiennika najlepszego bramkarza. Organizmy współczesnych tuzów są tak wytrenowane, że niemal nigdy nie potrzebują odpoczynku. I go nie chcą, bo ciągle gonią za jakimiś rekordami. W efekcie rezerwowy napastnik zespołu, który gra jednym zawodnikiem z przodu, otrzymuje tylko ochłapy. Choupo-Moting jako zastępca Lewandowskiego może wygląda pokracznie, ale po prawdzie, czy podobnie nie jest w większości dużych klubów Europy? Czy Michael Braithwaite biegający w ataku Barcelony wygląda na godnego koszulki tego klubu? Czy Mariano Diaz daje Realowi Madryt choć połowę tego, co Karim Benzema? Czy Alvaro Morata ma w ogóle w Juventusie jakiegoś zmiennika? Czy Divock Origi jest jakimś wybitnym specem? Grał kiedyś w Bundeslidze w ataku jako numer jeden. Strzelił sześć goli. Choupo-Motingowi w Moguncji u Tuchela zdarzyło się trafić nawet dziesięć razy. Są oczywiście kluby, które — jak Chelsea — wybierają spośród Timo Wernera, Tammy’ego Abrahama, czy Olivera Girouda. To jednak Chelsea raczej jest w tym gronie wyjątkiem. Nie Bayern.

USZCZELNIONA OBRONA

Zmienienie napastnika nie było jednak jedynym dostosowaniem się Flicka do nowych warunków. Dotychczas jego drużyna właściwie przez cały czas bazowała na prostej kalkulacji. Że strzeli więcej goli niż straci. O czym często się zapomina, nawet tamta rozbita Barcelona, w meczu, w którym została upokorzona, strzeliła Bayernowi dwa gole. Bayern wpisał to jednak w koszty i strzelił osiem. Olympique Lyon w półfinale też mógł strzelić przynajmniej dwa. W tym sezonie Bawarczycy prą po mistrzostwo ofensywą, a nie defensywą. W Lidze Mistrzów też dali sobie strzelić dwa gole choćby w Salzburgu, ale tak się składa, że strzelili sześć. Monachijczycy z rzadka, ale mają też jednak spokojniejsze oblicze. Po wariactwach w ćwierćfinale i półfinale Ligi Mistrzów, na zeszłoroczny finał wyszli bardziej zrównoważeni, nastawieni na mniejsze ryzyko. Wygrali 1:0. I w bardzo podobny sposób zaprezentowali się przeciwko Lipskowi. Momentami oddawali inicjatywę. Czasem dawali się spychać do defensywy. Przez pierwszy kwadrans po przerwie nawet głębokiej. Pozwolili jednak gospodarzom na tylko jedną naprawdę groźną sytuację — pudło Daniego Olmo – i kilka niebezpiecznych strzałów z dystansu. W momencie, kiedy wszyscy pytali o ich atak, rozegrali jeden z najlepszych defensywnie meczów w tym sezonie. Jakość sytuacji Lipska została wyceniona na 0,49 spodziewanej bramki. To najniższy wynik ligowego rywala Bayernu w tym roku kalendarzowym.

POGROMCA WICELIDERÓW

Gdy monachijczykom wytrąca się z ręki jeden atut, wyciągają z rękawa inny. Pokazują, że to drużyna składająca się z niemal kompletnych piłkarzy, którzy pewnych rzeczy na co dzień może nie robią, ale to nie znaczy, że ich nie potrafią. W trudnej sytuacji, zmuszeni do wysiłku, umieją pracować w defensywie, biegać, bronić. I bezwzględnie wykorzystywać jedną nadarzającą się okazję. To akurat potrafią zawsze. A że akurat kończącym świetne podanie Muellera nie był, jak zwykle, Lewandowski, lecz Leon Goretzka, nie robi im aż tak wielkiej różnicy. Wykrzyczana po meczu radość Muellera, która wyrażała w zasadzie świadomość, że także i w tym roku nikt nie zdoła Bayernowi wyrwać mistrzostwo, pokazywała, że w im trudniejszej sytuacji jest mistrz, tym bardziej trzeba się go obawiać. To, że monachijczycy od sześciu lat nie przegrali bezpośredniego starcia z wiceliderem, świadczy nie tylko o marności niemieckiej konkurencji, lecz także o tym, że im bardziej rośnie skala trudności, tym bardziej rośnie też Bayern.

SYGNAŁ ŻYCIA

Oczywiście, że w środę przeciwko PSG wyzwanie będzie jeszcze większe. Być może potrzebne będą też inne odpowiedzi. Ruchliwy i dynamiczny Gnabry w starciu z rywalem, który może zostawiać Bayernowi trochę więcej miejsca do kontrataków niż większość ligowych przeciwników, może tym razem być lepszą opcją niż Choupo-Moting. Po kontuzji Lewandowskiego zapanowało jednak poczucie, że Bayern w tej parze powoli przestaje być faworytem. Po tym jednak, jak ograł najgroźniejszego rywala na jego boisku, a równolegle paryżanie przegrali w swojej lidze z najgroźniejszym przeciwnikiem na własnym stadionie, nastroje trochę się odwracają. PSG nie jest żadną naddrużyną, a Bayern bez najlepszego strzelca, wciąż jest bardzo mocną drużyną. Jego trener drugi sezon z rzędu ma do dyspozycji najwęższą kadrę z całej ścisłej europejskiej czołówki, wciąż musi kombinować, ale ciągle znajduje właściwe rozwiązania. Stanowczo zbyt rzadko zwraca się uwagę, że czasownik ‘flicken’ po niemiecku znaczy „łatać”, „cerować”. Hansi Flick właśnie to od ponad roku robi. Idzie mu nawet lepiej niż Manuelowi Neuer z dziurawą siatką w bramce.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.